Maciej Pieprzyca o swoim filmie o „wampirze z Zagłębia”

Diabeł z dzieciństwa
Rozmowa z reżyserem Maciejem Pieprzycą o jego filmie „Jestem mordercą”, inspirowanym głośnym procesem Zdzisława Marchwickiego.
Badanie miejsca zbrodni – kadr z filmu „Jestem mordercą”
Next Film/materiały prasowe

Badanie miejsca zbrodni – kadr z filmu „Jestem mordercą”

Kadr z filmu „Jestem mordercą”, reż. Maciej Pieprzyca
Next Film/materiały prasowe

Kadr z filmu „Jestem mordercą”, reż. Maciej Pieprzyca

Maciej Pieprzyca
Tomasz Paczos/Fotonova

Maciej Pieprzyca

Janusz Wróblewski: – Po „Chce się żyć” o chorym na porażenie mózgowe chłopcu zagłębia się pan w psychikę milicjanta, który w „Jestem mordercą” zajmuje się sprawą seryjnego zabójcy. Coś łączy tych bohaterów?
Maciej Pieprzyca: – Z pewnością to, że obie postaci mają swój rodowód w rzeczywistości. Istnieli ich protoplaści. Ale nie jest to rodowód stuprocentowy. Zostały stworzone przeze mnie do historii, które opowiedziałem. Obaj są fajterami i walczą z przeciwnościami w otaczającym ich świecie, jak też z własnymi ograniczeniami. Obaj wygrywają i przegrywają.

Ze skrajności w skrajność. Nie lubi się pan przywiązywać do jednego gatunku filmowego?
Na szczęście nie. Ale uważam, że moje filmy bez względu na gatunek mają wspólny mianownik – sposób, w jaki je opowiadam. Odwołuję się przede wszystkim do emocji widza, wciągając go w dylematy głównych bohaterów. Lubię też zmienność tonacji, sceny poważne często sąsiadują z ironicznymi.

„Jestem mordercą” może się kojarzyć z „Czerwonym pająkiem” Marcina Koszałki. Nie obawiał się pan, że oba tytuły zostaną przez widzów wrzucone do jednego worka?
Tak się przypadkiem złożyło, że łączą je podobne punkty wyjścia. Odwołują się do prawdziwych historii kryminalnych z PRL w tle. Nawet miały powstawać równolegle. Produkcja mojego filmu się przesunęła. Gdy na początku roku „Czerwony pająk” wchodził do kin, byłem po pierwszej turze zdjęć i przypominam sobie, z jakim niepokojem szedłem go zobaczyć. Na szczęście są kompletnie różne. Na każdym poziomie. To żaden jeden worek. Bez przesady.

O Zdzisławie Marchwickim, wampirze z Zagłębia, nakręcił pan w 1998 r. dokument pod tym samym tytułem „Jestem mordercą…”. Już wtedy czuł pan, że to temat na coś większego?
Prawdę mówiąc tak. Dokument ma pewne ograniczenia. Chociażby związane z tym, że może pokazać tylko to, co pytani chcą powiedzieć do kamery. Przy tzw. kontrowersyjnym temacie często nie chcą powtórzyć tego, co mówią prywatnie. Czułem potencjał tej historii przede wszystkim w aspekcie ludzkim. Co ta sprawa zrobiła i do czego doprowadziła głównych bohaterów.

Jak pan poznawał historię Marchwickiego? I czego nowego się pan o niej dowiedział?
Gdy w latach 90. kręciłem o nim dokument, to był dopiero mój trzeci film. Realizację poprzedziła dokumentacja trwająca rok. Żyło jeszcze sporo osób związanych z tą sprawą. Projekt nie musiał powstawać w pośpiechu. Problem polegał na ogromie materiału. Jak ulepić z niego zaledwie 50-minutowy obraz. Wtedy nie powstawały jeszcze pełnometrażowe dokumenty. Przynajmniej nie u nas. „Jestem mordercą…” był pierwszym filmem mówiącym o manipulacjach w tej sprawie i o tym, jak dużo na to wskazuje, że na karę śmierci skazane zostały niewinne osoby.

Ktoś się potem zainteresował, wszczęto ponownie śledztwo?
Składany był wniosek o kasację tego wyroku, bodajże w 2003 r. Mój film dokumentalny był nawet jednym z dowodów. Wniosek został przez Sąd Najwyższy oddalony. Dzisiaj trudno o tzw. niezbite dowody, mogące obalić tamten obowiązujący wciąż wyrok, większość osób bezpośrednio związanych z tą sprawą już nie żyje.

Pan też pochodzi ze Śląska. To pomogło zbliżyć się do tematu?
To oczywiście ma znaczenie. Chyba każdy, kto wychowywał się na Śląsku czy w Zagłębiu w pierwszej połowie lat 70., musiał słyszeć o Wampirze. Długo panowała psychoza strachu. Mnie mama straszyła, że jak nie będę grzeczny, to przyjdzie Marchwicki i mnie porwie. Byłem zbyt mały, żeby rozumieć kontekst. Dla mnie był synonimem diabła.

Czy wszystko, co opisał pan w scenariuszu i pokazał na ekranie, szczególnie jeśli chodzi o relacje bohaterów, zostało oparte na faktach?
Nie. Jestem wyznawcą metody szczerego zmyślenia, opartego na rzetelnie zgromadzonej wiedzy. Pisząc scenariusz, raczej żongluję faktami i łączę je z fikcją. Często trzeba było oddalić się od rzeczywistości, by stworzyć lepszą opowieść i bardziej wyraziste postaci oraz ich relacje.

Budując te relacje, miał pan z tyłu głowy obraz Raskolnikowa i Porfirego ze „Zbrodni i kary”?
Każdy reżyser, przygotowując się do filmu, przepuszcza historię, którą ma opowiedzieć, przez siebie, przez swoją wrażliwość, fascynacje filmowe i literackie. Dostojewski z jego wielowymiarowym podejściem do człowieka zawsze był mi bliski. W jego bohaterach jest tyle samo dobra, ile zła. Tylko w zależności od sytuacji, w której się znajdują, jedno lub drugie bierze górę. Pracując nad swoimi postaciami, ich relacjami, myślałem o Dostojewskim. Generalnie nie lubię czarno-białego podejścia i oczywistości w opowiadaniu.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną