„Walka o ogień. Jak gotowanie stworzyło człowieka”

Kucharz na ślubnym kobiercu
Fragment książki Richarda Wranghama pt. „Walka o ogień. Jak gotowanie stworzyło człowieka”
Walka o ogień, Wydawnictwo CiS
materiały prasowe

Walka o ogień, Wydawnictwo CiS

Kucharz na ślubnym kobiercu

Koń jako zwierzę domowe jest ekonomicznie zależny. [...] To samo powtarza się z ciężko pracującymi kobietami; to, co otrzymują, nie zależy od ich własnej pracy, lecz od władzy i woli innej osoby. Kobiety są ekonomicznie zależne i zależność ta dotyczy zarówno całego rodzaju niewieściego, jak i każdej jednostki poszczególnie.
Charlotte Perkins Galman, Kobieta a stan ekonomiczny: studya nad ekonomicznym stosunkiem mężczyzny do kobiety, jako ważnym czynnikiem ewolucyi społecznej

Wieczorny posiłek przygotowany przez kobietę zaspokaja potrzeby jej i jej dzieci. Służy także jej mężowi, który, mając pewność, że czeka nań coś do jedzenia, może zająć się tym, na co ma ochotę. I choć taka sytuacja przynosi pożytki obu płciom, to szczególnie dogodna jest dla mężczyzny. Dlaczego zatem kobieta dla niego gotuje?

By znaleźć odpowiedź, przyjrzyjmy się bliżej właściwościom przetworzonej termicznie żywności, pozwala to bowiem z odmiennej perspektywy spojrzeć również na naturę małżeństwa i ludzkich społeczeństw. Otóż okazuje się wówczas, że przyczyny, dla których kobiety i mężczyźni wiążą się w pary, są nieco bardziej złożone, niż wskazywałyby tradycyjne koncepcje konkurencji o partnera seksualnego oraz zainteresowania obu płci efektami pracy drugiej. Okazuje się też – co nie jest zbyt miłym wnioskiem – że fakt, iż to kobieta gotuje dla mężczyzny, co w naszym gatunku stanowi w zasadzie kulturową normę, jest prostą konsekwencją systemu patriarchalnego. Mężczyźni wykorzystują swoją władzę, by zrzucić na kobiety zajęcia domowe, nawet jeśli one wolałyby, aby było inaczej.

Nie ulega wątpliwości, że wszędzie to kobiety gotują dla swoich mężów. W roku 1973 George Murdock i Catarina Provost, para antropologów zainteresowanych różnicami płciowymi, sporządziła dla stu osiemdziesięciu pięciu kultur zestawienie obejmujące pięćdziesiąt form aktywności produkcyjnej. Gotowanie okazało się najbardziej „kobiecym” ze wszystkich zajęć, wyprzedzając nieco obróbkę produktów roślinnych i przynoszenie wody(…)Ten ogólnoświatowy wzorzec znajduje odzwierciedlenie również w języku angielskim. Słowo lady pochodzi od staroangielskiego hlaefdige, co oznacza „zagniatający chleb”, natomiast lord od hlaefweard – „strażnik chleba”(…)

Taki model relacji społecznych najczęściej wyjaśniany bywa za pomocą koncepcji wzajemnych korzyści, zgodnie z którą obie płci czerpią pożytki z takiej współpracy. Wiele szczęśliwych małżeństw mogłoby to zresztą potwierdzić. To jednak tłumaczenie bardzo powierzchowne, jako że uciekamy w ten sposób od kwestii zasadniczej, a mianowicie od pytania, dlaczego nasz gatunek w ogóle wytworzył organizację społeczną opartą o gospodarstwo domowe, jak również, dlaczego ta instytucja społeczna bardzo często przybiera postać wyzysku kobiet. (…)

Pozostałe naczelne na ogół, kiedy cokolwiek znajdą, zjadają to na miejscu. Łowcy-zbieracze postępują inaczej – znoszą jedzenie do obozowiska, gdzie jest ono przetwarzane i przyrządzane. Obie te czynności łączą się z konkretną pracą, a w obozowisku pracę można komuś zaoferować i wymienić. Być może zatem to właśnie gotowanie sprawiło, że wymiana społeczna (ekonomia gospodarstwa domowego) zastąpiła indywidualne zdobywanie pożywienia. Tak sądzi na przykład archeolożka Catherine Perlès: „Każdy akt kulinarny to projekt od samego początku społeczny. Gotowanie położyło kres samowystarczalności jednostki”. Tam, gdzie pojawia się gotowanie, pojawia się produkt, który można mieć, a także dać komuś albo ukraść. Zanim zaczęliśmy gotować, jedliśmy podobnie do szympansów – była to czynność indywidualna. Wraz z zaprzęgnięciem ognia do pracy zebraliśmy się wokół ogniska i podzielili obowiązkami. (…)Michael Symons, autorytet w dziedzinie historii kulinarnej, również sądzi, że gotowanie promowało międzyludzką współpracę, a to poprzez mechanizm dzielenia się: ten, kto przygotowuje posiłek, później go dzieli. W tym sensie gotowanie jest dla Symonsa „początkiem wymiany i handlu”.(…)

Zauważmy jednak, iż hipoteza, jakoby doglądanie ognia, spożywanie posiłków i dzielenie się żywnością bezwzględnie wymagały współpracy, jest w sposób oczywisty fałszywa. Alexander Selkirk, czyli pierwowzór Robinsona Crusoe, kiedy uratowano go w roku 1709, po czterech latach samotności na wyspie Juan Fernandéz na środku Pacyfiku, był w świetnej formie. Znamy też (wspominałem już o nich) liczne przykłady kombatantów, którzy po zakończeniu działań wojennych ukrywali się w dziczy i przez lata sami sobie gotowali – po II wojnie światowej niejaki Shoichi Yokoi spędził w ten sposób na wyspie Guam 28 lat, odnaleziono go dopiero w roku 1972. W niektórych wspólnotach łowiecko-zbierackich – na przykład u Tiwi z północnej Australii – kobiety same troszczą się o żywność i opał, same też, bez najmniejszej pomocy ze strony mężów, rozpalają ogień i przygotowują posiłki. Z kolei mężczyźni (i to zarówno łowcy-zbieracze, jak i najzupełniej współcześni i cywilizowani Amerykanie), wybierają się czasem na samotne, wielodniowe wyprawy łowieckie, podczas których sami dla siebie gotują. Przykładów takiej samowystarczalności podać można tak wiele, że teza, jakoby gotowanie wymuszało kooperację, staje się co najmniej mocno dyskusyjna.

Dlaczego zatem „projekt kulinarny” (by odwołać się do języka Catherine Perlès) tak często istotnie bywa aktem społecznym, skoro, jak pokazaliśmy, wcale nie musi tak być? Przygotowana żywność rzeczywiście stwarza możliwości współpracy, ale zarazem naraża gotujących na wyzysk. Dalej – przygotowanie posiłków zajmuje dużo czasu, więc samotny kucharz może nie być w stanie bronić swoich wytworów przed zdeterminowanymi złodziejami (na przykład zgłodniałymi i niedysponującymi własnymi zapasami żywności mężczyznami). Wiązanie się w pary rozwiązuje te problemy – mąż to dla kobiety gwarancja, że inne samce nie skradną zebranej przez nią żywności, z kolei żona to dla mężczyzny pewność, że wieczorem będzie na niego czekał posiłek. W tym ujęciu gotowanie należy uznać za podstawę prostych relacji quasi-małżeńskich, albo też przyjąć, że utrwaliło ono i wzmocniło wcześniej już istniejące formy związków, do których powstania przyczyniły się polowanie oraz rywalizacja o partnera seksualnego. Niezależnie od tego, który z tych wariantów zaakceptujemy, efekt jest ten sam – prymitywny, gangsterski niemal chwyt polegający na tym, że mężowie wykorzystują więzi łączące ich z innymi mężczyznami, członkami tej samej wspólnoty, by „ochraniać” swoje żony przed rabunkiem, za co te odwdzięczają się, przygotowując im posiłki. Wiele korzyści ze wspólnego gospodarstwa domowego, takich jak produkty dostarczane przez mężczyzn, wzrost wydajności pracy i powstanie sieci relacji społecznych ułatwiającej wychowanie dzieci, to tylko dodatki, efekt uboczny, chciałoby się powiedzieć, rozwiązania podstawowego problemu, a ten był dość prosty: kobiety potrzebowały męskiej ochrony przede wszystkim dlatego, że zajęły się gotowaniem. Mężczyźni wykorzystali swoją pozycję społeczną, by osiągnąć dwa cele: po pierwsze zagwarantować kobietom, że nie będą tracić zebranego i przygotowanego przez siebie pożywienia, a po drugie zagwarantować sobie wieczorny posiłek. Warunkiem osiągnięcia tego drugiego celu było zrzucenie gotowania na kobiety.

Spójność tej teorii potwierdza choćby banalna skądinąd obserwacja, że gotowanie jest czynnością długotrwałą i rzucającą się w oczy. W buszu widok unoszącego się znad ogniska dymu, a nawet sam zapach, z daleka już zdradzają miejsce, gdzie ktoś gotuje. Jeśli komuś zależy (bo na przykład jest głodny), łatwo namierzy kucharza przy pracy. Nietrudno sobie wyobrazić, jak w praktyce musiało to wyglądać na przykład u Homo erectus. Ponieważ samice były mniejsze i fizycznie słabsze, nieustannie groziło im niebezpieczeństwo ze strony despotycznych, domagających się jedzenia samców. Ochronę przed próbami wyłudzenia, wykradnięcia czy wręcz wymuszenia jedzenia przez obce samce mógł dać samicy wyłącznie szczególnie bliski związek z własnym samcem, który bronił jej pokarmowych zdobyczy, a na dodatek przynosił mięso. Takie więzi okazały się na tyle istotnym czynnikiem przetrwania dla obu płci, że doprowadziły do wyewoluowania u naszych przodków tej szczególnej psychiki, która ukształtowała – i po części nadal kształtuje – relacje damsko-męskie.(…)

W społeczeństwach, gdzie nie ma restauracji ani supermarketów, potrzeba posiadania żony może przywieść mężczyznę do zaiste desperackich kroków. U Innuitów kobieta w zasadzie nie dostarcza kalorii, ale dzięki temu, że gotuje, szyje ciepłą odzież, suszy ją przy ogniu i wykonuje całą resztę domowych czynności, jej praca ma równie kluczowe znaczenie. W tym surowym świecie mężczyzna nie mógłby jednocześnie zajmować się polowaniem i przygotowywaniem posiłków. Trudno się dziwić, że w takich warunkach wdowcy i kawalerowie urządzają wyprawy na terytoria sąsiadów, żeby porywać kobiety (nawet jeśli ich mężów trzeba w tym celu pozabijać). I trudno się też dziwić, że obawa o własne kobiety zdeterminowała w eskimoskiej kulturze stosunek do obcych – nieznajomych zabijano, zanim zdążyli wyjaśnić, co ich sprowadza.

Przy tym kradzież żon nie ma nic wspólnego z seksem: „Przyczyną porwań kobiet jest konieczność posiadania kogoś, kto zajmie się domem”, jak pisze etnograf David Riches. Z podobnych powodów, o czym wiemy z kolei od Oosterwala, porywano kobiety na Nowej Gwinei, gdzie rola żon polegała na dostarczaniu sago. Niemniej w obu wypadkach świadczenia seksualne stanowiły tylko dodatek – na Nowej Gwinei mężczyźni chcą urządzać wielkie uczty i potrzebują do tego kobiet, które muszą zapewnić jedzenie na te imprezy. Stąd rajdy na terytoria sąsiadów i porywanie kobiet, które natychmiast zapędzane są do pracy przy sago. Podobny mechanizm można było zauważyć w bardzo wielu małżeństwach u Tiwi. Tu, jak pamiętamy, obowiązuje poligamia, a to zwykle oznacza, że starsi monopolizują dostęp do młodych kobiet. U tego akurat plemienia efekt był taki, że ponad 90 procent pierwszych żon, jakie brali sobie mężczyźni, było to znacznie starsze od nich wdowy, nieraz nawet ponad sześćdziesięcioletnie. W tym wieku kobieta nie może już mieć dzieci, trudno też mówić o seksualnej atrakcyjności, ale młodzi mężowie i tak byli wniebowzięci – wreszcie ktoś ich regularnie karmił! Z Tiwi sąsiadują Groote Eylandt. U tego plemienia panuje obyczaj, że dorosłym kawalerom daje się na usługi młodych, kilkunastoletnich chłopców, których zadaniem jest wykonywanie prac domowych. Ci młodzieńcy zwani są „chłopcami-niewolnikami”. Rola kobiet w tej kulturze odbierana jest zapewne podobnie – to niewolnice.

Porywanie żon przez Innuitów i Tiwi to oczywiście przypadek krańcowy, nawet wśród wspólnot łowiecko-zbierackich, ale we wszystkich tego typu społecznościach posiadanie żony jest dla mężczyzny wyjątkowo ważne. Jane Collier i Michelle Rosaldo podają jeszcze jedno wyjaśnienie tej uniwersalnej reguły – status społeczny. Ich zdaniem żona podwyższa status mężczyzny, ponieważ jako człowiek żonaty po pierwsze nie musi już nikogo prosić o jedzenie, a po drugie, sam może zacząć zapraszać gości. Żonaty też zwykle lepiej się odżywia, choćby z tego powodu, że mąż je przed żoną i może sobie wybrać lepsze kąski (jak opisał to Michael Symons, „mężczyźni wymagają od kobiet bezinteresownej szczodrości”). Inna forma faworyzowania żonatych to dość powszechnie występujące w tego typu małych społecznościach różne żywieniowe tabu, które sprawiają, że pewne (atrakcyjniejsze, jak łatwo się domyślić) potrawy dla kobiet i kawalerów są praktycznie niedostępne. I jak tu się dziwić, że stosunek kobiet do małżeństwa w kulturach łowiecko-zbierackich często daleki jest od entuzjazmu – będąc żoną, kobieta musi żywić swojego męża, musi zatem pracować znacznie ciężej, niż gdyby pozostała panną.

Małżeństwo w kulturze łowiecko-zbierackiej nie jest instytucją sprawiedliwą dla kobiet. To fakt. Ale faktem jest również, że gotowanie dla mężczyzn daje im też do ręki pewną broń. „Umiejętność prowadzenia gospodarstwa to nie tylko czynnik decydujący o przetrwaniu, ale też sposób na wymuszenie dobrego i sprawiedliwego traktowania” – tak pisała Phyllis Kaberry o losie australijskich Aborygenek. Jeśli kobieta źle gotuje, mężczyzna może ją zbić, nakrzyczeć na nią, przegnać z domu albo zniszczyć jej rzeczy. Jednak na coś takiego ona może odpowiedzieć, odmawiając przygotowywania posiłków, albo wręcz grożąc odejściem. Takie kłótnie często zdarzają się młodym parom, bowiem aborygeńskie pary z dłuższym stażem zwykle potrafią wypracować pewien kompromis, polegający z reguły na tym, że kobiety starają się najlepiej, jak mogą, gotując dla mężów, a oni ten wysiłek doceniają. Z tej właśnie przyczyny zamężne kobiety w społecznościach łowców-zbieraczy nie są zwykle traktowane źle, a wielu etnografów uważa wręcz, że mają wyższy status i dysponują większą autonomią niż w wielu innych kulturach.

Catherine Perlès miała rację, pisząc, że gotowanie położyło kres samowystarczalności jednostek. Oczywiście samo gotowanie nie musi być aktywnością społeczną, ale kobieta potrzebuje mężczyzny, by ochraniał jej żywność, potrzebuje także wspólnoty, by wsparła go w razie potrzeby. Mężczyzna z kolei jest zależny od kobiety, bo to ona go karmi, i zależy też od innych mężczyznach, którzy muszą wiedzieć, że to „jego” kobieta. Bez takiej sieci społecznych relacji definiujących normy społeczne i wymuszających ich przestrzeganie, gotowanie wprowadziłoby do naszego świata jedynie chaos.

Nie da się oczywiście dziś ustalić, jak dużo czasu minęło od wynalezienia gotowania do zaniku samowystarczalności. Teoretycznie jednak taki zapewniający ochronę system łączenia się pary mógł wyewoluować całkiem szybko. Zacznijmy jednak od tego, że pierwsi kucharze nie byli współczesnymi łowcami-zbieraczami. O ich życiu wiemy zresztą zbyt mało, by móc rzetelnie ocenić, jak wpłynęło opanowanie ognia na ich organizację społeczną. Nie wiemy wreszcie, czy – albo w jakim stopniu – w czasach, gdy zaczęło się gotowanie, nasi przodkowie władali już językiem, język zaś do dziś jest podstawowym narzędziem egzekwowania norm kulturowych (a przy okazji ułatwia kobietom wskazanie złodzieja żywności). Nie ulega jednak wątpliwości, że trzy kluczowe elementy, które, jak wskazałem wyżej, znajdujemy w społecznościach łowców-zbieraczy: mężczyźni/strażnicy żywności, kobiety/dostawcy żywności i szacunek dla cudzej własności, występują także u niektórych zwierząt, a jeśli tak, to prymitywna wersja współczesnego systemu ochrony żywności mogła wyewoluować wśród pierwszych kucharzy stosunkowo wcześnie.

Spójrzmy choćby na gibony, bo na przykładzie tego gatunku bardzo dobrze można się przekonać, jak w świecie zwierząt samce stają się „strażnikami żywności”. Te niewielkie nadrzewne małpy żyją w parach i są zwierzętami terytorialnymi. Kiedy dwie pary gibonów spotkają się na drzewie na granicy terytoriów, samce wręcz rzucają się sobie do gardeł. Samica zwycięzcy ma później dla siebie więcej i lepszego jedzenia. Takich przykładów zdobywania i pilnowania żywności można zresztą znaleźć w świecie zwierząt bardzo dużo, natomiast model „samic-dostawców żywności” jest wyjątkowo rzadki. Jednym z nielicznych przykładów jest tropikalny owad wodny Phoreticovelia disparata (daleki kuzyn pluskwy domowej). Samce tego gatunku są mniejsze od samic i jeżdżą na ich grzbietach. Siedzą w tym  miejscu, bowiem właśnie na grzbiecie mieszczą się u samic gruczoły wydzielające specjalną woskową substancję, która służy wyłącznie do tego, by karmić samca (a przynajmniej do tej pory naukowcom nie udało się odkryć żadnego innego jej zastosowania). To zachowanie długo było zagadką dla entomologów, wreszcie szwedzcy badacze przeprowadzili eksperyment, w którym niektórym samcom uniemożliwiono żywienie się wydzieliną samic. Jak się okazało, bardzo szybko zaczęły kraść samicom zdobywane przez nie jedzenie. Zdaniem naukowców, którzy odkryli te dziwaczne relacje, samicom najwyraźniej bardziej opłaca się karmienie samców (i wożenie ich na grzbiecie) niż sytuacja, w której zabiera się im ich zdobycz. Może też wydzielina zawiera te składniki, które samicy są zbędne. W każdym razie taki system musiał wyewoluować po to, by utrudnić samcom przeszkadzanie samicom w odżywianiu się. Innymi słowy, panie karmią tu panów w nagrodę za dobre sprawowanie – czy czegoś nam to nie przypomina?

Trzeci z wymienionych wyżej czynników, czyli męski (a raczej samczy w tym, przypadku) „szacunek dla cudzej własności”, występuje w naturze o wiele częściej niż karmienie samców przez samice. Bardzo interesującego przykładu działania tej reguły dostarczyły obserwacje konkurencji o partnerkę seksualną wśród pawianów z pustynnych okolic Morza Czerwonego. Obce samce pawianów bardzo zaciekle walczą o samice, ale w gronie „znajomych” żaden samiec nie ingeruje w istniejące już związki. Zoolog Hans Kummer zdołał zademonstrować ten fakt eksperymentalnie. Najpierw schwytał dwa dzikie samce (należące do tego samego stada). Następnie wykrył, który z nich jest osobnikiem dominującym – w tym celu wystarczy położyć coś do jedzenia i patrzeć, który pierwszy sięgnie. Potem wpakował samce do osobnych klatek, dbając jednak, by mogły się widzieć, a następnie wpuścił pochodzącą z innego stada samicę do klatki niższego rangą samca. Ten dość szybko ją pokrył, potem samiczka zaczęła go iskać, jednym słowem zwierzęta się zaakceptowały i wytworzyła się między nimi więź. Dominujący samiec wszystko widział, ale będąc zamkniętym w innej klatce, nic nie mógł zrobić.

Wtedy właśnie zaczęła się najważniejsza część eksperymentu –dominujący samiec został przeniesiony do klatki, w której właśnie trwał miesiąc miodowy nowo powstałej pary. Zaledwie godzinę wcześniej relacje między samcami były oczywiste i wyższy rangą nie miał żadnych skrupułów, pierwszy sięgając po jedzenie. Teraz jednak sytuacja wyraźnie się zmieniła i nie było po nim widać najmniejszej chęci konkurowania o samicę, zupełnie tak, jakby szanował cudze „prawo własności” (do samicy). Bardzo interesujące wrażenie robi film z eksperymentu, na którym widać, jak usilnie dominujący osobnik stara się nie spoglądać w stronę „kolegi” – najpierw z autentyczną fascynacją gapił się na kamyk leżący u jego stóp, potem zaczął go toczyć i podrzucać, a następnie wpatrywał się w chmury, jakby nie mógł nacieszyć się pogodą. Jedyna rzecz, na którą nie spojrzał, to dwa pawiany, które dopiero co spółkowały na jego oczach. Kiedy w identycznym eksperymencie Kummera brały udział dwa nieznające się wcześniej samce, o żadnym „poszanowaniu prawa własności” nie było mowy. Zatem przynajmniej u pawianów to wcześniejsza więź między samcami decyduje o kształcie ich późniejszych relacji.

Tak więc u zwierząt pilnowanie żywności, dostarczanie żywności przez samice i „poszanowanie cudzej własności” wiąże się z konkurencją między samcami o dostęp do samic (czyli o seks). Jednak tylko u ludzi wyłoniło się z tego gospodarstwo domowe. Musi istnieć zatem coś, co odróżnia nas od innych gatunków –moim zdaniem tą wyróżniającą cechą naszego gatunku jest konieczność ochrony kobiet przed tymi, którzy próbują odebrać im zbieraną przez nie żywność. Taka potrzeba ochrony samic jest niespotykana wśród innych prymatów i stanowi ona dość logiczne wyjaśnienie podziału pracy między płciami. Oczywiście jest to hipoteza dość kontrowersyjna, wymaga bowiem zdecydowanej zmiany myślenia – w jej świetle bowiem to nie seks, a relacje ekonomiczne pełnią w ludzkich związkach rolę kluczową, większość antropologów tymczasem uznaje małżeństwo za formę wymiany, w której mężczyzna w zamian za dostarczane zasoby otrzymuje gwarancję ojcostwa, czyli to seks stanowi podstawę związku, a kwestie ekonomiczne mają znaczenie wtórne.

Wiele jednak przemawia za tym, że jest inaczej i to raczej sposób odżywiania się ma zasadnicze znaczenie – również u zwierząt to bardziej zasady tworzenia się par dostosowują się do strategii pokarmowych niż odwrotnie. Szympansica potrzebuje wsparcia wszystkich samców należących do jej stada, bo musi bronić stosunkowo dużego terytorium, na którym żeruje, dlatego nie wiąże się tylko z jednym, lecz współżyje z wieloma. Goryle nie potrzebują bronić dużych terytoriów, tak że tu normą są stałe pary. Takich przykładów, dowodzących, że relacje między płciami są wśród zwierząt wymuszane przez sposób odżywiania się i dostępność pokarmu, jest oczywiście znacznie więcej. U ludzi ta wyjątkowa ekonomiczna zależność mężczyzn od kobiet przybiera różne formy, ale – jasno wykazały to Jane Collier i Michelle Rosaldo – żona jako dostawca żywności to uniwersalna właściwość wszystkich społeczności łowiecko-zbierackich. W tym świecie to potrzeby pokarmowe, a nie seksualne, popychają mężczyzn do małżeństwa. Zwróćmy zresztą uwagę, że ta sfera podlega w wielu przypadkach znacznie silniejszym regulacjom niż zachowania seksualne – u Bonerif na przykład mężowie niechętnie odnoszą się do tego, że ich żony mają kochanków (kawalerów), ale ci niezbyt się tym przejmują. Tolerują również uprawianie seksu z mężami innych kobiet, zapewne dlatego, że promiskuityzm seksualny uznają za mniej zagrażający dla swej kondycji ekonomicznej niż promiskuityzm „jedzeniowy”. Podobnie zresztą jak wielu innych łowców-zbieraczy, Bonerif mają bardzo swobodny stosunek do seksu (w pewnej relacji opisano młodą dziewczynę, która uprawiała seks z wszystkim mężczyznami z wioski poza własnym bratem), natomiast jedzenie uznają za sprawę dużo poważniejszą – jeśli kobieta zaczyna karmić jakiegoś mężczyznę, uważana jest od tej chwili za jego żonę. My mówimy, że droga do serca mężczyzny prowadzi przez żołądek – i coś w tym jest!

A jak to wygląda dziś – w Stanach Zjednoczonych na przykład małżeństwo zmienia życie kobiety zdecydowanie bardziej niż mężczyzny. Po ślubie kobiety pracują dłużej, bo dodatkowo jeszcze muszą zajmować się domem, mężczyźni zwykle w te prace się nie angażują i ich budżet czasu nie zmienia się zasadniczo. Pod tym względem nasze współczesne wzorce niewiele odbiegają od tego, co Collie i Rosaldo uznały za uniwersalną właściwość małych łowiecko-zbierackich społeczności, gdzie „małżeństwo to hierarchiczna struktura i system zobowiązań kobiety zobligowanej do świadczenia usług na rzecz męża”(…)

Jeśli zgodzimy się, że to gotowanie stworzyło specyficzny model wiązania się w pary w naszym gatunku, można to uznać za przejaw swoistej ironii dziejów. To prawda bowiem, że dzięki termicznej obróbce pokarmów odżywiamy się o wiele kaloryczniej niż nasi przodkowie i zwierzęcy kuzyni, ale jednocześnie opanowanie ognia doprowadziło do olbrzymiego pogłębienia „poddaństwa kobiet”, by użyć określenia Johna Stuarta Milla. Mężczyźni skorzystali na poskromieniu ognia o wiele bardziej – kobiecie gotowanie dało więcej czasu i pomogło wykarmić dzieci, ale zarazem uczyniło z niej służącą, bo tak zdefiniować można rolę kobiety w zdominowanej przez mężczyzn kulturze. W tym sensie to gotowanie odpowiada za ewolucję kultury podporządkowanej głównie męskim potrzebom. Nie jest to miły obrazek.


Fragment książki Richarda Wranghama pt. „Walka o ogień. Jak gotowanie stworzyło człowieka”, wydawnictwo CiS, Listopad 2009, ISBN: 978-83-85458-38-8; liczba stron: 256

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj