O komórkach, które zmienią medycynę

Sir i jego myszy
Rozmowa z prof. Martinem Evansem, laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, o przyszłości badań nad komórkami macierzystymi

Marcin Rotkiewicz: – W 2007 r. otrzymał pan Nagrodę Nobla za prace nad komórkami macierzystymi, które stały się wielką nadzieją medycyny. Ale zanim o nich porozmawiamy, chciałbym zapytać pana o cement?

Martin Evans: – O cement?!

Tak. Wyczytałem, że w wieku czterech lat zafascynował się pan cementem, faktem, że po dodaniu wody twardnieje. Podobno rodzice zakazali panu zbliżać się do wszelkich miejsc budowy. Czy cement to pańska pierwsza fascynacja naukowa?

Ach o to chodzi. To jedno z moich pierwszych wyraźnych wspomnień z dzieciństwa. Ten twardniejący po połączeniu z wodą cement rzeczywiście budził moją ogromną ciekawość. Dlatego podkradałem go, gdzie tylko się dało, i stąd wziął się zakaz zbliżania się do miejsc, w których można go było znaleźć.

Natomiast pyta pan, czy tak zaczęła się moja fascynacja nauką? Cóż, jak dziś spoglądam wstecz na swoje życie, to wydaje mi się, że od urodzenia byłem naukowcem i niczego innego nie robiłem [śmiech]. Chyba jednak rzeczywiście ten cement w jakiś sposób wyznaczył moją drogę – w szkole bardzo lubiłem chemię i fizykę. Na studiach musiałem wybrać trzy główne przedmioty i zdecydowałem się właśnie na chemię oraz botanikę i zoologię. W końcu wybrałem coś, co stanowi połączenie tych dziedzin – biochemię.

Dlaczego w pewnym momencie zajął się pan komórkami macierzystymi?

Ogromnie fascynował mnie rozwój organizmów – od stadium kilku komórek do skomplikowanego tworu składającego się z milionów. Chciałem stworzyć eksperymentalną metodę, dzięki której można by było bardzo dokładnie obserwować różnicowanie się i losy rozwojowe komórek. Początkowo zajmowałem się żabimi embrionami, ale z różnych powodów okazały się one niedobrym materiałem dla moich badań. Dlatego zająłem się myszami.

Polski embriolog, Andrzej K. Tarkowski z Uniwersytetu Warszawskiego, zasłynął z prac właśnie nad mysimi embrionami. Czy miały one wpływ na pańskie badania?

O tak! Tarkowski to wybitny naukowiec, światowy autorytet. Jego odkrycia były ogromnie pomocne. Zwłaszcza teoria Tarkowskiego mówiąca, że na dość wczesnym etapie komórki zarodka dzielą się na wewnętrzne i zewnętrzne. To właśnie wśród tych pierwszych można znaleźć macierzyste komórki zarodkowe. Zainteresowałem się nimi m.in. za sprawą publikacji dotyczących pewnego szczególnego typu nowotworów – tzw. potworniaków. W guzach tych można znaleźć różne tkanki – np. kości, włosy czy nawet komórki nerwowe. Powstają one z niezróżnicowanych komórek macierzystych nowotworu. Zacząłem więc szukać podobieństw między nimi a komórkami macierzystymi zarodków, które też mają tę niezwykłą właściwość, że potrafią dać początek dowolnej tkance ciała. I im dłużej się im przyglądałem, tym więcej wspólnych cech znajdowałem.

Z czasem potwierdziło się to w wynikach eksperymentów. Okazało się, że można stworzyć guz w organizmie myszy przeszczepiając jej komórki macierzyste z zarodka. Z kolei z nowotworu da się wyhodować kultury komórek macierzystych, a następnie przeszczepić je do embrionu i uzyskać niemal zdrową dorosłą mysz. Jedyne, czego nie udawało się przez dłuższy czas dokonać, to uzyskać i hodować w laboratorium w stu procentach normalnych komórek macierzystych pobranych bezpośrednio z embrionów gryzoni. W końcu jednak nasze eksperymenty zakończyły się sukcesem, choć zajęło nam to aż pięć lat.

Uzyskanie i hodowanie w laboratorium zarodkowych komórek macierzystych rozbudziło ogromne nadzieje. Mówiło się wręcz o rewolucji w medycynie. Za ich pomocą miano bowiem leczyć np. chorobę Alzheimera, Parkinsona, cukrzycę, naprawiać serca, uszkodzenia po udarach mózgu czy nawet hodować całe narządy do przeszczepów. Jednak od czasu pańskich przełomowych badań minęło już prawie 30 lat, a rewolucji wciąż nie widać.

Oczekiwania były i są ogromne. Niestety, nie ma na razie dostępnych metod leczenia komórkami macierzystymi. Może poza dwoma wyjątkami.

Jakimi?

Chodzi mi o przeszczepy skóry i szpiku kostnego. W tym pierwszym przypadku można np. komórki macierzyste skóry, czyli dorosłe, a nie zarodkowe, pobrać od pacjenta, namnożyć w laboratorium i wyhodować z nich płat skóry. Stosuje się też metodę „spryskiwania” ran takimi komórkami, a one same naprawiają uszkodzenia.

To na razie wszystko, ale trwają już np. testy kliniczne terapii z zastosowaniem tzw. mezenchymalnych komórek macierzystych pochodzących ze szpiku kostnego. Potrafią one m.in. wspomóc naprawę naczyń krwionośnych.

Przyzna pan, że na razie to niezbyt wiele.

Tak, ale proszę pamiętać, że komórki macierzyste to bardzo skomplikowane twory i upłynie jeszcze dużo czasu, zanim nauczymy się nad nimi panować. Podam taki przykład: od czasu, gdy odkryto tzw. przeciwciała monoklonalne, czyli białka produkowane przez układ odpornościowy zdolne atakować jeden konkretny cel, upłynęło prawie 30 lat, zanim zaczęto nimi leczyć ludzi. A są one nieporównanie mniej skomplikowane niż komórki macierzyste.

Jak długo zatem musimy poczekać na skuteczne terapie za pomocą komórek macierzystych np. choroby Alzheimera czy zawałów serca?

Nawet pół wieku. Ale może jestem zbytnim pesymistą…

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną