Nadciśnienie - choroba czy urojenie?

Ciśnienie na nadciśnienie
Gdzie ma się leczyć 10 mln Polaków chorych na nadciśnienie? U lekarzy rodzinnych czy specjalistów? Sensowność istnienia tych ostatnich podważyło Ministerstwo Zdrowia.
Nadciśnienie to jedna to jedna z najczęstszych plag cywilizacyjnych: ponad 10 mln chorych w Polsce.
Alamy/BEW

Nadciśnienie to jedna to jedna z najczęstszych plag cywilizacyjnych: ponad 10 mln chorych w Polsce.

Pragniemy wyrazić swój głęboki niepokój propozycją zlikwidowania specjalizacji z hipertensjologii. Jest ona niezrozumiała z medycznego i naukowego punktu widzenia, nie ma uzasadnienia merytorycznego i jest szkodliwa społecznie” – to początek długiego listu skierowanego do ministra zdrowia, pod którym podpisał się prof. Krzysztof Narkiewicz, krajowy konsultant ds. hipertensjologii, dziedziny zajmującej się leczeniem nadciśnienia tętniczego. – O planach dotyczących likwidacji specjalizacji, którą w ostatnich pięciu latach zdobyło dwustu lekarzy, a kolejnych stu jest w trakcie trzyletniego kształcenia, dowiedziałem się nie z Ministerstwa Zdrowia, lecz od szefowej Polskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego – opowiada prof. Narkiewicz.

Prof. Krystyna Widecka, prezes Towarzystwa, zadzwoniła do niego, gdy na internetowej stronie resortu znalazła komunikat o projekcie nowego rozporządzenia. Choć konsultanci krajowi są de facto urzędnikami ministra i jego doradcami, prof. Narkiewicz nie miał pojęcia, dlaczego ta specjalność ma wypaść z listy. W uzasadnieniu projektu znalazł enigmatyczne zdanie, że o skreśleniu zadecydowały „kontrowersje towarzyszące utworzeniu tej specjalizacji oraz opinie o braku zasadności funkcjonowania”. Bez żadnych konkretów.

Polityka czy racjonalizacja

Tak ujął to na piśmie jakiś urzędnik, a jego zwierzchnicy nie uznali za stosowne, by tę myśl rozwinąć – słyszę w ministerstwie. Już od lipca, kiedy resortem kierowała Ewa Kopacz, przymierzano się do modyfikacji listy specjalizacji (jest na niej 77 pozycji – 68 specjalizacji lekarskich i 9 dentystycznych). Procedurę wprowadzania hipertensjologii do wykazu rozpoczął w 2003 r. Mariusz Łapiński, szef resortu zdrowia w rządzie SLD, jej dawny polityczny przeciwnik, jeden z pierwszych specjalistów w tej dziedzinie. Ostateczne decyzje podjęto za czasów Zbigniewa Religi, z którym pani minister również tkwiła w permanentnym sporze politycznym (reprezentował Prawo i Sprawiedliwość).

Czy to było jedną z przyczyn obecnej niechęci do hipertensjologii? Odpowiedzialny dziś za projekt rozporządzenia wiceminister Andrzej Włodarczyk woli nie wracać do przeszłości. Mówi o tym, co na liście nowego: – Wprowadziliśmy specjalizację choroby płuc u dzieci, wyodrębniliśmy specjalizację medycyny lotniczej oraz medycyny morskiej i tropikalnej, połączyliśmy rehabilitację medyczną z balneologią. Listę odchudzono więc jedynie o hipertensjologię i angiologię (to dziedzina zajmująca się chorobami naczyń), ale w tym drugim przypadku nie ma poważniejszych kontrowersji, gdyż pacjenci z tymi schorzeniami trafiają najczęściej do oddziałów chirurgii naczyniowej i opiekują się nimi chirurdzy naczyniowcy, a nie angiolodzy. W przypadku hipertensjologii sytuacja jest inna – szkolą się w niej nie tylko kardiolodzy, lecz głównie pediatrzy, interniści, endokrynolodzy, nefrolodzy. Aby po trzyletnim szkoleniu zostać hipertensjologiem, trzeba najpierw zdobyć specjalizację w pediatrii lub chorobach wewnętrznych.

Potrzeby są olbrzymie, bo nadciśnienie to jedna z najczęstszych plag cywilizacyjnych: ponad 10 mln chorych w Polsce, w tym coraz więcej nastolatków (głównie z powodu narastającej wśród dzieci i młodzieży otyłości). – No właśnie – broni stanowiska resortu minister Włodarczyk. – Skoro problem jest tak masowy, to po co wydzielać z interny specjalność, która jeszcze dekadę temu była jej integralną częścią? Powoli odbieramy królowej medycyny wszystko, czym się kiedyś zajmowała.

Prof. Kaliny Kaweckiej-Jaszcz z Kliniki Kardiologii i Nadciśnienia Tętniczego w Krakowie taka argumentacja nie przekonuje. – Długo staraliśmy się o to, by wzorem innych krajów europejskich móc szkolić lekarzy w Polsce w tej specjalności. Hipertensjolodzy nikogo nie dublują. Do nas trafiają pacjenci, których nie potrafią skutecznie leczyć lekarze rodzinni.

Najświeższe wyniki Ogólnopolskiego Badania Rozpowszechnienia Czynników Ryzyka Chorób Układu Krążenia NATPOL 2011 pokazują, że to daje dobre wyniki. Co prawda liczba osób chorujących na nadciśnienie jest większa o 2 proc. niż 10 lat temu (10,5 mln chorych), ale ponad dwukrotnie zwiększył się odsetek skutecznie leczonych pacjentów (z 12 do 26 proc.). Pewnie nowe leki i wygodniejsze z punktu widzenia chorych kuracje (zmniejszające liczbę przyjmowanych pigułek z 2–3 do jednej dziennie) poprawiły systematyczność leczenia, co natychmiast przekłada się na lepsze efekty. Ale zasługi są też po stronie lekarzy, być może właśnie świeżo upieczonych specjalistów: potrafią prawidłowo rozpoznać różne postaci tej podstępnej choroby i wiedzą, jak dobrać właściwe leczenie (tylko u co piątego pacjenta ciśnienie spada po podaniu jednego preparatu, większość wymaga kuracji skojarzonej).

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną