Nauka

Nowy początek historii

Azjatycka droga do dobrobytu

Austriackie miasteczko Hallstaad. Ma swoją replikę w Chinach. Austriackie miasteczko Hallstaad. Ma swoją replikę w Chinach. EAST NEWS
Czy tylko Zachód zna przepis na budowę dobrobytu? Czy Azja znajdzie jakąś własną drogę?
Tak wygląda chińskie Hallstaad.EAST NEWS Tak wygląda chińskie Hallstaad.
Dla Azji najważnieszym wydarzeniem XX w. był triumf Japonii nad Rosją w bitwie pod Cuszimą w 1905 r.BEW Dla Azji najważnieszym wydarzeniem XX w. był triumf Japonii nad Rosją w bitwie pod Cuszimą w 1905 r.
Dla Zachodu jednym z najważniejszych wydarzeń była I wojna światowa. Bitwa pod Verdun, grudzień 1916 r.BEW Dla Zachodu jednym z najważniejszych wydarzeń była I wojna światowa. Bitwa pod Verdun, grudzień 1916 r.

Dlaczego wybuchła arabska wiosna? Czego chcieli Egipcjanie i Tunezyjczycy? Guy Sorman, francuski filozof, udziela prostej odpowiedzi: Arabowie chcą iPadów, koniecznie w najnowszej wersji. Chcą być tacy jak my, mieszkańcy Paryża, Londynu lub Warszawy.

„iPady dawno już mamy – odpowiedział Sormanowi Ganzeer, kairski artysta rewolucjonista. – Chcemy wolności, godności, sprawiedliwości społecznej”. Tyle tylko, że Europa i Ameryka, jednym słowem Zachód, w tym poszukiwaniu nie jest już wzorem, jakim był w trakcie europejskiej jesieni ludów w 1989 r. Tak oto wizja końca historii lansowana przez filozofów Zachodu zderzyła się z procesem powrotu do historii społeczeństw wypchniętych na chwilę na dziejowy margines.

Tezę o końcu historii zaproponował w 1989 r. amerykański filozof Francis Fukuyama, nie kryjąc, że źródłem inspiracji była dlań myśl Hegla oraz jego XX-wiecznego interpretatora Alexandra Kojève’a. Upadek komunizmu oznacza nic innego, jak zwieńczenie dialektycznego procesu – nic lepszego (w sensie porządku społeczno-politycznego) niż liberalna demokracja nie wymyślimy. Podobnie jak nie ma lepszego ładu gospodarczego niż wolnorynkowy kapitalizm. Prędzej czy później, podobnie jak iPady, staną się one pragnieniem i rzeczywistością wszystkich ludów na ziemi.

Dlaczego upadają narody

Teza Fukuyamy stała się jednym z najsilniejszych memów przełomu tysiącleci. Bo choć jest w dobrym tonie kpić z niej podczas intelektualnych dysput, wytykając amerykańskiemu filozofowi zbytnie uproszczenie złożoności świata, to jednak ukryte w niej przekonanie o uniwersalnej wyjątkowości i wyższości Zachodu ma się niezmiennie dobrze. Jak bowiem inaczej wyjaśnić fakt, że z małego skrawka ziemi, zwanego Europą, pokawałkowanego na dziesiątki walczących ze sobą miast, państw i państewek, ruszyła pięćset lat temu ekspansja, która przyniosła gospodarczą i polityczną dominację nad światem?

Wydaje się, że wszystko zostało już napisane, a jednak pojawiają się ciągle nowe opracowania. I tak w połowie tego roku amerykańscy ekonomiści Daron Acemoglu i James Robinson opublikowali dzieło „Why Nations Fail?” (Dlaczego upadają narody). Swą opowieść zaczynają od pytania, dlaczego niektóre państwa, jak USA, urosły do gospodarczej potęgi, a już sąsiadujący z nimi Meksyk jest krajem w najlepszym wypadku rozwijającym się?

Jak to jest, że w podzielonym granicą miasteczku Nogales część należąca do USA tak bardzo różni się od części latynoskiej? Ten sam klimat, nawet ludzie w większości o tym samym rodowodzie, a jednak dwie różne cywilizacje. Uczeni dochodzą do wniosku, że kluczem do rozwoju jest ład instytucjonalny. Jeśli ma on charakter inkluzywny, czyli zapewnia maksymalnej liczbie ludzi dostęp do zasobów, wówczas społeczność kwitnie, bo wszyscy uczestniczą w wytwarzaniu i podziale dobrobytu. Jeśli jednak instytucje mają charakter ekstrakcyjny, czyli służą ochronie interesów nielicznej elity, która bez skrupułów doi resztę społeczeństwa, wówczas na trwały rozwój nie ma szansy.

Nie jest więc przypadkiem, że wysoki poziom rozwoju uzyskały wyłącznie kraje demokratyczne, oparte na instytucjach chroniących indywidualną wolność, prywatną własność i polityczny pluralizm. Dyktatury sprawdzają się na wczesnym etapie doganiania, łapią jednak zadyszkę, gdy do poprawy poziomu zamożności nie wystarczy już niewolnicza praca wieśniaków zagonionych do fabryk, lecz potrzebne są bardziej subtelne mechanizmy odwołujące się do innowacyjności i kreatywności.

Dyktatorom do wygodnego życia i utrzymania zapewniających im władzę klik oraz aparatu bezpieczeństwa wystarczy zazwyczaj przykręcanie śruby zastraszonej większości. Doskonale obserwację tę ilustrowały kariery Ben Alego w Tunezji i Hosniego Mubaraka w Egipcie. W końcu jednak śruba się przekręciła i doszło do buntu. Czy wyzwolone społeczeństwa zdołają zbudować ład instytucjonalny podobny do tego, jaki zapewnił demokratycznemu Zachodowi dobrobyt, nie wiadomo. Wiadomo jednak, przekonują uczeni, że bez takiego ładu ani Egipt, ani Tunezja, ani żaden inny kraj nie trafią na ścieżkę trwałego rozwoju.

Acemoglu i Robinson nie twierdzą, że jedynym sposobem na dobre życie jest dosłownie naśladowanie Zachodu. Ale szkocki historyk celebryta Niall Ferguson, wykładowca Uniwersytetu Harvarda, określający siebie mianem neoimperialisty, nie ma wątpliwości. Zachód wygrał, bo zbudował szczególny rodzaj cywilizacji, przekonuje Ferguson w książce „Civilization. The West and the Rest” (Cywilizacja. Zachód i reszta). Jej podstawą jest sześć kluczowych elementów, sześć „killer applications” (w języku współczesnego marketingu kluczowe zastosowania decydujące o atrakcyjności produktu lub usługi).

Owe „killer applications” to konkurencja, nowoczesna nauka, własność prywatna, osiągnięcia medycyny, kultura konsumpcji i etyka pracy. Najważniejsze spostrzeżenie Fergusona – wszystkie te czynniki muszą wystąpić razem, strategie wybiórcze na nic. Związek Sowiecki miał niezłą naukę i medycynę, lecz bez ducha konkurencji, własności prywatnej, konsumpcji i wysokiej, wywodzącej się z ducha protestantyzmu etyki pracy nie miał szansy na konkurencję z zachodnim kapitalizmem. Jeśli więc ktoś marzy, by osiągnąć zachodni poziom dobrobytu, musi zastosować sześć „zabójczych aplikacji”. A kto tego nie rozumie, powinien mieć pretensje tylko do siebie, że klepie biedę.

Niezależnie, czy czyta się Fukuyamę, czy Fergusona, za każdym razem lektura kończy się konkluzją, że patent na dobre życie wymyślił Zachód. Kto więc chce dobrze żyć, musi albo kupić od Zachodu ten patent, albo dokonać wiernej podróbki. I nawet jeśli sam Zachód, jak narzeka Ferguson, przeżywa kryzys, bo zniszczyły go feministki, laicyzacja, państwo dobrobytu i brak woli, to nie zmienia prawdy, że innego sposobu na dobrobyt nie ma. Cywilizacja to Zachód albo katastrofa.

Odnowa Azji

Oczywiście nie brakuje zachodnich badaczy, którzy zakwestionowali te imperialne interpretacje dziejów. Wystarczy sięgnąć po opracowania Christophera Bayly, zwłaszcza jego „The Birth of the Modern World: 1780–1914” (Narodziny nowoczesnego świata: 1780–1914), by zrozumieć, że marsz Zachodu do światowej dominacji w niczym nie przypominał podboju globalnego rynku przez korporację Apple.

Jeszcze w XVIII w. wzajemne kontakty i inspiracje cywilizacji Zachodu i Wschodu były niezwykle intensywne. Tak jak trudno wyobrazić sobie rozkwit filozofii greckiej bez wpływu myśli perskiej i innych nurtów wschodnich, z chińskimi włącznie; jak nie sposób wyobrazić sobie renesansu bez wpływu islamu i myśli arabskiej, tak nie sposób zrozumieć rozwoju nowożytnego świata bez wzajemnych kontaktów Europy z Indiami, Chinami i Japonią. Ani Państwo Środka nie było tak zamknięte, jak głoszą popularne legendy, ani Europejczycy tak genialni i kreatywni, jak chciałby Ferguson.

Jak sobie jednak z ciągle silnym zachodnim imperializmem radzą myśliciele owej skazanej na naśladownictwo „reszty”? Fascynującą opowieść zaproponował indyjski historyk i krytyk literacki Pankaj Mishra w książce „From the Ruins of Empire. The Revolt Against the West and the Remaking of Asia” (Z ruin imperium. Rewolta przeciwko Zachodowi i odnowa Azji). Mishra zyskał rozgłos, gdy rok temu w długim eseju dla „London Review of Books” rozjechał Fergusona, pokazując, że jego twórczość jest w większym stopniu produktem popkultury i głęboko zakorzenionej, podszytej rasizmem ideologii niż efektem rzetelnych badań naukowych.

Mishra kpi sobie z Brytyjczyka Fergusona, że gra w USA podobną rolę, jaką w starożytnym Rzymie odgrywali myśliciele greccy. Dostarcza intelektualnej rozrywki aspirującym nuworyszom z nowego imperium, wygłaszając do kotleta pseudointelektualne banały, jakie pragną usłyszeć hojni sponsorzy płacący po kilkadziesiąt tysięcy dolarów za zabawne pogawędki o „killer applications”. To się świetnie sprzedaje zarówno w telewizji, jak i podczas konferencji w Davos i Aspen. Czy jednak z takich opowieści wynika lepsze zrozumienie trwających na świecie przemian?

Mishra przekonuje w swej książce, że Zachód ma skrzywioną perspektywę historyczną. Z punktu widzenia Ameryki i Europy najważniejsze wydarzenia XX w. to dwie wojny światowe, a potem zimna wojna zakończona upadkiem komunizmu. Tymczasem dla ludzi Azji moment kluczowy to rok 1905, spektakularne zwycięstwo Japończyków w bitwie pod Cuszimą i triumf nad Rosją. Japonia pokazała, że Azjaci też potrafią być nowocześni i pokonać Białego Człowiek jego bronią – siłą militarną wynikającą z udanego projektu modernizacyjnego.

Japoński projekt, będący w istocie próbą skopiowania europejskiego imperializmu, zakończył się jednak wielką katastrofą zwieńczoną Hiroszimą i Nagasaki, z brutalnym podbojem Chin i Korei po drodze.

Rany po tym okresie są ciągle żywe, co nie zmienia kluczowych wniosków. Japoński blietzkrieg w Azji skolonizowanej przez Brytyjczyków, Holendrów, Francuzów, Amerykanów obudził pogrążone w apatii i degrengoladzie, zdemoralizowane społeczeństwa Wietnamu, Indonezji, Malezji, Filipin i dał impuls do późniejszej dekolonizacji. Z kolei finalna klęska japońskiego imperializmu pokazała, że zbyt wierne naśladowanie Zachodu jest ryzykowne. Zwłaszcza że sam Zachód zapłacił za swoje pomysły jeszcze wyższą cenę mierzoną materialną destrukcją i dziesiątkami milionów zgładzonych podczas wojen światowych.

Nie sprawdziła się również druga ścieżka naśladowcza – komunizm, produkt czysto europejski. Owszem, Mao Tse Tung odbudował chińską jedność i podmiotowość, po drodze jednak zostawiając miliony ofiar i wieńcząc swoje dzieło szaleństwem rewolucji kulturalnej. O ile więc w perspektywie Zachodu upadek komunizmu przypieczętowany rozwiązaniem Związku Radzieckiego w 1991 r. oznacza koniec historii, o tyle dla ludów Azji to tylko moment historyczny, symbolizujący rozkład zachodniego imperium. Rozkład, który w sensie moralnym zaczął się wraz z wybuchem I wojny światowej.

Budziciele

Z tej perspektywy mieszkaniec Azji musi uznać wizje końca historii i próby zastosowania „sześciu zabójczych aplikacji” na całym świecie za zupełny brak realizmu: „Nadzieja, która napędza pragnienie nieskończonego wzrostu gospodarczego – przekonanie, że miliardy konsumentów w Indiach i Chinach pewnego dnia cieszyć się będą stylami życia Europejczyków i Amerykanów – jest równie absurdalną i niebezpieczną fantazją, jak rojenia liderów Al-Kaidy” – pisze Mishra. Tyle tylko, co przyznaje z bólem, że nie istnieje żadna uniwersalistyczna odpowiedź Azji na neoimperialny projekt modernizacyjny proponowany przez Zachód. Bo najprawdopodobniej taki uniwersalizm nie jest już możliwy.

Indyjski historyk zaczyna swą analizę od przedstawienia biografii dwóch myślicieli przełomu XIX i XX w.: Jamal al-Din al-Afghaniego i Liang Qichao. Spełnili oni podobną rolę, jak „budziciele” – intelektualiści, których twórczość doprowadziła do przebudzenia nowoczesnej świadomości narodowej Słowaków, Czechów, Ukraińców. Bez pracy takich ludzi, jak Afghani i Liang, nie sposób sobie wyobrazić późniejszych projektów politycznych Sun Yat-Sena i Mao Tse Tunga w Chinach, Ho Chi Minha w Wietnamie, Atatürka w Turcji, a także ibn Ladena i jego Al-Kaidy.

To oni podjęli systematyczny wysiłek zrozumienia, co takiego wydarzyło się na świecie w XIX w. Wówczas już rzeczywiście Wielka Brytania wysforowała się w globalnym wyścigu, korzystając z owoców rewolucji przemysłowej. Nie tylko jednak wynikająca stąd potęga ekonomiczna i militarna zadecydowała o triumfie Zachodu. Ważniejsza okazała się legitymizacja usprawiedliwiająca brutalny podbój i kolonizację. Jej źródłem stała się nauka, a raczej pseudonaukowe wnioski wyciągnięte z teorii Darwina, uzasadniające imperializm jako wyraz „naturalnej” walki o byt, w której najwyższa rasa biała na skutek swej naturalnej przewagi odnieść musiała zwycięstwo.

W tym ujęciu imperialna kolonizacja przestawała być brutalnym podbojem, lecz zamieniała się w misję cywilizacyjną, za której dobroczynne skutki ludy Azji i Afryki powinny być wdzięczne po wsze czasy, nawet jeśli po drodze zdarzały się przykre incydenty, jak wojna opiumowa i masakry w Kongu. O ile dziś już nikt poważnie nie traktuje XIX-wiecznych teorii rasowych, o tyle mit misji cywilizacyjnej Białego Człowieka trzyma się mocno. Wystarczy przypomnieć przemówienie prezydenta Francji Nicholasa Sarkozy’ego w Dakarze w 2007 r., kiedy mówił, że ludy Afryki nie mają poczucia historii.

Mishra nie proponuje żadnej wizji przyszłości. Wie, że konsens waszyngtoński, czyli neoliberalny zestaw zasad rozwoju gospodarczego w warunkach „końca historii” i globalizacji, już się wyczerpał. Indyjski historyk nie ma także wątpliwości, że największy wpływ na kształtowanie XXI w. będą miały 4 mld ludzi zamieszkujących Azję. Nie napędza ich żadna wspólna ideologia, azjatyckie społeczeństwa realizują różne projekty, których nie sposób zrozumieć, jeśli nie sięgnie się analizą do XIX w.

Oznacza to, że pustki po konsensie waszyngtońskim nie wypełni żaden „konsens pekiński”, jak roją niektórzy powierzchowni analitycy wzrostu potęgi Chin. Co więc oznacza wyrażone przez Ganzeera pragnienie wolności, godności i sprawiedliwości społecznej? Jak je zaspokoić, skoro wszystkie uniwersalne recepty legły wraz z imperium w gruzach? Jeśli rację ma Pankaj Mishra, Azja nie dysponuje panaceum na problemy współczesnego świata, jej społeczeństwa są jednak w innej fazie historycznego cyklu niż zadowolony z siebie mimo kryzysu Zachód. To zapewnia energię niezbędną do próbowania innowacji społecznych, kulturowych, organizacyjnych, gospodarczych, politycznych. Nie gwarantuje wszakże sukcesu. Dlatego historię czeka całkiem ciekawa przyszłość.

Polityka 40.2012 (2877) z dnia 03.10.2012; Nauka; s. 56
Oryginalny tytuł tekstu: "Nowy początek historii"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Sarmata, hipis, mundurowy? Polskie wzorce męskości

Dr hab. Wojciech Śmieja o tym, jak ukształtował się osobliwy, polski wzorzec tak zwanego prawdziwego mężczyzny.

Ewa Wilk
30.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną