Co zostało z oburzenia oburzonych

Oburzeni wszystkich krajów, łączcie się!
Gdzie się podziali indignados z Puerta del Sol? Co z Okupującymi Wall Street? A polscy actawiści – czy jeszcze pamiętają, o co walczyli? Trwa spór o dorobek wielkich ruchów protestu, które przetoczyły się przez świat na początku drugiej dekady XXI w.
Oburzeni. Protest w Barcelonie.
Marcello Vicidomini/Wikipedia

Oburzeni. Protest w Barcelonie.

Rozczarowani niemożliwością zaspokojenia swoich aspiracji młodzi przedstawiciele klasy średniej powracają na scenę historii regularnie.
AFP/EAST NEWS

Rozczarowani niemożliwością zaspokojenia swoich aspiracji młodzi przedstawiciele klasy średniej powracają na scenę historii regularnie.

Skala niesprawiedliwości i gniewu na świecie powinna wystarczyć do wybuchu dziesięciu rewolucji październikowych – stwierdził w 2006 r. niemiecki filozof Peter Sloterdijk. W książce „Gniew i czas” zastanawiał się, dlaczego mimo tak wielkiego psychopolitycznego potencjału niezadowolenia na świecie panował spokój. Bo rzeczywiście, już wtedy trudno było mieć wątpliwości, że kolejna utopia dobrobytu dla wszystkich i raju na ziemi przed nastaniem Sądu Ostatecznego dobiega końca.

Generalna idea była równie prosta, jak założenia wcześniejszego ustroju szczęśliwości społecznej, socjalizmu. Milton Friedman, amerykański ekonomista ze słynnej szkoły Chicago, podjął twórczo myśl Karola Marksa przyznając, że klucz do możliwości szczęścia dla wszystkich kryje się w społeczeństwie bezklasowym. Przeciwnie jednak niż w socjalizmie, w projekcie neoliberalnym jego podstawą nie ma być likwidacja własności prywatnej, lecz uwłaszczenie wszystkich.

Gdy przedstawiciele klasy robotniczej staną się właścicielami mieszkań i akcji przedsiębiorstw oraz funduszy emerytalnych, dołączą do klasy średniej. Ta zaś nie ma powodu, żeby się gniewać i protestować, bo musi pomnażać majątek, a jej interesy dobrze reprezentuje demokratyczny system polityczny. Lub raczej postpolityczny, bo skoro źródło antagonizmów zostało wyeliminowane, wszystkie partie polityczne stają się partiami obsługującymi klasę średnią, a polityka przekształca z zarządzania ludźmi w technokratyczne zarządzanie rzeczami.

Recepta na sukces?

Rachunek przestał zgadzać się już na początku XXI w., kiedy przedstawiciele klasy średniej w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Japonii i wielu innych krajach odkryli, że ich realne dochody stoją w miejscu praktycznie od 20 lat. Co gorsza, coraz słabiej działa recepta na sukces – wykształcenie. Ukończenie wyższej uczelni nie otwiera już drzwi do świata gwarantującego powtórzenie sukcesu rodziców: życia w domku na przedmieściu, dwóch samochodów i wakacji za granicą. Co najwyżej daje szansę na stagnację dochodów. Trudną prawdę o realnym kapitalizmie maskował jednak system kredytowy umożliwiający finansowanie stylu życia klasy średniej: zakupu domów, samochodów, urlopów i wykształcenia w zamian za rosnące do niebotycznych rozmiarów zadłużenie.

Gdy neoliberalna piramida finansowa zaczęła się kruszyć w 2007 r. po załamaniu rynku kredytów hipotecznych w USA, a proces destrukcji nabrał rozpędu w 2008 r. po upadku banku Lehman Brothers, na polityczną scenę wkroczył nowy aktor: absolwent bez przyszłości. Paul Mason, brytyjski dziennikarz i eseista, opisuje w wydanej w tym roku książce „Why It’s Kicking Off Everywhere: the New Global Revolutions” (Dlaczego wybucha wszędzie: nowe globalne rewolucje) narodziny nowej klasy rewolucyjnej od Stanów Zjednoczonych, przez Hiszpanię i Grecję, po Iran, Egipt i Tunezję. Tworzy ją młodzież zwabiona obietnicą, że studia, najczęściej kosztem zadłużenia, zapewnią lepsze życie. Studia się skończyły, dług pozostał, w ogarniętej kryzysem gospodarce pracy nie ma.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną