Aeroplan, który zabierze nas w przyszłość

Samolot na słońce
Solar Impulse II ruszył w podróż dookoła świata i pokonał już najtrudniejszy etap: trwający non stop 117 godzin lot z Nagoi na Hawaje. Czy Bertrand Piccard i André Borschberg, okrążający świat w swym słonecznym samolocie, zwiastują nadejście nowej ery wynalazców po długim okresie posuchy?
Solar Impulse 2 podchodzi do lądowania na Hawajach.
Solar Impulse/Revillard/rezo.ch

Solar Impulse 2 podchodzi do lądowania na Hawajach.

Bertrand Piccard i Andre Borschberg rzucili wyzwanie niemożliwemu.
Solar Impulse/Revillard/rezo.ch

Bertrand Piccard i Andre Borschberg rzucili wyzwanie niemożliwemu.

Solar Impulse 2 w przestworzach. W dole usterzenie samolotu F-15.
Hornet Driver/Wikipedia

Solar Impulse 2 w przestworzach. W dole usterzenie samolotu F-15.

Ktoś powie, że z tą posuchą to przesada. Wszak mamy smartfony, odbiorniki GPS i drony. Mamy też modyfikowane genetycznie organizmy i sklonowane zwierzęta, roboty wędrujące po Marsie oraz masę nowych leków i technologii medycznych. Wszystko to blednie jednak w porównaniu z osiągnięciami naszych poprzedników sprzed kilkudziesięciu i więcej lat. Samochód, samolot, komputer, układ scalony, rakiety kosmiczne i satelity, telewizja, antybiotyki, szczepionki i nawozy sztuczne. Do tej listy należałoby pewnie dopisać także internet, nad którym pracować zaczęto pod koniec lat 60. XX w., co oznacza, że niedługo stuknie mu pięćdziesiątka. Zresztą GPS też korzeniami tkwi w latach 60., bo to już wtedy powstały pierwsze systemy nawigacji satelitarnej.

Te szalone czasy, gdy ledwo wyklute koncepcje i pomysły starano się jak najszybciej wcielić w życie, przeminęły. Zaczęła się „wielka stagnacja”, jak to określił amerykański ekonomista Tyler Cowen w książce pod takim właśnie tytułem opublikowanej w 2011 r. Cowen, profesor George Mason University, dowodził, że jakieś trzy dekady temu świat zachodni osiągnął technologiczne plateau, którego konsekwencją jest stopniowy spadek tempa rozwoju gospodarczego. Dlaczego duch innowacyjności zgasł? Cowen uważał, że stopniowo wyczerpaliśmy (miał na myśli świat zachodni) możliwości względnie łatwego przetrawienia wcześniejszych osiągnięć nauki. Zerwaliśmy wszystkie nisko wiszące owoce, a chętnych do zbierania tych trudniej dostępnych zabrakło. Przejście od samolotów turbośmigłowych do odrzutowych okazało się względnie łatwe w porównaniu z przejściem od tych drugich do czegoś jeszcze lepszego. Pojawił się naddźwiękowy Concorde, znacznie skracając podróż z Europy do Ameryki, ale w końcu i on poniósł porażkę.

Przełomowy obszar

W ostatnich dekadach ludzka pomysłowość nie uległa ograniczeniu tylko w sferze informatyki – uważa Peter Thiel, miliarder i twórca PayPala, jeden z najbardziej znanych i wpływowych inwestorów w Dolinie Krzemowej. Jego zdaniem przełom dokonał się tylko tu, głównie dlatego, że sfera ta nie była skrępowana licznymi przepisami, a także dlatego, że na początku względnie łatwo można było w niej buszować nawet pojedynczym śmiałkom. W rezultacie cała para – jak powiada Thiel – poszła w „cyferki” (digits). Dziś jednak nawet dla niego jest to o wiele za mało. Człowiek, który jako jeden z pierwszych dał Zuckerbergowi pieniądze na Facebooka, doszedł ostatnio do wniosku, że rewolucja w IT nie doprowadziła do eksplozji innowacji w innych sferach, lecz ugrzęzła w wyścigu imitatorów, lepszych lub gorszych poprawiaczy tego, co już zostało wymyślone. „Chcieliśmy latających samochodów, a co mamy? 140 liter” – mówi Thiel, mając oczywiście na myśli Twittera. Jego osobiste marzenia wykraczają dziś daleko poza rewolucję w „cyferkach”: w przyszłości komputery będą się komunikowały bezpośrednio z mózgami ludzi, starość zostanie pokonana, śmierć stanie się uleczalną chorobą, a ludzie będą zakładali sobie nowe państwa na wielkich wyspach unoszących się na oceanie.

Na takie szalone projekty, i kilkanaście innych podobnych, daje dziś pieniądze Thiel. Wierzy w obdarzonych wizją i uporem zapaleńców, podobnych do tych z początku zeszłego wieku, o których nie za bardzo wiadomo na początku, czy okażą się geniuszami czy wariatami. Nie ufa natomiast zupełnie korporacjom i tradycyjnym firmom przemysłowym. „Są mało kreatywne i mało odważne. Wszystko jest w nich z góry ustalone. Innowacje tak, ale tylko wtedy, gdy szansa odniesienia sukcesu jest duża. Żadnych szaleństw. Dlatego świata nie zmienią” – mówi. W zeszłym roku, po kilku latach prowadzenia warsztatów z przedsiębiorczości na Uniwersytecie Stanforda, głównym zapleczu intelektualnym Doliny Krzemowej, Thiel wydał książkę „Zero to one”, będącą swego rodzaju poradnikiem biznesowym dla takich właśnie szaleńców starających się iść własną drogą i próbujących robić rzeczy, których nikt przed nimi nie robił. Wszystkim za wzór stawia swojego dobrego kolegę Elona Muska, z którym zakładał PayPala. Musk, wyznający zasadę: „rób tylko rzeczy niemożliwe”, niewątpliwie ma w sobie coś z geniusza i coś z szaleńca, choć zarazem jest na tyle przekonujący, że jak dotąd znajdował chętnych do sfinansowania swoich pomysłów. Dość szybko porzucił „cyferki”. W 2002 r., zaraz po tym, jak sprzedał udziały w PayPalu i w wieku 31 lat został miliarderem, oznajmił, że zamierza budować rakiety i statki kosmiczne. Twierdził, że będą 10 razy tańsze niż te, które buduje NASA. Dziś jego firma SpaceX wysyła pojazdy na orbitę i przygotowuje misję na Marsa. Nie czekając jednak, aż jego rakiety polecą w kosmos, Musk rozpoczął budowę luksusowego samochodu elektrycznego. Zajęła się tym spółka Tesla Motors, którą założył wspólnie z grupą takich samych upartych ryzykantów jak on. Znów dopiął swego, a rok temu gładko przeszedł do realizacji kolejnego marzenia.

Czytaj także

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną