Fakty i mity dotyczące witaminy D

Słońce w pigułce
Skąd się wzięła moda na witaminę D? Czy to lekarstwo, które szuka swojej choroby?
Witamina D ma więcej zwolenników niż przeciwników. Obowiązkowo podawana jest noworodkom, początkowo w dawce 400 jednostek na dobę.
Alamy Stock Photo/BEW

Witamina D ma więcej zwolenników niż przeciwników. Obowiązkowo podawana jest noworodkom, początkowo w dawce 400 jednostek na dobę.

Rynek nasycono mnóstwem specyfików, w których witamina D występuje w najróżniejszych postaciach, dawkach oraz połączeniach.
PantherMedia

Rynek nasycono mnóstwem specyfików, w których witamina D występuje w najróżniejszych postaciach, dawkach oraz połączeniach.

audio

AudioPolityka Paweł Walewski - Słońce w pigułce

Wygląda to na szeroko zakrojoną akcję marketingową: „Witamina dla każdego”, „Wspieraj zdrowie”, „Lek na całe zło”. Rozsądek podpowiada, by wobec takich haseł zachować powściągliwość. Ale może tym razem nikt nie chce żerować na naiwności konsumentów i podsuwa rzeczywiście wartościowy eliksir?

Jest nim witamina D, która już teraz cieszy się uznaniem wielu lekarzy, chyba największym spośród wszystkich suplementów diety. Skoro jednak mowa o suplementach, pojawia się podejrzliwość: mało to mamy wokół siebie ich reklam, które obiecują cuda? Producenci wciskają pigułki, choć wystarczyłoby zdrowo się odżywiać. Witamina D również ma swoje źródła w naturze – są nimi słońce i popularne artykuły spożywcze: m.in. żółtka jaj, masło, sardynki, śledzie oraz inne tłuste ryby (łosoś, makrela). Czy po słonecznym lecie i zachowując przykazania urozmaiconej diety, warto jeszcze dokarmiać się tabletkami? Czy niebezpieczeństwo przedawkowania nie jest gorsze od niedoboru?

Prof. Paweł Płudowski z Centrum Zdrowia Dziecka zorganizował w Warszawie międzynarodową konferencję European Vitamin D Association, by eksperci mogli uzgodnić swoje opinie i wydać rekomendacje. W środowisku naukowym panuje bowiem spora rozbieżność, ile witaminy D powinniśmy przyjmować, by zachować zdrowie, nie mówiąc o gronie sceptyków, którzy w każdej tego typu zachęcie widzą interes przemysłu farmaceutycznego. – Sponsorem mojego wykładu jest słońce – ironizował prof. Michael F. Holick z Bostonu. Ponieważ każdy wykładowca kończył swoją wypowiedź deklaracją, że sam przyjmuje witaminę D (jak prof. Maria Borszewska-Kornacka z kliniki neonatologii w Warszawie: – To jedyny lek, który biorę) albo podaje ją swojej rodzinie (prof. Stefan Pilz z Grazu w Austrii: – Syn nie jest zadowolony, ale będzie miał zdrowsze kości i inne narządy) – można odnieść wrażenie, że w tym gronie nie było wątpiących. Ale tytuł sympozjum miał prowokować: „Minimum, maximum, optimum”. No właśnie, skąd wiadomo, jakie jest optimum?

Moda na witaminę D rozkwitła wraz z odkryciem jej receptorów poza układem kostnym. – Wtedy okazało się, że nie tylko zapobiega krzywicy i osteoporozie, ale odpowiada za aktywność 200 genów i ma działanie ochronne przed wieloma chorobami – tłumaczy prof. Płudowski. Z racji na swoje wykształcenie biochemiczne czuje się sfrustrowany, że do witaminy D przylgnęła etykietka suplementu, choć produktem końcowym jej przemian w wątrobie i nerkach jest przecież silny hormon kalcytriol. – Gdybyśmy o tym pamiętali, inne byłoby jej postrzeganie, gdyż znaczenia hormonów dla prawidłowego funkcjonowania organizmu nikt nie kwestionuje – mówi profesor.

Kiedy w 1822 r. polski lekarz i chemik Jędrzej Śniadecki po raz pierwszy na świecie opisał metodę leczenia krzywicy za pomocą zwiększonej ekspozycji na światło, nie wiedziano jeszcze, jaki jest mechanizm tej terapii. Krzywica w aglomeracjach miejskich była tak poważnym problemem, że zaczęto z nią walczyć, naświetlając promieniami UV nie tylko dzieci, ale też żywność (mleko, chleb, a nawet piwo i hot dogi w USA). Sto lat później to właśnie czynnik przeciwkrzywiczy nazwano witaminą D. W latach 40. XX w. zachwyt nad jej skutecznością był tak wielki, że podawano ją w dawkach kilkuset tysięcy jednostek. Musiało to doprowadzić do licznych działań niepożądanych, ponieważ stukrotnie przekraczały dozwolone normy. Wielu się przestraszyło – i witaminę D zrzucono z piedestału.

Dziś znów ma więcej zwolenników niż przeciwników. Obowiązkowo podawana jest noworodkom, początkowo w dawce 400 jednostek na dobę. Ale powinny ją mieć zalecaną już kobiety w ciąży, gdyż zdaniem prof. Kornackiej zadowalające wartości powyżej 30 ng/ml ma zaledwie 7 proc. ciężarnych. Ginekolodzy patrzą jednak na te wartości przez palce, podobnie jak pediatrzy opiekujący się starszymi dziećmi. – W szóstym miesiącu życia jeszcze 82 proc. niemowląt otrzymuje witaminę D, po roku już tylko 60 proc. – zauważa dr Justyna Czech-Kowalska z Centrum Zdrowia Dziecka.

Badania wcale nie dają jednoznacznych odpowiedzi, czy korzyści z regularnego przyjmowania witaminy D w wieku szkolnym eksponowane w reklamach są rzeczywiście jej wyłączną zasługą. Mniejsza skłonność do infekcji, mniejsze ryzyko rozwoju cukrzycy i nadciśnienia, mniejsza liczba złamań – nie wszystkie obserwacje to potwierdzają, więc część lekarzy pozostaje nieufna: po co dzieci faszerować suplementami, niech lepiej się zdrowiej odżywiają!

Ostatni raport na temat otyłości wśród młodzieży, opublikowany w połowie października w cenionym czasopiśmie medycznym „Lancet”, dowodzi jednak, że liczne wysiłki mające na celu zachęcić nastolatki do zdrowego stylu życia nie przyniosły zadowalających rezultatów. A przy otyłości, która stała się epidemią, poziom naturalnej witaminy D wytwarzanej przez organizm radykalnie maleje, więc zapotrzebowanie na nią wzrasta. Zwolennicy nie mają więc wątpliwości, że grubsze dzieci powinny otrzymywać ją w tabletkach, gdyż jest to inwestycja w ich zdrowie – zwłaszcza jesienią i zimą, kiedy w Polsce dostęp do słońca bywa mocno ograniczony.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną