Co wykończyło dinozaury

Zgoda w sprawie dinozaurów
Zabił je meteoryt, czy też gigantyczne erupcje wulkaniczne? Wyniki najnowszych badań wskazują, że jedno i drugie. Zaczął meteoryt, dokończyły wulkany.
„Nawet gdyby meteoryt nie nadleciał, dinozaury i tak zostałyby zabite przez wulkany”.
MasPix/Alamy Stock Photo/BEW

„Nawet gdyby meteoryt nie nadleciał, dinozaury i tak zostałyby zabite przez wulkany”.

Meteoryt i wulkany. Jedno nieszczęście spowodowało drugie, jeszcze większe. Wulkany zabijały na raty, przez dziesiątki, a może nawet setki tysięcy lat.
Steveoc 86/Wikipedia

Meteoryt i wulkany. Jedno nieszczęście spowodowało drugie, jeszcze większe. Wulkany zabijały na raty, przez dziesiątki, a może nawet setki tysięcy lat.

Masowe wymierania żywych organizmów fascynują badaczy od dawna, choć akurat geolodzy bardzo długo odnosili się wstrzemięźliwie do takich katastroficznych wizji. Większość z nich pozostawała pod wpływem brytyjskiego uczonego Charlesa Lyella, który w latach 30. XIX w. dowodził, że „kluczem do poznania przeszłości jest teraźniejszość”, a ta – jak zauważał – nie obfituje przecież w żadne nagłe dramatyczne zdarzenia. Lyell uznał katastrofizm za pseudonaukową spekulację, a jego zwolennikom nie szczędził ostrych jak sztylet słów krytyki. Wygrał, a jego wizja zdominowała geologię na półtora wieku. Przełom nastąpił dopiero w 1980 r., wraz z opublikowaniem w tygodniku „Science” brawurowej pracy, której autorami byli Luis W. Alvarez i jego współpracownicy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Twierdzili w niej, że dinozaury, władające planetą przez ponad 100 mln lat, zostały z niej usunięte w wyniku uderzenia wielkiego meteorytu.

Publikacja Alvareza, jego syna i dwóch innych naukowców okazała się jedną z najważniejszych prac w naukach o Ziemi. Od tego momentu katastrofizm znalazł się ponownie w głównym nurcie geologii. Trzeba jednak przyznać, że autorzy pracy poczynali sobie więcej niż śmiało. Na podstawie skąpych ustaleń sformułowali niezwykle daleko idącą konkluzję. Gdyby nie to, że lider zespołu był laureatem Nagrody Nobla w 1968 r. z fizyki za badania nad cząstkami subatomowymi, artykuł mógł wylądować w koszu. Najzabawniejsze, że początkowo naukowcy wcale nie zamierzali być rewolucjonistami. Szukali po prostu precyzyjnej metody pomiaru szybkości powstawania warstw skalnych i uznali, że najlepszy do tego będzie iryd – rzadki metal, który na Ziemię dociera głównie w deszczu drobniuteńkich cząstek kosmicznego pyłu. Alvarez zbudował urządzenie do pomiaru irydu.

Iryd świadkiem

Pomiary w próbkach pobranych w pobliżu włoskiego miasta Gubbio, gdzie badania prowadził syn Alvareza – geolog Walter Alvarez, ujawniły, że w warstewce iłu z końca okresu kredowego jest 30 razy więcej irydu niż w sąsiednich warstwach. Gdy podobne nagromadzenie irydu znaleźli na kolejnym stanowisku w Danii, puścili wodze naukowej fantazji: orzekli śmiało, że jest to pozostałość po zbombardowaniu Ziemi przez obiekt kosmiczny o średnicy około 10 km, który uderzając, wyrąbał krater o przekroju 100–150 km. Spekulowali, że glob otoczyły pyły wyrzucone w powietrze podczas zderzenia, które zablokowały światło słoneczne i zatrzymały fotosyntezę. Był to gotowy przepis na zagładę życia.

Dojść do takich śmiałych wniosków na podstawie dwóch warstewek iłów oraz wyników kilku równań? Nic dziwnego, że artykuł został przyjęty z dezaprobatą. Propozycja wyjaśnienia zagadki śmierci dinozaurów uderzeniem ciała kosmicznego w Ziemię uraziła przede wszystkim paleontologów. Na autorów runęła lawina krytyki. Wielu badaczy dawnego życia dowodziło, że dinozaury wcale nie odeszły nagle z Ziemi, a ich zmierzch zaczął się miliony lat wcześniej. Inni wskazywali na liczne ocalałe grupy zwierząt, pytając, dlaczego nie wyginęły. Luis Alvarez przyznawał, że na paleontologii się nie zna, ale uparcie powtarzał, że dowody geochemiczne i astrofizyczne nie pozostawiają wątpliwości: na Ziemi miał miejsce kataklizm o gigantycznych rozmiarach, który zbiegł się w czasie z zagładą dinozaurów. Geolodzy i paleontolodzy rozjechali się po świecie, aby przyjrzeć się bliżej wydarzeniom z końca kredy. Rozpoczęła się współczesna era badań nad masowymi wymieraniami – nadzwyczajnymi epizodami w dziejach życia, podczas których znaczna część gatunków znika nagle z Ziemi, aby już nigdy na nią nie powrócić. Hipoteza mogła upaść w każdej chwili, ale kolejne dowody zdawały się wzmacniać. Warstewkę irydową znajdowano niemal na całym globie. W wielu miejscach natrafiono też na kwarc szokowy i kulki szkliwa (sferule) – jedne i drugie to pozostałości po impakcie. A w 1991 r. odkryto krater idealnie pasujący do czarnego scenariusza Alvarezów. Nazywał się Chicxulub i znajdował się na meksykańskim półwyspie Jukatan. Powstał pod koniec kredy, przed 66 mln lat, i miał średnicę około 150 km. Szeregi oponentów hipotezy impaktowej zaczęły szybko topnieć.

I wtedy pojawiła się konkurencyjna hipoteza. Jej zwolennicy zgadzali się z Alvarezami, że pod koniec kredy doszło do masowego wymierania, ale od uderzenia meteorytu woleli intensywny wulkanizm, po którym na indyjskiej wyżynie Dekan pozostała rozległa pokrywa bazaltów o grubości wielu kilometrów. Twórcy hipotezy wulkanicznej nie negowali samego impaktu, co byłoby trudne po znalezieniu krateru, kwarcu szokowego i sferul, ale pomniejszali jego znaczenie.

Czytaj także

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną