Czy wystarczy dla nas Ziemi?

Bez utopii będzie potop
Żyjemy w antropocenie – Epoce Człowieka. Nowa era to nie tylko dumna nazwa, ale też nowe wyzwania. Najważniejsze: zachować Ziemię dla przyszłych pokoleń.
Żyjemy w antropocenie i nie chodzi jedynie o zabawy językowe w wymyślanie nowych pojęć.
Kim Kyung-Hoon/Reuters/Forum

Żyjemy w antropocenie i nie chodzi jedynie o zabawy językowe w wymyślanie nowych pojęć.

Spór o Puszczę Białowieską i sposób jej ochrony przed kornikiem drukarzem ujawnił głębokie różnice dzielące polskie społeczeństwo w rozumieniu relacji między człowiekiem a przyrodą. Czy las jest tylko zasobem gospodarczym podlegającym ekonomicznej eksploatacji? Czy też jest dziełem ludzi, którzy od wieków kształtują swoją aktywnością środowisko, tym samym przekształcając je w dziedzictwo kultury? Czy też w końcu obszary takie jak Puszcza Białowieska (Spór o Puszczę Białowieską i sposób jej ochrony przed kornikiem drukarzem ujawnił głębokie różnice dzielące polskie społeczeństwo w rozumieniu relacji między człowiekiem a przyrodą. Czy las jest tylko zasobem gospodarczym podlegającym ekonomicznej eksploatacji? Czy też jest dziełem ludzi, którzy od wieków kształtują swoją aktywnością środowisko, tym samym przekształcając je w dziedzictwo kultury? Czy też w końcu obszary takie jak Puszcza Białowieska (czy Karpacka – pisze o niej w numerze Piotr Murdza) są przykładami wiecznej Natury i z tego powodu należy im się uznanie i ochrona jako pomnikom dziedzictwa przyrodniczego? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bo argumenty naukowe mieszają się z ekonomicznymi, te zaś zależą silnie od kontekstu społecznego i kulturowego, w końcu do głosu dochodzi polityka. W Polsce, kraju katolickim, nie może też zabraknąć argumentów teologicznych – czyż Pismo Święte w Pierwszej Księdze Mojżeszowej nie „cytuje” Boga mówiącego do ludzi: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi”. Człowiek szkodnik Gorący i wielowymiarowy spór o Białowieżę zamroziła w końcu decyzja Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości wstrzymująca wycinkę. Problem jednak pozostał i jest lokalnym wyrazem znacznie głębszego napięcia. Jego źródłem jest, dosłownie, zmiana o charakterze epokowym. Żyjemy w antropocenie, epoce człowieka. Brzmi dumnie, powodu do dumy jednak nie ma. Biolog Eugene F. Stoermer i Paul Crutzen, chemik noblista, napisali w artykule z 2000 r., że człowiek stał się główną siłą kształtującą nie tylko własną historię, ale także globalne procesy ekologiczne i biogeochemiczne. Skutkiem tego oddziaływania są liczne niepokojące zjawiska, wśród nich masowe wyniszczenie gatunków roślin i zwierząt, które zyskało nawet ostatnio miano szóstego wielkiego wymierania, oraz zmiany klimatyczne, których skutkiem jest systematyczny wzrost średniej temperatury atmosfery. Stoermer i Crutzen w swym tekście sprzed blisko dwóch dekad ostrzegali, że emisja przez człowieka dwutlenku węgla (jego źródłem jest głównie spalanie paliw kopalnych, a także wycinka lasów i produkcja cementu) może doprowadzić do wytrącenia klimatu ze stanu zachowań naturalnych. To rozregulowanie jest znacznie poważniejszym zagrożeniem niż sam wzrost temperatury atmosfery. Cieplejszą ziemię naukowcy nie tylko są w stanie sobie wyobrazić, ale także stworzyć symulacje konsekwencji ocieplenia, np. obliczyć tempo wzrostu poziomu mórz na skutek topnienia pokrywy lodowej. Lub oszacować, że jeśli nawet uda się zatrzymać wzrost temperatury atmosfery o 2 st. C w stosunku do okresu przedprzemysłowego (już wzrosła o 1 st. C), roztopi się 40 proc. wiecznej zmarzliny pokrywającej 15 mln km kw. powierzchni lądów. To zaś oznacza uwolnienie ukrytego w lodzie metanu, a także toksycznej rtęci. Okazuje się, że obecnie wieczna zmarzlina blokuje dwukrotnie więcej rtęci, niż znajduje się w glebach, oceanach i atmosferze. Robi się nieprzyjemnie, najgorsze jest jednak to, czego oszacować nie sposób – rozregulowanie systemu. Język i rzeczywistość Żyjemy więc w antropocenie i nie chodzi jedynie o zabawy językowe w wymyślanie nowych pojęć, ostrzega Ewa Bińczyk, filozofka z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Nakładem PWN ukazała się właśnie jej książka „Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu”. Słowa mają znaczenie – w przypadku antropocenu musimy przyjąć do wiadomości, że wraz ze zmianą epoki zmienić się musi wszystko. Przekonanie, że nadal możliwe jest życie i gospodarowanie na zasadach, jakie ludzkość wypracowała w epoce przemysłowej, a więc rozwój oparty na maksymalizacji produkcji i konsumpcji, nie ma żadnych realnych podstaw. Zaspokojenie tego apetytu oznacza bowiem, że tylko w XXI w., w ciągu zaledwie kilkunastu lat, człowiek zużył 31 proc. węgla, jaki został wykopany w całej historii ludzkości, 37 proc. ropy naftowej i 48 proc. gazu ziemnego. A to dopiero początek stulecia. To wszystko dzieje się już w czasie, kiedy ludzie mają świadomość konsekwencji emisji dwutlenku węgla pochodzącego ze spalania tych paliw i oficjalnie nawet prowadzą walkę z globalnym ociepleniem. Już w 1988 r. ONZ powołała Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatycznych (IPCC) – ciało odpowiedzialne za syntezę wiedzy naukowej o zmianach klimatu i przetwarzaniu jej w rekomendacje polityczne. W 1992 r. podczas szczytu ziemi w Rio de Janeiro powstała Ramowa konwencja w sprawie zmian klimatu, która doprowadziła do przyjęcia w 1997 r. protokołu z Kioto, porozumienia określającego redukcję emisji gazów cieplarnianych. Ba, w 2015 r. podczas szczytu klimatycznego w Paryżu zostało przyjęte nowe porozumienie w sprawie ochrony klimatu. Puste deklaracje I co? I nic, emisja gazów cieplarnianych rośnie proporcjonalnie do wzrostu zużycia paliw kopalnych, produkcji cementu i wylesiania Ziemi, a planowane na najbliższe dwie dekady inwestycje w wydobycie ropy, gazu i węgla wielokrotnie przewyższają przewidziane inwestycje w odnawialne, bezemisyjne źródła energii, przypomina Bińczyk. I zastanawia się, dlaczego mimo istniejącej wiedzy o kondycji i scenariuszach rozwoju epoki człowieka, zamiast działać adekwatnie do wyzwań, ludzkość pogrążyła się w marazmie, czyli „takiej kondycji organizmu, która poważnie zagraża sprawności myślenia i działania, wiodąc do apatii”. Uczona konkluduje: „Nie ma wątpliwości, że w odniesieniu do bezpieczeństwa klimatycznego znaleźliśmy się dzisiaj w stanie tego rodzaju bezwładu i otępienia”. Rzeczywiście, sytuacja jest zdumiewająca. Jak podkreślają Marcin Popkiewicz, Aleksandra Kardaś, Szymon Malinowski, autorzy nieopublikowanej jeszcze książki „Nauka o klimacie”, krzepnie konsens naukowy w sprawie zmian klimatycznych i odpowiedzialności za nie człowieka. Nie kwestionuje go żadna organizacja naukowa, nie ma też doniesień naukowych (czyli publikowanych w recenzowanych czasopismach lub ogłaszanych na konferencjach), które podważałyby zgromadzoną wiedzę. Ba, nawet opinia publiczna w większości przyjmuje tę wiedzę. Badania przeprowadzone w tym roku w Polsce na zlecenie WWF pokazują, że ponad 80 proc. ankietowanych zdaje sobie sprawę, że zmiany klimatu wywołane są przez działanie człowieka. Ponad 80 proc. też uważa, że Polska powinna wspierać Unię Europejską w działaniach na rzecz ograniczenia emisji dwutlenku węgla, blisko 95 proc. popiera zwiększenie udziału odnawialnych źródeł energii i tylko jedna trzecia chce rozwoju energetyki opartej na węglu kamiennym i brunatnym. Z takimi wynikami już dawno można by pozamykać kopalnie węgla i oparte na węglu elektrownie. Tymczasem jednak wbrew wiedzy, zagrożeniom i deklarowanej świadomości społecznej ciągle tkwimy w Polsce przy zgubnym nawyku spalania węgla. W czynnym zaprzeczaniu rzeczywistości nie jesteśmy wyjątkiem, najlepszym przykładem Stany Zjednoczone. Tam 69 proc. badanych (przez Pew Research Center) popiera działania na rzecz ograniczenia emisji dwutlenku węgla w ramach porozumień międzynarodowych. Mimo to prezydent Donald Trump ogłosił w 2017 r. wycofanie USA z porozumienia paryskiego, nazywając globalne ocieplenie brednią. Źródła marazmu Część odpowiedzi na te niespójne, prowadzące do diagnozowanego przez Ewę Bińczyk marazmu, zachowania można znaleźć w badaniach. Tegoroczny międzynarodowy sondaż Pew Research Center badający świadomość najważniejszych globalnych zagrożeń pokazuje, że Polacy najbardziej obawiają się islamskich fundamentalistów (66 proc.), siły Rosji (65 proc.) i uchodźców (60 proc.), zmiany klimatyczne pozycjonując dopiero na czwartym miejscu, z 42 proc. głosów. Z kolei badanie z 2015 r. pokazało, że, owszem, 63 proc. Polaków popierało działania na rzecz redukcji emisji, ale tylko 19 proc. uważało zmiany klimatyczne za bardzo ważny problem. Najnowsze polskie badania (dr Adrian Wójcik i dr hab. Katarzyna Byrka dla WWF) pokazują, że świadomość wagi problemu w Polsce rośnie. Wystarczy jednak, jak pokazują porównania międzynarodowe, ów problem zestawić z innymi wyzwaniami, by jego znaczenie na liście priorytetów zmalało. Widać, że wiedza o ciągle traktowanym jako abstrakcyjne zagrożeniu globalnym przegrywa z konkretem codziennych doniesień medialnych. I choć w Polsce uchodźców praktycznie nie ma, to jednak obawiamy się ich bardziej niż obiektywnie wzbierającej katastrofy środowiskowej. Co gorsza, współczesna migracyjna fala w dużej mierze ma swe źródło w procesach politycznych wywołanych kryzysem środowiskow

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj