Amatorskie grzebanie w genach

Dłubnąć sobie w DNA
Amatorska inżynieria genetyczna traktowana jest przez niektórych jako niegroźne hobby, przez innych jako szansa dla nauki i edukacji. Czy jednak na pewno powinien się nią zajmować każdy, kto zechce?
Aaron Traywick
AN

Aaron Traywick

Poskładanie z fragmentów DNA wirusa znajduje się ciągle poza zasięgiem amatorów, choć oczywiście potencjalne niebezpieczeństwo istnieje.
Oliver Burston/Getty Images

Poskładanie z fragmentów DNA wirusa znajduje się ciągle poza zasięgiem amatorów, choć oczywiście potencjalne niebezpieczeństwo istnieje.

audio

AudioPolityka Marcin Rotkiewicz - Dłubnąć sobie w DNA

Niespełna 29-letni Aaron Traywick zmarł w Soulex Float Spa w Waszyngtonie. Oferuje ono relaksację w dźwiękoszczelnych kapsułach częściowo wypełnionych słoną wodą o temperaturze ciała. Można w nich odseparować się od zewnętrznych bodźców i poczuć niemal jak w stanie nieważkości. Wyznawcy tzw. medycyny alternatywnej są przekonani o leczniczych właściwościach takich praktyk, choć nie ma na to żadnych dowodów. Właśnie w takiej kapsule, 29 kwietnia tego roku, znaleziono martwego Traywicka.

Sieć wzrostu mięśni

Ten tragiczny wypadek przeszedłby zapewne niezauważony przez media, gdyby nie to, kim był zmarły. To człowiek, który stwierdził, że rzuca wyzwanie wielkim firmom farmaceutycznym, bo chce „poza systemem” opracowywać terapie różnych chorób, szukać możliwości przedłużenia życia i poprawy kondycji ciała. Był bowiem przekonany, że sukces w tych dziedzinach jest dziś na wyciągnięcie ręki za sprawą coraz łatwiej dostępnych narzędzi inżynierii genetycznej, umożliwiających precyzyjne modyfikacje DNA organizmów, w tym człowieka. Wystarczy więc samemu zacząć eksperymentować – nawet jeśli nie jest się genetykiem czy lekarzem, a Traywick nim nie był – by ominąć żmudne i długotrwałe procedury badania nowych leków i metod terapii. Dlatego założył firmę, którą nazwał Ascendance Biomedical. Nawiązał w ten sposób do używanego w fantastyce naukowej pojęcia „ascendencji”, czyli najwyższego stopnia ewolucji, w którym człowiek istnieje w formie czystej energii, bez ciała.

W październiku 2017 r. Traywick zwrócił na siebie uwagę mediów, transmitując na żywo na Facebooku pewne wydarzenie. Głównym bohaterem był jego wspólnik, dwudziestoośmioletni programista komputerowy, który jako pierwsza osoba na świecie poddał się samodzielnej i wcześniej nieprzetestowanej eksperymentalnej terapii genowej mającej wyleczyć go z AIDS. Zrobił to, wstrzykując sobie w tkankę tłuszczową brzucha płyn zawierający plazmidy, czyli koliste cząsteczki DNA. Miały one – modyfikując jego DNA – zwiększyć produkcję przeciwciał N6, które według wcześniejszych badań naukowców potrafią niszczyć wirusa HIV. Obok Robertsa w czasie transmisji internetowej siedział Traywick.

Również w październiku 2017 r. inny amator-genetyk – Josiah Zayner, wówczas trzydziestosześcioletni były pracownik agencji kosmicznej NASA, mający doktorat z biochemii i biofizyki – na oczach publiczności konferencji biotechnologicznej w San Francisco wstrzyknął sobie miksturę mającą rozbudować jego tkankę mięśniową. Użył w tym celu metody CRISPR/Cas9 (pisaliśmy o niej w POLITYCE 26/18). Wykorzystuje ona system obronny m.in. bakterii, który chroni te drobnoustroje przed atakami wirusów, tnąc ich materiał genetyczny w precyzyjnie określonych miejscach. Naukowcom udało się kilka lat temu wykorzystać ten system jako narzędzie do precyzyjnej edycji genów. Można nim np. przeciąć w wyznaczonym miejscu nić DNA, by mechanizmy naprawcze komórki z powrotem ją skleiły. Przy czym daje się wpływać na ich działanie – wykorzystać je do wprowadzenia zmiany pożądanej przez eksperymentatora. Nazywa się tę metodę redagowaniem genomu, gdyż przypomina pracę redaktora poprawiającego literówki w tekście. Można też usunąć wskazany fragment DNA, tak jak redaktor wykreśla słowa ze zdania. CRISPR/Cas9 pozwala też uszkodzić jakiś gen, tym samym go wyłączając, albo zmienić go w inny wariant. Ale nie jest możliwe (przynajmniej na razie) wprowadzenie czegoś, czego w DNA wcześniej nie było. Znów, odwołując się do redakcji tekstów: można poprawić literówkę czy wyciąć jakieś słowo, ale nie da się dopisać całego zdania artykułu lub rozdziału książki. Zayner postanowił właśnie za pomocą CRISPR/Cas9 wyłączyć w swoim DNA gen odpowiedzialny za produkcję miostatyny – białka ograniczającego rozwój mięśni.

Sam Aaron Traywick nie pozostał w tyle za obydwoma eksperymentującymi na sobie Amerykanami. W lutym 2018 r., również publicznie, zastosował na sobie niezweryfikowaną żadnymi badaniami terapię genową mającą zwalczyć u niego wirusa opryszczki.

Wizja czarnej ospy

Choć wszystkie te próby zakończyły się fiaskiem – Roberts nie zniszczył wirusa HIV w swoim organizmie, Zaynerowi nie zaczęły rosnąć mięśnie, a Traywick nie pozbył się opryszczki – wzbudziły ogromną uwagę amerykańskich (i nie tylko) mediów. W gazetach zaczęły pojawiać się artykuły na temat tzw. biohakerów, za których wszyscy trzej Amerykanie się uważali.

Wikipedia definiuje takie osoby jako „wykonujące eksperymenty biologiczne, w tym związane z DNA i innymi aspektami genetyki, zwykle poza laboratoriami akademickimi, rządowymi lub laboratoriami firm, np. farmaceutycznych”. Innymi słowy, to domowi majsterkowicze, tyle że zamiast bawienia się elektroniką czy dłubania w silnikach samochodów lub motocykli próbują modyfikować DNA organizmów.

Ton, w którym media opisują dziś biohakerów, wskazuje na zaniepokojenie. Nic dziwnego – ingerowanie we własne geny metodami, które nie zostały sprawdzone, jest bardzo niebezpieczne. Choć wspomnianej trójce biohakerów (przynajmniej na razie) nic się nie stało (śmierć Traywicka w waszyngtońskim spa była nieszczęśliwym wypadkiem, a nie skutkiem próby samodzielnego leczenia się z opryszczki), to sytuacja, w której ktoś zrobi sobie poważną krzywdę, jest tylko kwestią czasu. Zastosowanie terapii genowej może np. pobudzić komórki do przekształcenia się w nowotworowe.

Niektórzy obserwatorzy zaczęli jednak bić na trwogę także z innego powodu. Skoro narzędzia inżynierii genetycznej już znajdują się w rękach biohakerów – mówią – to może za chwilę zostaną wykorzystane także przez bioterrorystów. W styczniu na łamach czasopisma naukowego „PLOS ONE” ukazała się praca badaczy z kanadyjskiego University of Alberta, którzy w pół roku za ok. 100 tys. dol. z otrzymanych pocztą fragmentów DNA (można je zamówić przez internet od wyspecjalizowanych firm pracujących na użytek laboratoriów) poskładali niebezpiecznego dla koni bliskiego krewnego wirusa czarnej ospy. U ludzi ostatni przypadek tej choroby odnotowano w 1978 r., dwa lata później uznano ją za całkowicie wyeliminowaną, a próbki wirusa przechowywane są w pilnie strzeżonych laboratoriach w USA i Rosji. Co się jednak stanie, jeśli ktoś postanowi w podobny sposób jak kanadyjscy uczeni na własną rękę go odtworzyć?

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną