Pożegnajmy BMI. Istnieje lepszy wskaźnik masy ciała
Naukowcy proponują mało skomplikowany wskaźnik RFM, dość dobrze mierzący ilość tkanki tłuszczowej. Czy wyprze BMI i inne popularne metody pomiaru?
Nazwa RFM pochodzi od angielskiego Relative Fat Mass (względna ilość tkanki tłuszczowej).
rawpixel/Unsplash

Nazwa RFM pochodzi od angielskiego Relative Fat Mass (względna ilość tkanki tłuszczowej).

BMI, powszechnie używany wskaźnik, ma jedną zaletę – prostotę. Wystarczy wagę w kilogramach podzielić przez wzrost w metrach podniesiony do kwadratu. Wynik z grubsza ma oddawać to, czy nasza waga jest w normie, prawidłowy zakres to między 18,5 a 25.

Kluczowe jest przy tym sformułowanie „z grubsza”. Każdy z nas ma nieco inną budowę, jedni grubsze kości, inni więcej mięśni. A wskaźnik BMI np. masę mięśniową traktuje tak samo jak tkankę tłuszczową, więc sportowcy mogą otrzymywać wynik wskazujący na nadwagę (kulturyści nawet na otyłość). Poza tym wskaźnik ten nie odzwierciedla otyłości brzusznej, czyli sytuacji, w której mamy dość szczupłą budowę, ale nosimy przed sobą brzuch – z badań wynika, że to groźniejsze dla zdrowia niż np. lekka nadwaga.

BMI i inne wskaźniki lepiej i gorzej mierzące naszą wagę

Ciekawostką jest to, że prekursorem wskaźnika BMI był inny, zaproponowany w latach 20. ubiegłego wieku – wagę należało podzielić przez wzrost podniesiony do sześcianu. Miał tę zaletę, że wynik u zdrowej osoby powinien oscylować wokół liczby 12. Nie wiadomo, czemu go porzucono. Jest lepszy od BMI – statystycznie wykazuje większą zgodność z rzeczywistą nadwagą (lub niedowagą).

Istnieją inne wskaźniki, które statystycznie dość dobrze przewidują ryzyko chorób, zwłaszcza układu krążenia i cukrzycy. Na przykład stosunek obwodu w pasie do wzrostu (nie powinien przekraczać 0,48 u kobiet i 0,52 u mężczyzn, wyższy wskazuje na nadwagę lub otyłość) lub inną proporcję: tego, ile mierzymy w pasie, do tego, ile mamy w biodrach (u kobiet wskaźnik ten powinien być niższy od 0,8, u mężczyzn od 0,9). Ale ich prostota także nie przekłada się na statystyczną wiarygodność.

Najlepiej byłoby mierzyć ilość tkanki tłuszczowej empirycznie. Ale popularne metody, takie jak pomiar biompendacji, pomiar grubości fałd skóry czy badania ultradźwiękowe, mają bardzo duży zakres błędu, co czyni je w zasadzie nieprzydatnymi do celów badań naukowych, np. zbierania statystyk epidemiologicznych.

Czytaj także: Napoje dietetyczne to „prozdrowotna” trucizna

Lepsze metody pomiaru są droższe, ale... mniej przydatne

Dokładne metody pomiaru tkanki tłuszczowej są skomplikowane, a przede wszystkim drogie. Można wyliczyć, za pomocą odpowiednich wzorów, ilość tkanki tłuszczowej w organizmie. Szkopuł w tym, że do tego niezbędna jest znajomość gęstości (ciężaru właściwego) danej osoby, a tę trudno wyznaczyć bez pomiaru objętości. Trzeba badanych ważyć pod wodą albo umieszczać w szczelnej kapsule, z której ciało wypiera powietrze. Z nowszych technik można wykorzystać DXA, czyli technikę absorbcjometrii promieni rentgenowskich o różnych energiach, co wymaga specjalistycznej aparatury. Wszystkie te metody znajdują zastosowanie w badaniach naukowych, ale np. dla lekarzy i epidemiologów są zupełnie bezużyteczne.

Czytaj także: Jak uniknąć dziecięcej otyłości? 10 praktycznych wskazówek

RFM, nowy, prosty wzór

Naukowcy z kalifornijskiego medycznego ośrodka Cedars-Sinai Medical Center proponują lepszy od BMI wskaźnik, który nazwali RFM – od angielskiego Relative Fat Mass (czyli względna ilość tkanki tłuszczowej). Jego zaletą jest to, że nie jest specjalnie skomplikowany. Panowie od liczby 64 powinni odjąć dwudziestokrotność stosunku wzrostu do obwodu w talii (czyli wzór ma postać 64 – 20 x wzrost : obwód w talii), a panie odejmować od liczby 76 (czyli 76 – 20 x wzrost : obwód w pasie).

Badacze dokonali przeglądu 350 różnych wskaźników (trudno uwierzyć, ale aż tyle proponowano dotychczas w literaturze naukowej). Porównywali wyliczenia na podstawie zaproponowanego przez siebie wzoru z badaniem 3,5 tys. osób metodą rentgenowską i stwierdzili, że powyższy wzór dość dobrze oddaje ilość tkanki tłuszczowej w procentach. Pracę na ten temat opublikowali latem tego roku w „Scientific Reports”.

Czytaj także: Otyłość, czyli ciało dużo za duże

Czy BMI wyprze RFM?

Dla ciekawskich wzór ma tę zaletę, że mogą w przybliżeniu określić, ile mają „wrogiego” tłuszczu. To oczywiście żart, bo każdy z nas trochę tkanki tłuszczowej potrzebuje. Panowie między 2 a 5 proc. masy ciała, między 6 a 13 proc. to norma dla sportowców, pomiędzy 14 a 17 proc. uznaje się za bycie w dobrej formie fizycznej, 18–24 proc. za przeciętną ilość, a powyżej 25 proc. masy ciała – za otyłość. Kobietom niezbędne jest więcej tkanki tłuszczowej (10–13 proc.), sportsmenki powinny mieć jej 14 do 20 proc., panie w dobrej formie między 21 a 24 proc., za normę uznaje się od 25 do 31 proc., więcej zaś niż 32 proc. masy ciała – za otyłość.

Wadą BMI jest to, że daje zupełnie abstrakcyjną liczbę. W przypadku nowego wskaźnika sami możemy policzyć, ile (oczywiście w przybliżeniu) tkanki tłuszczowej na sobie nosimy. Czy pożegnamy BMI, bo RFM go zastąpi? Trudno stwierdzić, ale dobrze wiedzieć, że jest lepszy od 350 innych wskaźników.

Czytaj także: Rząd wprowadzi podatek od cukru?

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj