Nieoznaczoność sumienia
Heisenberg: genialny fizyk uwikłany w historię, „człowiek, który budował Hitlerowi bombę”
Jest czerwiec 1925 r. Werner Heisenberg pogrąża się w impasie: jego badania nad teorią kwantową utknęły w miejscu, a katar, rozsadzająca głowę migrena i światłowstręt nie dają mu pracować. Szukając ulgi od alergii, opuszcza mury Uniwersytetu w Getyndze i wyjeżdża na wyspę Helgoland na Morzu Północnym. Wybrał ją, ponieważ jest tak sucha i surowa, że drzewa ledwo odrastają tam od ziemi, a skaliste podłoże nie daje szansy kwiatom. Sterylna, targana wiatrami, oblana zimnymi wodami skała okazała się idealną scenerią jednego z najbardziej błyskotliwych naukowych odkryć XX w.
Czytaj też: Rok kwantów. Czy ludzkość ujarzmi tę białą magię?
Mit Helgolandu
Na Helgolandzie 23-letni Heisenberg narzuca sobie żelazną dyscyplinę. Wstaje wcześnie rano i pływa do utraty tchu. Później napisze, że przywoływał opowieści o legendarnym niemieckim piracie Störtebekerze, ukrywającym się na wyspie, które uwielbiał jako chłopiec. Wraca do swojego pokoju w domu gościnnym i zanurza się w obliczenia. A kiedy umysł odmawia mu już posłuszeństwa, wychodzi na długi spacer, wspina się na jeden ze skalistych klifów Helgolandu, gdzie czyta wiersze Goethego ze zbioru „Dywan Zachodu i Wschodu”.
Obsesyjnie wraca do pytań, nad którymi przed wyjazdem debatował z Nielsem Bohrem: Jak działa atom? Jak poruszają się w nim elektrony? Jak wytłumaczyć ich absurdalne „przeskoki” z jednej orbity na drugą? Obaj poszukiwali ram wyjaśniających zachowanie atomów i cząstek subatomowych, które mogłyby zastąpić „klasyczną” mechanikę Newtona.
Podczas jednej z bezsennych nocy Heisenberg odkrywa, że stosowanie pojęć fizyki klasycznej – takich jak położenie, prędkość czy pęd – do cząstek subatomowych jest drogą donikąd.