Czterej jeźdźcy na słoniu
Czterej jeźdźcy na słoniu, czyli skąd się biorą nierówności. To się rozstrzyga już w chwili narodzin
TOMASZ TARGAŃSKI: – Przez dekady kwestię nierówności traktowano w ekonomii po macoszemu. Dziś jest w samym centrum debaty. Co się zmieniło: świat czy dyskurs ekonomiczny?
BRANKO MILANOVIĆ: – Jedno i drugie. Po drugiej wojnie światowej nastąpiło coś w rodzaju zbiorowego zaćmienia. Nierówności zniknęły z radaru zachodniej myśli ekonomicznej, a nawet z indeksów słów kluczowych w prestiżowych czasopismach ekonomicznych. Jeśli ktoś o nich pisał w latach 90., nikt nie traktował ich poważnie – chyba że zajmował się krajami rozwijającymi się. Przyczyny tej sytuacji były dwie. Pierwsza czysto polityczna: w cieniu zimnej wojny USA przyjęły narrację, że w kapitalizmie klasy społeczne nie istnieją lub mają znaczenie drugorzędne. A skoro nie ma klas, to po co badać podział dochodów?
Drugi powód był teoretyczny – ekonomia neoklasyczna skupiła się na cenach. To, z jakim kapitałem czy talentami ktoś wchodzi na rynek, uznano zaś za czynnik nieistotny. Było to o tyle paradoksalne, że na przykład dla Adama Smitha czy Karola Marksa ekonomia nierozerwalnie związana była z klasami społecznymi – właścicielami ziemskimi, kapitalistami, robotnikami.
Dlaczego w takim razie pan, który dorastał w socjalistycznej Jugosławii, gdzie klasy społeczne nie istniały, zainteresował się tym?
Przez statystykę, którą studiowałem na uniwersytecie w Belgradzie. Uczyliśmy się jej w sposób skrajnie abstrakcyjny. Wkuwaliśmy wzory i wykresy o rozkładzie zmiennej losowej, bez żadnego odniesienia do rzeczywistości. Czułem wtedy narastającą frustrację. Wreszcie we francuskiej gazecie natknąłem się na artykuł o rozkładzie bogactwa nad Loarą. Ktoś użył tam współczynnika Giniego i krzywej Lorenza. Wtedy coś zaskoczyło. Pomyślałem, że te wszystkie suche wzory można przecież zastosować do analizy struktury społeczeństwa.