Dzikość w mieście
Attenborough w swoim mieście. „To historia jego więzi z naturą i Londynem”
JOLANTA IWAŃCZUK: – Po seriach pokazujących najdziksze zakątki planety – „Planet Earth II”, „Hostile Planet” i „Night on Earth” – skierował pan kamery na miasto, w którym David Attenborough mieszka od ponad siedmiu dekad. Londyn zasługuje na pełnometrażowy film przyrodniczy?
TOM HUGH-JONES: – Już wtedy, kiedy pracowałem nad „Planet Earth II”, wpadłem na pomysł, żeby jeden z odcinków poświęcić miastom. Wtedy to był dość odważny krok i nie byliśmy pewni, czy się sprawdzi. Widzowie polubili oglądanie życia dzikich stworzeń w „naszej” scenerii. Tak duża część świata jest dziś zurbanizowana, że historia nieludzkich mieszkańców miast jest ważna. Zauważyłem też, że odbiorcy niekoniecznie kochają najbardziej spektakularne sceny. Często bardziej trafiają do nich rzeczy subtelniejsze – np. jeden samiec szukający partnerki. Kiedy wchodzi się w detale zachowania, pojawia się prawdziwa fascynacja. Lwy polujące na gnu wszyscy już widzieli.
Jeśli zaś chodzi o „Wild London”, to bardzo chciałem zrealizować z Davidem projekt, w którym czułby się tak naprawdę u siebie. Dziś dużo trudniej mu podróżować, więc szukałem czegoś, w co można go łatwo zaangażować. I wtedy pomyślałem: przecież on mieszka w Londynie od 75 lat, a to niezwykłe miasto z własną przyrodniczą historią do opowiedzenia.
Film powstał w roku, w którym sir David kończy 100 lat. Jest obecny w kadrze przez cały czas, dzieląc się własnymi wspomnieniami. Jak praca z nim przy tak osobistym projekcie różniła się od wcześniejszych produkcji, gdzie był głównie narratorem zza kadru?
Człowiek w setnym roku życia, pełen energii, absolutny profesjonalista – spotyka dzikie stworzenia w wielu różnych sytuacjach i za każdym razem widać, że go to naprawdę porusza.