Edukator Ekonomiczny

Żaden kraj nie jest wyspą

WYWIAD: Nouriel Roubini, amerykański ekonomista, który przewidział kryzys

Nouriel Roubini jest profesorem ekonomii na Uniwersytecie Nowojorskim i szefem ośrodka badawczego Roubini Global Economics. Nouriel Roubini jest profesorem ekonomii na Uniwersytecie Nowojorskim i szefem ośrodka badawczego Roubini Global Economics. Alex Kraus / vario images / Forum
O kłopotach gospodarczych świata i możliwych środkach zaradczych - mówi Nouriel Roubini.
Roubini będzie gościem Europejskiego Forum Nowych Idei w Sopocie, organizowanego we wrześniu 2011 r. przez PKPP Lewiatan.Bloomberg/Getty Images/Flash Press Media Roubini będzie gościem Europejskiego Forum Nowych Idei w Sopocie, organizowanego we wrześniu 2011 r. przez PKPP Lewiatan.

Nouriel Roubini jest profesorem ekonomii na Uniwersytecie Nowojorskim i szefem ośrodka badawczego Roubini Global Economics. W latach 1998–2000 zasiadał w radzie doradców ekonomicznych przy Billu Clintonie, był ekspertem Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Odkąd przewidział kryzys finansowy 2008 r., uchodzi za jednego z najbardziej wpływowych obserwatorów gospodarki światowej, ze względu na swój pesymizm jest przezywany prorokiem zguby. Roubini będzie gościem Europejskiego Forum Nowych Idei w Sopocie, organizowanego we wrześniu 2011 r. przez PKPP Lewiatan.


Wawrzyniec Smoczyński: – Napisał pan niedawno, że strefa euro zmierza do rozpadu. Skąd ten pesymizm?

Nouriel Roubini: – Bo polityka przyjęta przez państwa Unii Europejskiej nie rozwiązała i nie rozwiąże fundamentalnych problemów niskiej konkurencyjności i rozbieżnego rozwoju gospodarczego. Podejście polegające na przeczekiwaniu kryzysu w niczym tu nie pomogło. Jeśli taka polityka będzie kontynuowana, strefa euro przesunie się w kierunku niekontrolowanych bankructw, a wreszcie rozpadu samej unii monetarnej, gdy niektórzy słabsi członkowie z niej wylecą.

Europejska unia gospodarcza i walutowa nigdy nie spełniała wszystkich wymogów optymalnego obszaru walutowego. Jej założyciele mieli nadzieję, że samo połączenie przyspieszy reformy strukturalne, a tempo wzrostu gospodarczego i produktywność się ujednolicą. Rzeczywistość okazała się inna. Paradoksalnie, ujednolicenie stóp procentowych spowodowało wzrost rozbieżności w polityce fiskalnej. Brakowi dyscypliny budżetowej po stronie Grecji i Portugalii towarzyszyło powstanie baniek spekulacyjnych w Hiszpanii i Irlandii. Reformy strukturalne odłożono na później, podczas gdy wzrost płac rozszedł się ze wzrostem wydajności. Rezultatem jest spadek konkurencyjności na peryferiach strefy euro.

Wszystkie udane unie walutowe prędzej czy później były powiązane z uniami politycznymi i fiskalnymi, budżetowymi. Ale pochód Europy w stronę unii politycznej został zatrzymany, a unia fiskalna wymagałaby znaczących wpływów podatkowych na poziomie federalnym i powszechnej emisji euroobligacji, gdzie podatki Niemców i innych podatników w rdzeniu strefy euro stanowiłyby zabezpieczenie nie tylko ich własnych długów, ale także długów krajów peryferyjnych. Ci podatnicy raczej na to nie przystaną.

Z kolei restrukturyzacja długów pomoże opanować zadłużenie niektórych niewypłacalnych już gospodarek, ale nie przywróci ich spójności, do tego potrzebne jest wyrównanie poziomów konkurencyjności, w przeciwnym razie peryferia strefy euro popadną po prostu w stagnację.

Co może zrobić strefa euro, by uniknąć rozpadu?
Pole manewru jest ograniczone. Można by obniżyć wartość euro do, powiedzmy, parytetu z dolarem, aby przywrócić konkurencyjność peryferii, ale taki krok jest mało prawdopodobny, zważywszy na siłę handlową Niemiec i jastrzębią politykę monetarną Europejskiego Banku Centralnego.

Ścieżka niemiecka, czyli podnoszenie wydajności przy jednoczesnym dławieniu wzrostu płac, też nic nie da. Na krótką metę takie reformy wręcz obniżają wzrost gospodarczy. Niemcy potrzebowały ponad dekady, by odbudować konkurencyjność, a to o wiele za długo dla gospodarek peryferyjnych, które muszą zacząć rosnąć szybko.

Trzecia opcja to deflacja (spadek cen), ale jej także towarzyszy trwała recesja. Wcześniej Argentyna poszła tą drogą, ale po trzech latach wciąż pogłębiającego się kryzysu zrezygnowała i wybrała bankructwo oraz odejście od sztywnego kursu wymiany. Nawet gdyby zdołano wywołać w Europie deflację, zwiększyłby się rzeczywisty ciężar długów prywatnych i publicznych.

Zważywszy więc na fakt, że każda z tych trzech opcji jest mało prawdopodobna, tak naprawdę jest tylko jeden sposób, by przywrócić krajom peryferyjnym konkurencyjność i wzrost: niech wyjdą ze strefy euro, cofną się do narodowych walut i przeprowadzą nominalną oraz rzeczywistą dewaluację na dużą skalę.

Jeśli przyjrzeć się wcześniejszym kryzysom finansowym w gospodarkach wschodzących, gdzie udało się przywrócić wzrost, za każdym razem krokiem koniecznym i nieuniknionym było wprowadzenie płynnego kursu wymiany – niezależnie od pożyczek ratunkowych, cięć budżetowych, reform, a w niektórych przypadkach także restrukturyzacji długów.

Ta restrukturyzacja nastąpi. Pytanie kiedy: prędzej czy później, i jak: w sposób uporządkowany czy niekontrolowany. Ale nawet darowanie części długów nie wystarczy, by przywrócić konkurencyjność i wzrost, a bez tego dominującą opcją dla krajów peryferyjnych stanie się wyjście z unii walutowej. Korzyści z pozostawania w środku będą mniejsze niż z wyjścia, bez względu na to, jak wyboista miałaby się okazać ta droga.

Czy jeśli Grecja wystąpi, reszta strefy euro pozostanie w unii walutowej?
Oczywiście, dziś pomysł opuszczenia strefy euro jest uważany za niedopuszczalny nawet w Atenach i Lizbonie. Wyjście oznaczałoby duże straty handlowe dla reszty strefy poprzez rzeczywistą dewaluację i ubytki kapitału dla głównych wierzycieli, tak jak to się stało przy zamianie długu Argentyny w dolarach amerykańskich na peso. Ale scenariusze, które dziś wydają się niemożliwe, za pięć lat mogą nie być już tak odległe, zwłaszcza jeśli kraje na peryferiach wpadną w stagnację.

Strefa euro została sklejona za pomocą niskich stóp procentowych, które podtrzymywały wzrost, przez nadzieję, że reformy mogą podtrzymać spójność (konwergencję), oraz przez obietnicę docelowej unii fiskalnej i politycznej. Ale teraz konwergencji już nie ma, reformy stoją w miejscu, a unia fiskalna i polityczna jest odległym marzeniem.

Ogłosił pan też niedawno, że nad globalną gospodarką zbierają się ciemne chmury. Co konkretnie miał pan na myśli?
Optymiści mówią, że to tylko chwila słabości spowodowana kilkoma wstrząsami na początku 2011 r. Jeśli te wstrząsy się nie powtórzą, zaufanie powróci. Niepokoje na Bliskim Wschodzie ograniczają się do kilku krajów, ceny ropy, po niedawnych szczytach, nieco spadły, a problemy na peryferiach strefy euro pewnie zostaną jakoś zażegnane.

Japonia może wkrótce odzyskać moce produkcyjne utracone po trzęsieniu ziemi, a wydatki na odbudowę dopiero się zaczynają. Właściciele obligacji skarbu USA mogą poczekać do końca 2012 r., aż w Ameryce odbędą się wybory prezydenckie, i ktokolwiek je wygra, przedstawi wiarygodny program redukcji deficytu. Z perspektywy optymistów globalny wzrost gospodarczy ruszy znowu w drugiej połowie 2011 r., a niedawna korekta na rynkach musi się odwrócić.

Ale pan nie należy do optymistów.
Są powody, by sądzić, że nie mamy wcale do czynienia z przejściowym spowolnieniem, tylko z bardziej trwałym zastojem, który może prowadzić do stagnacji albo recesji. Wspomniane wstrząsy z początku 2011 r., które podniosły niepewność, zmienność i awersję do ryzyka, odbijają się na wzroście gospodarek rozwiniętych, które już wcześniej rosły anemicznie, gdyż trawią one wciąż stare długi, co powoduje mniejsze wydatki publiczne i prywatne. Jednocześnie ustają bodźce monetarne i fiskalne, generowane przez doraźne programy antykryzysowe. Jeśli więc obecne spowolnienie wzrostu okaże się czymś gorszym niż tylko chwilą słabości, kilka gospodarek rozwiniętych będzie zagrożonych stagnacją lub recesją o dwóch dnach. Tym bardziej że rządy mają już niewiele narzędzi, by odwrócić ten cykl.

Czynniki, które spowalniają wzrost w Ameryce, mają charakter chroniczny. W Wielkiej Brytanii średni wzrost przez kilka ostatnich kwartałów był słaby, bo odbijają się na nim ostre cięcia budżetowe, tymczasem rosnąca inflacja nie tylko nie pozwala Bankowi Anglii obniżyć stóp procentowych, ale może go wręcz zmusić do podwyżek. Japonia już wpadła w drugie dno recesji z powodu trzęsienia ziemi i nawet jeśli skromne nakłady na odbudowę dadzą czasowe wsparcie PKB, stagnacja przypuszczalnie wróci pod koniec 2012 r. Silny wzrost w gospodarkach wschodzących też może osłabnąć, bo ich niedawne przegrzanie prowadzi do inflacji, a to z kolei do zacieśnienia polityki monetarnej i kredytowej.

USA zbliżają się do limitu długu dozwolonego przez Kongres. Czy czasowa niewypłacalność rzeczywiście wchodzi w rachubę?
Nie można tego oczywiście wykluczyć, ale według mnie prawdopodobieństwo niewypłacalności USA jest bardzo niewielkie. Debata na temat podniesienia limitu zadłużenia może ciągnąć się do ostatniego dnia, ale Kongres osiągnie porozumienie w tej sprawie, zanim departament skarbu wyczerpie narzędzia, pozwalające mu pozostać poniżej limitu. Nawet w razie niekorzystnego scenariusza departament skarbu będzie w stanie przesunąć termin poza 2 sierpnia, a niepokój rynków finansowych zmusi Kongres do zawarcia porozumienia. Departament nie będzie też mieć problemu z obsługą istniejącego długu, bo wpływy podatkowe z naddatkiem pokrywają comiesięczne odsetki.

Od kryzysu gospodarczego w 2009 r. gospodarki rozwinięte borykają się z kłopotami, podczas gdy te rozwijające się – kwitną. Jak długo będą utrzymywały się te różnice?
Gospodarki wschodzące rzeczywiście kwitną i w nadchodzącej przyszłości pozostaną motorem globalnego wzrostu. Mają też więcej przestrzeni na stosowanie zabiegów przeciwcyklicznych, a zadłużenie sektora publicznego pozostaje u nich pod kontrolą. Nie zmienia to jednak faktu, że gospodarki wschodzące są też wystawione na specyficzne ryzyko. Ich wzrost, choć wysoki, podlega wahaniom. Wiele z tych gospodarek jest wciąż zagrożonych nagłym zatrzymaniem przypływów kapitałowych. Powszechnie stosują też kontrole kapitałowe i sztywne kursy walutowe.

Współistnienie płynnych kursów w państwach grupy G7 i kontrolowanych kursów w gospodarkach rozwijających się jest stałym źródłem inflacji. Duże gospodarki, zwłaszcza Chiny i Brazylia, doświadczyły szybkiego przyrostu kredytu, a stopień zadłużenia sektora prywatnego jest alarmujący. Wreszcie ryzyko związane z zarządzaniem makroekonomicznym i politycznym jest w gospodarkach wschodzących o wiele powszechniejsze niż w rozwiniętych.

W tych gospodarkach mamy też rozmaite ryzyko systemowe. Chiny zbliżają się do strukturalnego punktu zwrotnego, gdyż żaden kraj nie jest na tyle produktywny, by reinwestować 50 proc. PKB, nie narażając się prędzej czy później na ogromną nadwyżkę mocy produkcyjnej i piętrzący się problem niespłacalnych kredytów. Tu powstaje potencjalnie destabilizująca sprzeczność między rozwojem Chin w krótkim i długim terminie. Mimo że gospodarka teraz się przegrzewa, chińskie przeinwestowanie kiedyś spowoduje deflację zarówno w kraju, jak i w skali globu. A kiedy chiński model wzrostu się załamie, przypuszczalnie po 2013 r., ostre spowolnienie w Chinach stanie się bardzo prawdopodobne i może pociągnąć ze sobą wiele gospodarek wschodzących.

Czy problemy z wypłacalnością państw w strefie euro mogą przenieść się na kraje poza strefą?
Kryzys strefy euro uwydatnia lepszą pozycję fiskalną wschodnich członków Unii, zwłaszcza w porównaniu z peryferyjnymi krajami strefy euro. Ale zmusza też rządy do zaostrzenia polityki fiskalnej, by poradzić sobie ze strukturalnymi słabościami fiskalnymi i utrzymać zaufanie inwestorów. Globalna recesja przyspieszyła erozję fiskalną w regionie i finanse publiczne w Europie Wschodniej nie wyglądają już korzystnie w porównaniu z innymi rynkami wschodzącymi.

Ponadto te gospodarki stoją wobec trudnej, długoterminowej dynamiki długu publicznego, która wynika nie tylko z wysokich deficytów strukturalnych w latach boomu, ale też z ujemnych trendów demograficznych w przyszłości, które podniosą wydatki związane z wiekiem i zredukują potencjalny wzrost.

Co powinna zrobić Polska?
Mimo że Polska była jedynym krajem Unii, który w 2009 r. nie wpadł w recesję, jej deficyt budżetowy skoczył w ubiegłym roku do 7,9 proc. PKB, a dług publiczny osiągnął 53,3 proc. PKB, niebezpiecznie blisko dozwolonego poziomu 55 proc. Jeśli przekroczy ten limit, rząd będzie zmuszony ograniczyć inwestycje oraz indeksację płac sektora publicznego i emerytur, by obniżyć poziom długu. Ponadto Polska musi sprowadzić deficyt poniżej 3 proc. PKB do 2012 r., jak wymaga tego traktat z Maastricht i procedura postępowania w przypadku nadmiernego deficytu.

Czy Polska może się rozwijać, gdy strefa euro jest w tarapatach?
Polska, Czechy i Węgry wykazywały znaczącą odporność na kłopoty strefy euro, ale żaden kraj nie jest wyspą. Polska prawdopodobnie zostanie dotknięta tymi kłopotami poprzez powiązania gospodarcze i finansowe. Wasz kraj utrzymuje deficyt obrotów bieżących, który jest pokrywany z przepływów kapitałowych z zagranicy. Z drugiej strony polska gospodarka jest bardziej niż sąsiednie zorientowana na rynek krajowy, więc ma większe szanse, by oprzeć się kłopotom w strefie euro. Popularna miara otwartości handlowej, czyli suma eksportu i importu, wynosi w Polsce mniej niż 80 proc. PKB, podczas gdy w Czechach i na Węgrzech przekracza 100 proc. Dodatkowo Polska ma stosunkowo niski poziom zadłużenia w obcych walutach w porównaniu z tymi krajami, więc nie będzie bardzo cierpieć, gdy jej waluta znajdzie się pod presją deprecjacyjną.

Jak Europa Środkowa poradzi sobie z ewentualnym rozpadem strefy euro?
Węgry i Czechy są bardziej otwarte od Polski, ale wszystkie trzy kraje zależą od strefy euro, jeśli chodzi o zbyt towarów eksportowych i źródło dużej części inwestycji zagranicznych. Ponadto zachodnioeuropejskie banki zdominowały regionalne systemy bankowe poprzez swoje spółki córki i kontrolują 70–90 proc. sektora bankowego w tych krajach. Tak więc rozpad strefy euro i wolniejszy wzrost u najważniejszych partnerów handlowych stanowi poważne ryzyko. Rozpad eurolandu mógłby potencjalnie ograniczyć nacisk na reformy w Europie Środkowej, ale największe wyzwanie to uporządkowanie finansów publicznych i biorąc pod uwagę presję rynkową, kraje regionu będą musiały to zrobić. 


***

Sprawdź swą wiedzę z ekonomii - zapraszamy do rozwiązania naszego quizu. W tej edycji pytamy m.in. o to, jak używać karty płatniczej na wakacjach oraz o tajemnice strefy euro >>

Polityka 30.2011 (2817) z dnia 19.07.2011; Edukator ekonomiczny; s. 60
Oryginalny tytuł tekstu: "Żaden kraj nie jest wyspą"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną