Obligacje rządowe - co to za towar

Sprzedam Grecję, kupię Niemcy
Włochy, Hiszpania, Węgry – kolejne kraje Europy walczą z rosnącymi kosztami obsługi długu publicznego. Kto handluje obligacjami rządów i dlaczego ich rentowność tak bardzo się waha, rozdymając te koszty do ogromnych rozmiarów?
Pod koniec listopada panika po raz pierwszy dotknęła także zdrowe gospodarki strefy euro.
3quarks/PantherMedia

Pod koniec listopada panika po raz pierwszy dotknęła także zdrowe gospodarki strefy euro.

Polityka

***

Czy wiesz, jak działa bank? Jakie są najbardziej zadłużone państwa świata? Jak zmieniają się zasady przyznawania pożyczek po 18 grudnia? Sprawdź swą wiedzę z ekonomii - zapraszamy do rozwiązania naszego quizu. W każdej chwili możesz się przyłączyć do zabawy  >>

***

Na dwa dni przed wyborami Hiszpanie nie patrzyli na słupki poparcia partii politycznych. 18 listopada na pierwszych stronach gazet królował wykres rentowności obligacji skarbowych – dzień wcześniej sięgnęła ona poziomu, przy którym Portugalia i Irlandia występowały o pakiety ratunkowe, a następnego dnia przekroczyła rekordowo wysoką rentowność obligacji włoskich. Lider opozycji Mariano Rajoy szedł do wyborów po pewne zwycięstwo, ale z poważną obawą, że jego pierwszą decyzją może być wezwanie na pomoc Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). „Mam nadzieję, że to się skończy. Rynki muszą nam dać więcej czasu niż pół godziny” – prosił przyszły premier.

Pod koniec listopada panika po raz pierwszy dotknęła także zdrowe gospodarki strefy euro. Inwestorzy wyprzedawali już nie tylko hiszpańskie i włoskie obligacje, ale także, choć na mniejszą skalę, austriackie, holenderskie, belgijskie i francuskie. Ich cena na rynku wtórnym poszła w dół, a rentowność w górę, co z kolei winduje koszty obsługi długu każdego z państw. Kryzys zadłużeniowy zapukał nawet do Niemiec, uważanych dotychczas za oazę spokoju na europejskim rynku obligacji: podczas aukcji 23 listopada zabrakło kupców na 10-letnie papiery rządu federalnego. Takich anomalii na europejskim rynku długu nie widziano od wprowadzenia wspólnej waluty.

Premia za ryzyko

Światowy rynek obligacji to największy, a zarazem najmniej znany z rynków finansowych. Jest wart dwukrotnie więcej niż rynek akcji, a zamiast udziałami w firmach handluje się na nim cząstkami długu. Obligacje emitują przedsiębiorstwa i banki, ale największym na świecie emitentem papierów dłużnych są rządy. Według Banku Rozrachunków Międzynarodowych suma długów publicznych przekroczyła w tym roku 40 bln dol., a niemal całość tych pieniędzy została pożyczona na rynku. Największe długi mają Stany Zjednoczone (15 bln dol.), dalej Japonia (11 bln dol.) i Włochy (2 bln dol.), a cała strefa euro jest zadłużona na 12,6 bln dol. Dla porównania – Polska ma 240 mld dol. długów.

Państwa pożyczają na rynku, bo ich potrzeby kredytowe dawno wykroczyły poza to, co mogą im zaoferować banki. Poza tym rynek to konkurencja, czyli możliwość osiągnięcia najniższego oprocentowania. Ale rynek to także zależność, bowiem to inwestorzy decydują, po ile będzie mógł pożyczać dany rząd. Jeśli są pewni, że wierzyciel zwróci pieniądze, pożyczą na niski procent, ale jeśli mają co do tego cień wątpliwości, żądają premii za ryzyko. Inwestorzy, o czym boleśnie przekonują się kolejne państwa strefy euro, mogą też zmieniać swoją ocenę wiarygodności rządów. Włochy jeszcze rok temu pożyczały niewiele drożej niż Niemcy – dziś za nowe pożyczki muszą płacić trzy razy więcej.

Rządy w zasadzie nie redukują długów, a ich obsługa polega na ciągłym emitowaniu nowych obligacji po to, by zebrać pieniądze na wykup starych. Jeśli poziom zadłużenia spada, to nie w liczbach absolutnych, tylko w proporcji do PKB – a i to jest rzadkością, bo większość państw żyje z deficytem budżetowym, który co roku powiększa dług publiczny. Inaczej mówiąc, wzrost gospodarczy jest niezbędny, jeśli rząd ma nie wpaść w spiralę długów. I tu tkwi problem niektórych państw strefy euro: masa długów jest ogromna, a szanse na wzrost znikome, bowiem Europie grozi recesja. Z obawy o wypłacalność inwestorzy wyprzedają obligacje, a rosnące koszty obsługi długu wpędzają te rządy w jeszcze większe tarapaty.

Żywot każdej obligacji zaczyna się i kończy w resorcie finansów danego kraju. To on stale emituje nowe obligacje, a każda kolejna transza jest sprzedawana w drodze przetargu, do którego przystępują wybrane banki, tzw. dealerzy skarbowych papierów wartościowych. Rząd określa łączną wartość i termin wykupu obligacji, które chce sprzedać, a banki proponują procent, na jaki są gotowe pożyczyć. Państwo płaci ten procent za każdy rok istnienia obligacji, a gdy nadchodzi czas wykupu, zwraca właścicielowi jej nominalną wartość. Rządy pożyczają na różne okresy, ale najpopularniejsze są obligacje 10-letnie. Ich życie nie kończy się jednak na rynku pierwotnym.

Zapis w komputerze

Większość kupionych obligacji banki sprzedają dalej. Tylko niewielka część trafia do oszczędnych obywateli, natomiast gros skupują wielkie instytucje finansowe. Fundusze emerytalne i firmy ubezpieczeniowe lokują w nich kapitał na przyszłe wypłaty, fundusze państwowe i banki centralne inwestują nadwyżki budżetowe albo rezerwy walutowe. Inwestorzy państwowi chcą przede wszystkim ocalić pieniądze przed inflacją, ci prywatni chcą także zarobić – pierwsi trzymają zwykle obligacje aż do wykupu, drudzy obracają nimi na rynku wtórnym, szukając papierów z jak najwyższą stopą zwrotu. Tego oczekują w końcu przyszli emeryci i obecni akcjonariusze.

Zapewniamy klientom wyższe zyski, niż gdyby inwestowali na własną rękę – mówi Myles Bradshaw, jeden z wiceprezesów Pimco, firmy zarządzającej największym na świecie portfelem obligacji wartym 1,3 bln dol. Pimco ma biura w Kalifornii, Nowym Jorku, Londynie, Monachium, Sydney, Hongkongu, Singapurze i Tokio. Wszędzie siedzą traderzy, którzy na okrągło handlują obligacjami, i analitycy, którzy prognozują trendy gospodarcze i mówią, kiedy warto kupić, a kiedy trzeba sprzedać. Oprócz zarządców na rynku obligacji grają jeszcze same banki, ale one zarabiają przede wszystkim na różnicach cen między ofertami kupna i sprzedaży.

Obligacjami nie handluje się na giełdach, gdzie każdy walor ma w danej chwili określoną cenę, po której jest sprzedawany lub kupowany. Większość transakcji odbywa się „przez ladę” (over the counter), czyli bezpośrednio między stronami. Kupujący i sprzedający spotykają się na platformach elektronicznych, do których każdy wprowadza oczekiwaną cenę. Rozliczenie następuje poprzez domy rozrachunkowe, a każda ze stron informuje o transakcji swój bank-depozytariusza, który prowadzi rejestr stanu posiadania danego klienta. Podobnie jak przy akcjach większość obligacji ma postać wirtualną, czyli istnieje jedynie jako zapis w komputerze.

Oprocentowanie obligacji jest stałe, ale ich rentowność zmienna. Załóżmy, że kupiliśmy włoską obligację o wartości 100 euro oprocentowaną na 4 proc. Po roku dochodzimy do wniosku, że to ryzykowna inwestycja i chcemy ją sprzedać. Inni inwestorzy myślą niestety tak samo i oferują nam dziś tylko 50 euro. Jeśli ktoś kupi naszą obligację po tej cenie, jej oprocentowanie będzie wciąż wynosiło 4 proc., ale rentowność dla nabywcy wzrośnie do 8 proc. Z kolei jeśli sprzedamy niemiecką obligację, która zyskała na atrakcyjności, możemy liczyć na wyższą cenę, ale jej rentowność dla nabywcy spadnie poniżej oprocentowania. – Cena obligacji jest odwrotnie proporcjonalna do rentowności – mówi Bradshaw.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną