Kryzys? Perspektywy polskiej gospodarki

Zielona wyspa walczy z falami
Nadeszła era zaciskania pasa. Co można zrobić, żeby polska gospodarka jak najmniej ucierpiała z powodu recesji, która dotknęła strefę euro?
Polska jest wciąż uważana za rynek wschodzący. W spokojnych czasach inwestorzy kupują polskie akcje i obligacje spodziewając się wysokich zysków.
Marek Sobczak/Polityka

Polska jest wciąż uważana za rynek wschodzący. W spokojnych czasach inwestorzy kupują polskie akcje i obligacje spodziewając się wysokich zysków.

Zadaniem NBP jest wybór takich metod działania, które najmniej szkodzą wzrostowi gospodarczemu.
Jan Remisiewicz/PantherMedia

Zadaniem NBP jest wybór takich metod działania, które najmniej szkodzą wzrostowi gospodarczemu.

Polacy mają prawo być zdezorientowani. Najpierw nasz kraj był zieloną wyspą, samotnie utrzymującą się na morzu recesji. Zakrawało to na cud, który trwał. W latach 2010–11 do większości Europy powrócił wzrost, ale i tak Polska utrzymywała się w ścisłej czołówce najbardziej dynamicznych gospodarek kontynentu. W rezultacie wielkość PKB średnio w Unii jest w 2012 r. jeszcze cały czas niższa, niż była przed wybuchem kryzysu, a w Polsce o ok. 19 proc. wyższa. Nasza gospodarka wykazała się więc niezwykłą odpornością na globalne zjawiska kryzysowe.

Wygląda jednak na to, że beztroski okres dobiegł końca. Sygnał do zmiany nastrojów dał sam premier, który w exposé sprzed roku nie mówił już wcale o zielonej wyspie – ale o zbliżającej się drugiej fali globalnego kryzysu. Za tym poszły pogarszające się stopniowo nastroje konsumentów i przedsiębiorców. A obecnie również ostrzeżenia ze strony ministra finansów mówiącego, że nadeszła era zaciskania pasa.

Od Grecji do maratonu

Nie ma wątpliwości – kłopoty zaczęły się poza granicami naszego kraju. Latem zeszłego roku gwałtownie pogorszyła się sytuacja krajów unijnego Południa. Strefa euro zaczęła niekończący się negocjacyjny maraton, w którym Niemcy usiłowały zmusić resztę do zaciśnięcia pasa, a reszta usiłowała zmusić Niemcy do zgody na dodruk pustych euro. A tymczasem nastroje gospodarcze ulegały stopniowemu pogorszeniu, co prowadziło prostą drogą do recesji, która ostatecznie dotknęła całą strefę euro w połowie obecnego roku.

Co stanie się tam dalej, nie wie nikt. Nierozwiązane problemy zadłużeniowe krajów Południa oznaczają, że w każdym momencie może dojść do wybuchu finansowej paniki. Coraz głębsza recesja dotykająca kraje zadłużone spowodowała już znaczne wyhamowanie tempa wzrostu także w Niemczech. Wcale nie wiadomo, czy na tym się skończy. A ryzyko głębokiej recesji w strefie euro powoduje ponowny wzrost obaw o rozwój sytuacji w USA, Chinach i wszystkich pozostałych krajach świata.

Mechanizm zarażenia

Co ma wspólnego sytuacja w strefie euro z perspektywami gospodarczymi Polski? Wszystko, bo w ciągu minionych 20 lat nasza gospodarka tak silnie zintegrowała się z zachodnioeuropejską, że praktycznie niewyobrażalne jest, iż my będziemy się nieźle rozwijać, jeśli u naszych zachodnich sąsiadów jest recesja.

Zaraza może docierać do Polski kilkoma kanałami. W tej chwili najważniejszy jest kanał handlowy, czyli ograniczenie zakupów produkowanych u nas towarów przez znajdujących się w coraz trudniejszej sytuacji nabywców z Europy Zachodniej. Do krajów Unii trafia niemal 80 proc. całego polskiego eksportu (do strefy euro 55 proc.). W przedkryzysowych czasach z radością patrzyliśmy na powstające w naszym kraju fabryki samochodów, telewizorów czy pralek, które budowano głównie z zamiarem obsługi rynku zachodnioeuropejskiego. Dzisiaj załamanie popytu w strefie euro wiedzie prostą drogą do spadku naszej produkcji. A to oznacza wzrost bezrobocia i spadek inwestycji przedsiębiorstw – bo inwestuje się wtedy, kiedy oczekuje się wzrostu popytu, a nie spadku.

Drugi ważny kanał to finanse. Polska jest wciąż uważana za rynek wschodzący. W spokojnych czasach inwestorzy kupują polskie akcje i obligacje spodziewając się wysokich zysków. Jednak powszechnie zakłada się, że rynki wschodzące są bardziej niestabilne od dojrzałych, a w przypadku jakichkolwiek globalnych zawirowań finansowych ich waluty mogą się silnie osłabić. Kiedy więc tylko pojawia się takie ryzyko – które nie musi mieć nic wspólnego z ocenami sytuacji w Polsce – inwestorzy wyprzedają polskie aktywa, a złoty rzeczywiście traci na wartości.

Z kanałem finansowym sprawa jest złożona. Z jednej strony osłabienie waluty jest na krótką metę korzystne dla gospodarki. Ponieważ importowane towary drożeją, Polacy chętniej sięgają po towary krajowe, a słabszy złoty pomaga eksporterom. Z drugiej strony, jeśli osłabienie waluty jest zbyt gwałtowne, może prowadzić do wielu problemów – choćby do wzrostu kosztów obsługi frankowych kredytów hipotecznych, a więc kłopotów wielu polskich rodzin. Czasami paniczna ucieczka zagranicznych inwestorów może wręcz doprowadzić kraj na krawędź bankructwa. Na razie nie ma co się martwić, ale w skrajnej sytuacji, np. niekontrolowanych bankructw krajów Południa, wszystko to się może jeszcze zmienić, zmuszając rząd i NBP do podjęcia radykalnych działań ratunkowych.

Wreszcie trzeci z niebezpiecznych kanałów wiedzie poprzez banki. Na szczęście Polska należy do krajów, gdzie poziom zadłużenia rządu, przedsiębiorstw i gospodarstw domowych można uznać za umiarkowany, a sektor bankowy za zyskowny i silny. Ale pewne niebezpieczeństwa istnieją. Trzy czwarte sektora bankowego należy do międzynarodowych grup finansowych. Istnieje więc ryzyko, że nasze banki będą musiały podporządkować się zaleceniom płynącym z zagranicznych central i gwałtownie ograniczyć dostęp gospodarki do kredytów. A to kolejne ze zjawisk prowadzących do pogłębienia recesji.

Problemy i zagrożenia nie przychodzą jedynie z zewnątrz. Pierwszą fazę globalnego kryzysu przetrwaliśmy jako zielona wyspa po części dlatego, że rząd zastosował standardowy manewr gospodarczy: mimo spadku dochodów nie ograniczył w takim samym stopniu wydatków. W rezultacie na rynku pojawił się dodatkowy popyt sfinansowany wzrostem zadłużenia. Ale podwyższonego deficytu i długu nie da się utrzymać wiecznie, bo groziłoby to utratą wiarygodności na rynku finansowym i ucieczką inwestorów. Dzisiaj minister finansów zamiast podwyższać wydatki, musi raczej zadbać o utrzymanie deficytu pod kontrolą. W odróżnieniu od lat 2009–10 załamaniu popytu za granicą towarzyszą więc obecnie rządowe oszczędności.

Oszczędności dotykają przede wszystkim inwestycji publicznych, zwłaszcza infrastrukturalnych. Zresztą nawet gdyby rząd nie prowadził takiej polityki, i tak nastąpiłoby pogorszenie koniunktury w budownictwie. Powoli kończą się fundusze europejskie dostępne w ramach obecnej, 7-letniej perspektywy finansowej, a dostęp do kolejnych pewnie opóźni się na skutek niekończących się kłótni o unijny budżet. Do tego doszły kłopoty firm budowlanych, które po wariacku walczyły kilka lat temu o kontrakty zaniżając oferowane ceny, a dziś często bankrutują. W budownictwie infrastrukturalnym czeka nas prawdopodobnie silny kryzys, a to oznacza kolejne tysiące bezrobotnych i dalsze pogorszenie sytuacji w skali całej gospodarki. Słowem, do kłopotów płynących z zagranicy można dodać i sporo naszych błędów.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną