Edukator Ekonomiczny

O krok od krawędzi

Gospodarka USA na krawędzi

31 sierpnia 2012 r. dług publiczny Ameryki sięgnął 16 bln dol. Po raz pierwszy od lat 40. XX w. przekroczył poziom PKB, który w tym roku szacuje się na 15,7 bln. 31 sierpnia 2012 r. dług publiczny Ameryki sięgnął 16 bln dol. Po raz pierwszy od lat 40. XX w. przekroczył poziom PKB, który w tym roku szacuje się na 15,7 bln. Marek Sobczak / Polityka
Barack Obama ma mało czasu na świętowanie zwycięstwa. Jeśli Biały Dom i Kongres szybko się nie dogadają, Amerykę czeka wkrótce fatalne połączenie podwyżek podatków i ostrych cięć wydatków. I USA znowu wpadną w recesję.

Artykuł w wersji audio

Taki scenariusz narodził się latem ubiegłego roku, gdy Ameryka, która od dziesięciu lat notorycznie żyje na kredyt, musiała podnieść ustawowo określany pułap długu. Wprowadzono go decyzją Kongresu w 1917 r., kiedy USA potrzebowały pieniędzy na sfinansowanie udziału w I wojnie światowej. Wcześniej rząd musiał każdorazowo występować do Kongresu o zgodę na zaciągnięcie długu, a ten określał jego wysokość, oprocentowanie, terminy zapadalności itp. W 1917 r. dostał więcej samodzielności w tej sprawie. Pierwszy limit ustalono na 11,5 mld dol. Od tego czasu Kongres podnosił go ponad 100 razy. W ubiegłym roku szło już z tym jak po grudzie.

Dreszczowiec w Kongresie

Z rutynowej procedury republikanie w Kongresie USA uczynili przewlekły dreszczowiec, groźny dla Ameryki i reszty świata. Zwyżkę pułapu ledwo przepchnięto. A przecież, wbrew histerycznej retoryce, Stanom Zjednoczonym nie groziło bankructwo, bowiem świat nie tylko wciąż ma ochotę im pożyczać, ale pożycza bardzo tanio. 10-letnie obligacje rządu USA latem 2011 r. miały oprocentowanie poniżej 3 proc.

Bardziej niż rozmiary amerykańskiego długu świat niepokoi tempo, w jakim on pęcznieje. A pęcznieje, bo szybko rosną koszty trzech wielkich programów, którymi steruje automatyczny pilot, a nie coroczny proces ustalania budżetu. Blisko 60 proc. wszystkich wydatków rządu przypada na: Social Security – czyli renty i emerytury, Medicare – program opieki zdrowotnej dla emerytów i rencistów, i Medicaid – system opieki społecznej i zdrowotnej dla najuboższych. Zmiana tych programów wymaga nowych regulacji prawnych i jest politycznie arcytrudna. Nawet 70 proc. sympatyków radykalnej Partii Herbacianej jest przeciwko okrawaniu Medicare i Medicaid.

Dwie kosztowne wojny w Iraku i w Afganistanie, dwie recesje, cięcia podatków i hojna refundacja leków dla emerytów, jakie krajowi zafundował G.W. Bush, zmieniły nadwyżkę budżetową, jaką zostawił po sobie Bill Clinton, w gigantyczny deficyt, który w pierwszym roku rządów Obamy przekroczył 1,4 bln dol. Batalia w Kongresie dotyczyła sposobów jego okiełznania: ciąć ostro wydatki i zapomnieć o podwyżkach przychodów – mówili republikanie; ciąć wydatki i szukać możliwości podwyżki podatków – sugerowali demokraci.

Osiągnięty w ostatniej chwili kompromis zakładał podniesienie limitu długu publicznego o 2,1 bln dol. (z 14,3 bln do 16,4 bln) w kilku ratach. Ostatnią przewidziano na początek 2012 r., aby oszczędzić prezydentowi, wszystkim Amerykanom i światu panicznych prognoz i strachu o przyszłość. Uzgodniono, że wydatki rządu zostaną obcięte w ciągu dekady o 917 mld dol., z czego 350 mld przypadnie na obronę.

Zaczęto arcyskromnie, bo od zaledwie 25 mld dol. cięć w roku fiskalnym 2012 r. O tym, jak wydusić resztę, miał zadecydować komitet mędrców złożony z senatorów i członków Izby Reprezentantów z obu partii.

Ustalono, że jeśli mędrcy niczego nie wymyślą do 23 listopada 2011 r. lub jeśli Kongres odrzuci ich pomysły, to zanim ponownie podniesiony zostanie pułap długu, w ruch pójdzie mechaniczna gilotyna, która zetnie połowę uzgodnionej sumy z programów wewnętrznych, a drugą połowę z budżetu obronnego. Ta groźba stanowić miała bodziec dla kreatywnych rozwiązań. Ale mędrcy niczego nie wymyślili, więc nadchodzi właśnie czas na gilotynę.

Rating USA zagrożony?

Ostatniego sierpnia 2012 r. dług publiczny Ameryki sięgnął 16 bln dol. Po raz pierwszy od lat 40. XX w. przekroczył poziom PKB, który w tym roku szacuje się na 15,7 bln. Rząd stanie zatem wkrótce ponownie w obliczu statutowej bariery. Armagedon póki co nie grozi, bo skarb państwa ma kilka opcji na krótką metę. Np. może zawiesić emisję jednodniowych obligacji, które stanowią część pakietu emerytalnego pracowników rządu federalnego, lub sięgać po podobnej natury kruczki proceduralne. Żaden z nich problemu nie likwiduje ani nawet nie łagodzi kryzysu, tylko odsuwa go w czasie.

W październiku prezesi kilku wielkich amerykańskich korporacji finansowych w liście do Obamy i Kongresu ostrzegli, że brak porozumienia, które wstrzyma automatyczne podwyżki podatków i cięcia wydatków, może doprowadzić do drugiej obniżki ratingu USA, zwyżki stóp procentowych i destabilizacji globalnych rynków finansowych. Choć takiego scenariusza nie można wykluczyć, warto przypomnieć, że gdy w 2011 r. agencja ratingowa Standard&Poor’s obniżyła rating Ameryki, oczekiwano wzrostu kosztu nowo zaciąganego amerykańskiego długu. Stało się inaczej. Po obcięciu ratingu stopy procentowe, jakich rynek oczekuje od obligacji amerykańskich, spadły. Dziś inwestorów kupujących 10-letnie obligacje rządu USA satysfakcjonuje oprocentowanie poniżej 1,9 proc. Oznacza to, że rynki finansowe, przynajmniej w krótkiej perspektywie, bardziej obawiają się recesji niż bankructwa Ameryki.

Agencje ratingowe rzeczywiście wzmagają krytykę. We wrześniu agencja Moody’s ostrzegła, że obniży rating kredytowy USA, jeśli:

• Kongres nie nakreśli szczegółów polityki stabilizacji relacji długu do PKB w średnioterminowej perspektywie;

• działania stabilizacyjne doprowadzą do poważnego szoku fiskalnego, który ograniczy szanse gospodarki na szybkie wyjście z dołka;

• proces dochodzenia do nowego pułapu będzie na tyle chaotyczny, że wywoła huśtawkę na rynkach finansowych; albo

• poszukiwanie kompromisu przeciągnie się, wymuszając na departamencie skarbu wspomniane wcześniej środki nadzwyczajne.

Jakby tych kłopotów było mało, w końcu grudnia wygasają cięcia podatków z czasów G.W. Busha dla wszystkich grup dochodowych. Jeśli rzeczywiście tak się stanie, przyniosą dodatkowe wpływy do budżetu w wysokości 221 mld dol. Jednocześnie tej samej wysokości kwoty zostaną wyjęte z kieszeni amerykańskich obywateli. Demokraci chcą przedłużyć obecnie obowiązujące zasady opodatkowania dla osób o dochodach rocznych poniżej 250 tys. dol. Republikanie są zdania, że trzeba to uczynić także dla najbogatszych.

W ocenie niezależnego Tax Policy Center brak nowych legislacji oznaczałby podwyżkę podatków dla 90 proc. Amerykanów – średnio o 3500 dol. w ciągu roku. Natomiast Biuro Budżetowe (Congressional Budget Office) szacuje, że upadek z finansowej krawędzi, czyli spełnienie się scenariusza zapisanego w decyzjach Kongresu z sierpnia 2011 r., wraz z powrotem do stawek podatkowych z epoki Clintona, zmniejszyłby deficyt budżetowy w 2013 r. o 606 mld dol., czyli 4 proc. amerykańskiego PKB.

Jednocześnie miałoby to ogromny negatywny wpływ na gospodarkę i niosłoby ze sobą znaczne prawdopodobieństwo recesji. Podobnego zdania jest zdecydowana większość ekonomistów. CBO szacuje, że stopa bezrobocia skoczyłaby ponownie powyżej 9 proc.

Rachityczny rynek pracy

Niebezpieczeństwo jest tym większe, że gospodarka jest wciąż anemiczna, wzrost niemrawy i słabszy niż zakładano. Rynek pracy pozostaje bardziej kruchy, niż na to wskazuje stopa bezrobocia, która w październiku wyniosła 7,9 proc. Gdy we wrześniu spadła do 7,8 proc., czyli najniższego poziomu od lutego 2009 r., skłoniło to Jacka Welcha, byłego szefa General Electric i jednego z najsłynniejszych amerykańskich menedżerów, do zakwestionowania tych danych. Powiedział, że to przedwyborcza manipulacja.

Problem z użytecznością stopy bezrobocia dla oceny stanu gospodarki leży gdzie indziej. Jej mankamentem jest to, że nie uwzględnia, i nigdy nie uwzględniała, ani liczby zatrudnionych wbrew swej woli w niepełnym wymiarze, ani struktury zatrudnienia. Nic także nie mówi o zarobkach. A w tych właśnie wymiarach następowały i nadal następują ogromne zmiany na rynku pracy USA.

Wprawdzie w ostatnich 12 miesiącach w sektorze prywatnym przybyło ponad 2 mln miejsc pracy, jednak zatrudnienie jest dziś wciąż o ponad 4 mln niższe niż w 2007 r. – ostatnim roku przed recesją. Zmniejszyła się zwłaszcza liczba pracujących w budownictwie (o 2,1 mln) i w przemyśle (o 2 mln). Tymczasem płace w budownictwie są o 40 proc., a w przemyśle o 20 proc. wyższe od średniej poza rolnictwem, podczas gdy płace w handlu detalicznym są od tej przeciętnej o 37 proc. niższe. Rządowe Bureau of Labor Statistics podało, że we wrześniu średnie płace realne spadły o 0,3 proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca, co jest kolejnym potwierdzeniem słabości rynku pracy.

Majątek gospodarstw domowych skurczył się o 13 bln dol. między początkiem 2007 r., kiedy osiągnął swe apogeum, a końcówką 2008 r., kiedy posypała się giełda i gwałtownie spadły ceny nieruchomości. Potem, bardzo powoli, Amerykanie odbudowywali swój stan posiadania, ale, jak wynika z najnowszych danych Rezerwy Federalnej (Fed), w połowie obecnego roku majątek gospodarstw domowych wciąż był o ponad 4 bln dol. niższy niż w 2007 r. Choć giełda powróciła do swych przedkryzysowych notowań, to wciąż duże straty notują nieruchomości.

Z tego właśnie rynku zaczęły jednak wreszcie nadchodzić lepsze wieści. Poszły w górę przeciętne ceny domów, a to zastrzyk optymizmu dla ich właścicieli. Chcąc rozkręcić akcję kredytową i zachęcić ludzi do zakupu nieruchomości, Fed oświadczył niedawno, że będzie bezterminowo skupować co miesiąc 40 mld emitowanych przez banki bonów hipotecznych (zabezpieczonych kredytami zaciąganymi przez kupujących domy), dopóki nie poprawi się wyraźnie sytuacja na rynku pracy.

Działania Fed zdusiły stopę oprocentowania 30-letnich pożyczek hipotecznych do najniższego poziomu w historii. Więcej się buduje, a ekonomiści szacują, że powstanie jednego nowego domu przekłada się na trzy nowe miejsca pracy.

Bez wyrzeczeń ani rusz

Ponieważ w rychły „wielki kompromis” między demokratami i republikanami trudno uwierzyć, to skończy się pewnie, jak latem zeszłego roku, zgniłym i pośpiesznym pseudokompromisem, gdy obie strony zlękną się, co ze zmagań w Kongresie wyniknie i kto zapłaci polityczną cenę. Do tego czasu dominować będzie jałowy spór, kto jest większym patriotą i kto ma lepszą receptę na uzdrowienie kraju.

Optymalnym rozwiązaniem wydaje się podniesienie pułapu długu przy jednoczesnym, kompleksowym, zapisanym w prawie, planie redukcji deficytu. Na to jednak trudno liczyć. Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że w wyniku kompromisu w Kongresie nie dojdzie ostatecznie do finansowego szoku, automatycznych cięć na gigantyczną skalę, ale finansowych wyrzeczeń też nie da się uniknąć. Jakieś podatki pójdą w górę, a wypłata dywidend odbywać się będzie bez części obecnych przywilejów, co zwiększy obciążenia zamożniejszych.

Stawka jest wysoka, a dobrych opcji nie ma. Bez choćby tymczasowej politycznej ugody, która znów tylko odwlecze fiskalną sanację, Amerykę czeka zabójcza dieta. Tak dotkliwa, że niemal gwarantująca ześlizgnięcie w otchłań recesji, a to dla światowej gospodarki scenariusz wyjątkowo niepożądany. Na szczęście i tym razem nie powinien się jednak spełnić.

 

Autor jest ekonomistą, publicystą i specjalistą od zarządzania, mieszkającym na stałe w USA. Absolwent warszawskiej SGH, Uniwersytetu Berkeley i Uniwersytetu Stanforda.

Polityka 46.2012 (2883) z dnia 14.11.2012; Edukator ekonomiczny; s. 44
Oryginalny tytuł tekstu: "O krok od krawędzi"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną