Edukator Ekonomiczny

Nadzór do remontu

Jak i po co kontrolować banki

Wspólny nadzór nad bankami ma zapewnić ich sprawne funkcjonowanie. Wspólny nadzór nad bankami ma zapewnić ich sprawne funkcjonowanie. Marek Sobczak / Polityka
Jak kontrolować banki, żeby podatnicy już więcej nie musieli ich ratować? To nad tym zastanawiają się dziś politycy na całym świecie. Pomysłów mają mnóstwo, ale ograniczeń wprowadzili niewiele.
Polityka

Artykuł w wersji audio

Zachodnie instytucje finansowe wciąż pokazują, że kryzys niewiele je nauczył. Nie potrafią nawet uniknąć głośnych skandali, których w ostatnim czasie nie brakuje. Kilka olbrzymich banków poniosło gigantyczne straty z powodu ryzykownych operacji własnych pracowników. ­Société Générale we Francji zubożał o prawie 5 mld euro, a szwajcarski UBS stracił 2 mld dol. Również amerykański JP Morgan ­Chase pogrzebał z tego powodu 6,2 mld dol., a – po osta­tecznych podsumowaniach – kwota ta może jeszcze ­wzrosnąć.

We wszystkich przypadkach banki obwiniły swoich podwładnych, którzy mieli jakoby złamać obowiązujące procedury. Ci jednak wcale nie chcą odgrywać roli kozłów ofiarnych i twierdzą, że wykonywali jedynie polecenia przełożonych.

Jeszcze bardziej niż lekkomyślna strata ogromnych kwot zbulwersował opinię publiczną skandal w Wielkiej Brytanii. Tam bank Barclays przyznał się do manipulowania wysokością stopy procentowej LIBOR używanej m.in. do wyliczania kosztów kredytów. Jakby tego było mało, brytyjski bank Standard Chartered został ukarany przez amerykański nadzór za prowadzenie nielegalnych interesów z Iranem i musi zapłacić grzywnę w wysokości 340 mln dol.

Gra o krociowe zyski

W ten sposób banki dostarczają amunicji tym politykom, którzy chcą przeforsować większą kontrolę nad nimi. Szczególne kontrowersje budzą największe instytucje finansowe, zajmujące się równocześnie bankowością tradycyjną i inwestycyjną. Ta pierwsza to udzielanie kredytów i zbieranie depozytów, czyli czynności, do jakich banki zostały stworzone. Ta druga oznacza operacje zdecydowanie bardziej ryzykowne, jak np. kupowanie i sprzedawanie udziałów w różnych firmach i funduszach na całym świecie.

A przecież gdyby oddział inwestycyjny dużego banku poniósł ogromne straty, w niebezpieczeństwie znalazłaby się także część tradycyjna, czyli depozyty milionów klientów.

Po kryzysie politycy w różnych krajach obiecali wyborcom, że ratowanie banków za pieniądze podatników było jednorazowym przedsięwzięciem, a na przyszłość zostaną stworzone lepsze niż dotąd zabezpieczenia. Najprostszym byłoby zmuszenie banków do oddzielenia obydwu rodzajów działalności. To jednak wielka ingerencja w sektor finansowy, a gra idzie o ogromne pieniądze. Nic dziwnego, że banki robią wszystko, aby do takiego przymusowego podziału nie dopuścić, tym bardziej że działalność inwestycyjna może przynosić ogromne zyski.

Co ciekawe, zakaz funkcjonowania banków łączących oba sposoby zarabiania pieniędzy wcale nie byłby precedensem, bo obowiązywał przez wiele lat w Stanach Zjednoczonych. Został tam wprowadzony w 1933 r., na fali Wielkiego Kryzysu, i przetrwał do lat 90., chociaż stopniowo coraz bardziej go obchodzono.

Teraz nad podobnym rozwiązaniem poważnie zastanawia się Europa. Niedawno powstały dwa specjalne raporty – jeden zamówiony przez rząd brytyjski, drugi przez Komisję Europejską. Zarówno brytyjska komisja pod przewodnictwem znanego ekonomisty Johna Vickersa, jak i unijna grupa kierowana przez Erkkiego Liikanena, polityka, prezesa fińskiego banku centralnego, opowiedziały się za oddzieleniem działalności tradycyjnej i inwestycyjnej w ramach jednego banku.

Eksperci nie żądają kompletnego rozbicia instytucji, ale obie części powinny funkcjonować niezależnie od siebie, tak by nawet jeśli jedna wpadnie w kłopoty, nie pociągnęła ze sobą na dno drugiej. W ten sposób chronione mają być przede wszystkim depozyty obywateli. Nie będą one mogły służyć do prowadzenia spekulacyjnej działalności na giełdach. Zarówno rząd brytyjski, jak i unijni komisarze raporty przyjęli z zadowoleniem, ale do wprowadzenia stosownych przepisów droga jeszcze daleka.

Przymusowa dieta odchudzająca

Jak trudno tego dokonać, widać choćby na przykładzie Stanów Zjednoczonych.

Tam w 2010 r. prezydent Barack Obama, mając wtedy jeszcze większość zarówno w Senacie, jak i w Izie Reprezentantów, świętował uchwalenie gigantycznego pakietu ustaw, który miał zwiększyć poczucie finansowego bezpieczeństwa.

Z tym że nawet wówczas banki zdołały obronić się przed przywróceniem przepisów z lat 30. i nie zostały zmuszone do całkowitego oddzielenia działów inwestycyjnych od reszty działalności. Jednak prawo Dodda-Franka, nazwane tak od dwóch głównych autorów pakietu, wprowadziło tzw. zasadę Volckera. To właśnie Paul Volcker, niegdyś prezes Systemu Rezerwy Federalnej, czyli amerykańskiego banku centralnego, a w latach 2009–11 bliski doradca Baracka Obamy, zaproponował znaczne ograniczenia w działalności banków.

Mogą one co prawda dalej inwestować pieniądze w ryzykowne fundusze inwestycyjne, ale nie więcej niż 3 proc. wszystkich aktywów. W tej chwili banki mają dwa lata, aby dostosować się do tej reguły. Wciąż jednak do końca nie wiadomo, jakich transakcji ma ona dotyczyć. O interpretację toczy się spór przed amerykańskim nadzorem finansowym, a jego stawką są miliardowe zyski.

Pakiet Dodda-Franka przyniósł jednak kilka innych istotnych zmian. Jedna z nich polega na wyodrębnieniu największych instytucji, których bankructwo zagrażałoby całemu systemowi. Musiały one przedstawić własny scenariusz postępowania na wypadek, gdyby wpadły w kłopoty. Jak w przypadku wszystkich reform na rynku finansowym, demokraci i republikanie spierają się o skuteczność tego rozwiązania. Ci pierwsi uważają, że uda się uniknąć podobnych kryzysów w przyszłości i podatnicy nie będą już musieli ratować instytucji „zbyt ważnych, żeby upaść”. Ci drudzy krytykują państwowy interwencjonizm i nadmiar regulacji.

Chociaż Amerykanie i Europejczycy różnie próbują zreformować sektory bankowe, to w jednym punkcie są zgodni. Po kryzysie ustalono, że banki muszą mieć więcej niż dotąd własnych kapitałów, dzięki czemu staną się bardziej odporne na rynkowe zawirowania. Każdy bank w zdecydowanej większości finansuje kredyty z depozytów, czyli środków, jakie pozostawili jego klienci. Ma jednak również własny kapitał, który wpłacili jego właściciele. Teraz, zgodnie z bardziej surowymi normami z międzynarodowej umowy (tzw. Bazylea III), banki muszą stopniowo do 2019 r. zebrać więcej własnego kapitału albo ograniczyć działalność, pozbyć się części aktywów (na wykresie powyżej widać, że aktywa największych banków znów od 2010 r. wzrastają). Kto zdoła sprzedać nowe akcje na giełdach albo znaleźć kolejnego inwestora, może zwiększać kapitał i się rozwijać.

Ale część banków, które nie zdołają spełnić tych wymagań, będzie udzielać mniej nowych kredytów. Takie procesy mogą się nasilać. Szczególnie w krajach, w których wielkie banki mają swoje spółki-córki. To one będą zapewne musiały w pierwszej kolejności ograniczać działalność kredytową. Z przymusowej diety odchudzającej będą też niezadowoleni pracownicy tych instytucji.

Bank UBS już zapowiedział, że zamierza zwolnić aż 10 tys. pracowników. Straty liczy londyńskie City, gdzie zatrudnienie ma się skurczyć z 280 tys. osób w 2011 r. do 237 tys. w 2015 r. W ten sposób Londyn straci światowy prymat lidera usług finansowych. Więcej bankowców pracować będzie w Nowym Jorku i Hongkongu. Nic zatem dziwnego, że brytyjski rząd za wszelką cenę chce uniknąć nowych obostrzeń dla działalności banków, które planuje Bruksela.

Na kłopoty – unia bankowa

Równolegle funkcjonuje projekt unii bankowej, czyli wspólnej europejskiej siatki bezpieczeństwa dla sektora.Wspólny nadzór nad bankami ma zapewnić ich sprawne funkcjonowanie. Z kolei procedura kontrolowanej upadłości ma być bezpiecznym sposobem likwidacji banku bez zagrożenia stabilności całego europejskiego sektora finansowego.

Komisja Europejska chciałaby nawet, żeby w ramach unii bankowej obowiązywał wspólny fundusz gwarancji depozytów, chociaż na to nie chcą zgodzić się Niemcy. Na razie nie wiadomo, jaki dokładnie kształt przybierze. Propozycja nie podoba się silniejszym europejskim bankom z północy kontynentu. Nie chcą wcale dzielić się swoimi zyskami z konkurentami z południa, którzy z powodu kryzysu w tej części Europy wpadli w poważne tarapaty.

Chociaż banki amerykańskie walczą, jak mogą, z politykami i narzekają na nadmiar regulacji, europejscy konkurenci i tak im zazdroszczą. Bo oni nie dość, że będą musieli wejść do nowej unii i poddać się nadzorowi Europejskiego Banku Centralnego, to jeszcze grozi im w perspektywie kolejne polityczno-finansowe narzędzie ograniczające zyski i tempo rozwoju, czyli podatek od transakcji finansowych. Mimo że banki na kontynencie robią wiele, aby storpedować ten pomysł, to jednak 11 krajów strefy euro planuje wprowadzić tę nową daninę bez względu na opór Wielkiej Brytanii.

Jednak do wprowadzenia nowego podatku droga jeszcze daleka, a poza tym dziś handel można swobodnie przenosić między różnymi rynkami, więc banki taką daninę, wprowadzoną tylko regionalnie, częściowo zdołają ominąć.

Kto czuje się rozczarowany faktem, że ponad cztery lata od upadku Lehman Brothers banki mają niewiele mniej swobody niż przed kryzysem, może przynajmniej pocieszyć się gorszymi zarobkami w tej branży. Ogromne wynagrodzenia i nieprzyzwoite premie wzbudzały powszechne oburzenie, nawet jeśli dotyczyły banków, które nie musiały występować o publiczną pomoc.

Teraz jednak, przynajmniej w Londynie, nawet dla finansistów nadeszły gorsze czasy. Za zeszły rok premie w City wyniosły łącznie 4,4 mld funtów, ale za ten, jak wyliczyło Centre for Economics and Business Research, spadną do 1,6 mld funtów. We Francji, po zwycięstwie socjalisty Francois Hollande’a, wszyscy najlepiej zarabiający, w tym i niemało bankowców, będą musieli oddać państwu 75 proc. w formie podatku, gdy ich roczna pensja przekroczy milion euro. Ten problem raczej nie dotknie byłego pracownika Société Générale Jérôme’a Kerviela. Sąd orzekł, że musi on z własnej kieszeni zwrócić byłemu pracodawcy dokładnie tyle, ile stracił na spekulacjach, czyli 4,9 mld euro. Banki wciąż ­potrafią walczyć o swoje, choć akurat na tym sądowym zwycięstwie na pewno się nie utuczą.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Ożywianie mózgu po śmierci i transplantacja głowy. Czy istnieją granice neuronauki?

Badaczom udało się wznowić niektóre funkcje mózgów pobranych od świń, a inny naukowiec chciałby przeprowadzić transplantację ludzkiej głowy.

Piotr Rzymski
22.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną