Edukator Ekonomiczny

Czas na euro?

Euro w Polsce - kiedy decyzja

Nie ma żadnej wątpliwości, że w ciągu najbliższych kilku lat nie mamy szans znaleźć się w strefie euro. Pierwszy technicznie wyobrażalny termin to początek 2016 r. Nie ma żadnej wątpliwości, że w ciągu najbliższych kilku lat nie mamy szans znaleźć się w strefie euro. Pierwszy technicznie wyobrażalny termin to początek 2016 r. Marek Sobczak / Polityka
Przez ostatnie kilka lat wydawało się, że perspektywy wprowadzenia w Polsce euro odsunęły się w mglistą przyszłość. Dziś premier i prezydent wzywają do debaty na ten temat. Co się zmieniło?

Artykuł w wersji audio

Od paru lat Polacy bombardowani są przez media informacjami o kłopotach strefy euro. O balansujących na skraju bankructwa krajach Południa, gigantycznych funduszach ratunkowych na podtrzymywanie tonących, niezadowoleniu zbuntowanych Hiszpanów, dla których euro oznacza wymuszone „niemieckim dyktatem” oszczędności, i niezadowoleniu Niemców, dla których euro oznacza konieczność wykupywania długów innych.

Jest też krytyka ze strony wielu ekonomistów uznających europejski wspólny pieniądz za nietrafiony pomysł, są niekończące się kłótnie polityków, niezdolnych do wypracowania skutecznego planu ratunkowego… Wystarczy, aby stworzyć przekonanie, że strefa euro to „jedna wielka katastrofa”. Uznać, że wspólna waluta nie wytrzymała próby czasu, a w końcu musi dojść do jej upadku (choć większość Polaków nie potrafiłaby zapewne odpowiedzieć, czy ów upadek miałby polegać na tym, że euro znacznie straciłoby na wartości – czy też odwrotnie, że uległoby gwałtownemu wzmocnieniu).

W takiej sytuacji nic dziwnego, że w powszechnej opinii kwestia ewentualnego wprowadzenia euro w Polsce w ogóle przestała być jakimkolwiek realistycznym scenariuszem. A jeśli nawet – to mówimy o terminie tak odległym i obwarowanym tyloma zastrzeżeniami, że w ogóle nie warto się nim przejmować. Z jednej strony ekonomiści podkreślają, że posiadanie złotego dobrze służy dziś polskiej gospodarce, pomagając jej lepiej znosić globalny kryzys finansowy. Z drugiej zaś – zdecydowana większość Polaków patrzy na wprowadzenie euro sceptycznie, godząc się z tym jedynie w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości.

Główny czynnik wzbudzający niechęć to obawa, że wprowadzenie euro będzie się wiązało ze znacznym wzrostem cen. A więc lęk, który na pewno nie wyparuje, bo o niewiele rzeczy tak się boimy, jak o stan naszego portfela. Jeśli dodać do tego fakt, że do wprowadzenia euro w naszym kraju potrzebna jest zmiana konstytucji (a w obecnym Sejmie można bez kłopotów zablokować taką zmianę), wszystko wydaje się oczywiste. O wprowadzeniu euro w ogóle nie warto rozmawiać, bo albo euro zniknie, zanim my je wprowadzimy, albo nie będzie prawnych warunków do jego przyjęcia.

Euro nie zniknie

Tymczasem sprawy przedstawiają się nieco inaczej, a powszechna w polskich mediach diagnoza sytuacji nie jest prawdziwa. Przede wszystkim, choć spektakl powolnego ucierania kompromisu w sprawie wspólnej waluty jest bolesny, sprawy posuwane są jednak do przodu.

Państwa eurolandu mają do rozwiązania dwa problemy. Pierwszym jest sposób zmniejszenia długów, które narosły w minionych kilkunastu latach w krajach Południa. Wierzyciele, na czele z Niemcami, żądają wprowadzenia wieloletnich programów zaciskania pasa i stopniowych spłat zaciągniętych zobowiązań, w zamian oferując tylko wsparcie ze specjalnie stworzonego funduszu stabilizacyjnego (tanie pożyczki obwarowane warunkami dotyczącymi realizacji programów stabilizacyjnych). Kraje zadłużone wolałyby coś innego – luźniejszą politykę Europejskiego Banku Centralnego, który mógłby bezwarunkowo skupować wypuszczane przez nie obligacje, w razie czego dodrukowując pieniądze.

 

To się oczywiście nie podoba Niemcom, bo na dłuższą metę grozi inflacją, a dla dłużników tworzy pokusę, by nie podejmować prawdziwych działań oszczędnościowych. Znalezienie w takiej sprawie rozsądnego kompromisu nie jest łatwe, jednak stopniowo jest on budowany. Choć oczywiście ze względu na obecny rozkład sił w Europie kompromis będzie zapewne bliższy wizji niemieckiej niż śródziemnomorskiej.

Drugim problemem eurolandu jest taka zmiana zasad funkcjonowania wspólnej waluty, by w przyszłości nie mogło dojść do powtórki z obecnego kryzysu. To również budzi kontrowersje, bowiem wymaga wprowadzenia skutecznych mechanizmów kontroli polityki gospodarczej prowadzonej przez kraje strefy euro, a w razie złamania wspólnych zasad – bolesnych i automatycznie działających kar dla grzeszników. Bardziej podoba się to krajom Północy niż przyzwyczajonym do „miękkiego pieniądza” krajom Południa. Ale i tu rachunek sił powoduje, że krok po kroku potrzebne zmiany są wprowadzane.

Słowem, w strefie euro bardzo powoli następuje stabilizacja. Wbrew nadziejom krytyków coraz mniej prawdopodobny staje się nie tylko jej rozpad, ale nawet znaczne zmiany w jej składzie (czyli wystąpienie poszczególnych krajów Południa ze strefy euro). Choć postęp jest powolny i bolesny, zaczynają nabierać ciała propozycje gruntownych zmian w funkcjonowaniu eurolandu – niektóre już wprowadzane w życie, inne ciągle jeszcze tylko dyskutowane w politycznych i bankowych gabinetach.

Kolano w drzwiach

I tu zaczyna się pojawiać problem dla tych krajów Unii, które, jak Polska, pozostają poza klubem – czyli strefą euro. Choćby nie wiadomo jak to ukrywać, kluczowe dyskusje dotyczące funkcjonowania strefy euro – a w konsekwencji całej Unii Europejskiej – toczą się między tymi krajami, które są obecnie członkami klubu. To one zaczynają wypracowywać wspólne rozwiązania, które mają ukształtować przyszłą Unię. Pozostałe kraje mogą co najwyżej zgłosić swój dobrowolny akces do tych inicjatyw. Nie dlatego, aby było to dla nich dziś niezbędne z gospodarczego punktu widzenia – ale głównie dlatego, żeby nie zostać na zewnątrz wtedy, kiedy drzwi do klubu się zatrzasną. Bo choć dzisiaj w klubie dyskutuje się głównie mechanizmy powiązane z funkcjonowaniem euro, jutro dyskusja może objąć wszystkie inne kluczowe aspekty funkcjonowania Unii, w tym tak dla nas ważny unijny budżet.

Nie ma żadnej wątpliwości, że w ciągu najbliższych kilku lat nie mamy szans znaleźć się w strefie euro. Pierwszy technicznie wyobrażalny termin to początek 2016 r., oczywiście pod warunkiem spełnienia przez nas wszystkich kryteriów. Ale do tego trzeba byłoby najpierw wprowadzić zmiany w konstytucji, co nie wydaje się możliwe przed wyborami parlamentarnymi w końcu 2015 r.

Wobec tego, robiąc dobrą minę do trudnej gry, zaczęliśmy stosować strategię wpychania kolana między drzwi: nie uczestnicząc w podejmowaniu decyzji w strefie euro, domagaliśmy się, by je z nami przynajmniej konsultowano. W miarę możliwości zgłaszaliśmy też dobrowolny akces do części nowo wprowadzanych mechanizmów – w szczególności tam, gdzie nie wiązało się to dla nas z większymi kosztami i problemami (dlatego właśnie gotowi jesteśmy przystąpić do paktu fiskalnego, którego wymogi w sporej części i tak już spełniamy – a nie wchodziło raczej w grę dobrowolne włączenie się do systemu funduszy ratunkowych dla krajów zadłużonych, bo wiązałoby się to dla nas z koniecznością wyłożenia ogromnych kwot bez większych korzyści).

 

Przez jakiś czas mogliśmy nawet udawać, że jest to niezwykle wysublimowana i sprytna strategia, pozwalająca nam połączyć korzyści z posiadania własnej waluty z utrzymaniem kontaktu z klubem. Taką grę prowadzi np. od ponad dekady Szwecja. W praktyce wypełnia wszystkie wymogi formalne wejścia do eurolandu, a jednocześnie nie wysyła do Brukseli wniosku o wprowadzenie wspólnej waluty i korzysta z posiadania korony. Albo Wielka Brytania zadająca wciąż sobie hamletowskie pytanie: być albo nie być w Unii.

Jednak sami siebie nie musimy oszukiwać – my na taką politykę byliśmy po prostu skazani, nie mając praktycznie możliwości wprowadzenia euro, a jednocześnie bojąc się, że klub powoli może przekształcić się w nowe, ścisłe jądro Unii. A kto wtedy pozostanie na zewnątrz, utraci faktyczne prawo głosu w kluczowych dla siebie i Europy sprawach.

Trzy filary nowej Unii

Ta gra się powoli kończy. Choć może jeszcze tego wyraźnie nie widać, w strefie euro zaczynają dojrzewać propozycje zmian, których nie da się już hamować kolanem wsuniętym między drzwi ani traktować jako działań, w których możemy na pół gwizdka uczestniczyć, będąc jednocześnie i na zewnątrz, i trochę w środku klubu. Chodzi o zmiany coraz większego kalibru, tworzące faktycznie nowe ramy funkcjonowania Unii, w przypadku których trzeba będzie podjąć jasną decyzję: albo je przyjmujemy, albo całkowicie odrzucamy. Ale ich przyjęcie coraz częściej będzie miało sens jedynie wówczas, jeśli decydujemy się na wprowadzenie w przewidywalnej przyszłości euro.

Konstrukcja nowej strefy euro – a faktycznie nowej Unii – może wspierać się na trzech filarach, których kształt zaczyna się stopniowo rysować. Pierwszym jest filar integracji fiskalnej, czyli wzmocnionej kontroli nad deficytami i długami rządowymi (służy temu zarówno pakt fiskalny, czyli mechanizm kontrolny dla niemal całej Unii, jak również dyskutowany dopiero osobny budżet strefy euro). Drugi filar to integracja bankowa (w jej ramach proponowany jest udział we wspólnym nadzorze bankowym, ale w dalszej kolejności w grę wchodzi też wspólny mechanizm upadłości banków i gwarantowania depozytów).

Wreszcie trzeci filar – jak dotąd najwolniej wznoszony, choć być może najważniejszy – to szerzej rozumiana integracja polityki ekonomicznej mająca na celu zrównoważenie całej gospodarki, a więc również kontrolę zadłużania się sektora prywatnego i politykę utrzymywania konkurencyjności.

Czy wszystkie te trzy filary na pewno powstaną? Dziś jeszcze nie wiadomo. Ale jeśli rzeczywiście zostaną w pełni zbudowane, to w strefie euro nastąpi nowy etap integracji, tworzący z niej prawdziwe jądro Unii. Podważy on znaczenie mechanizmów i instytucji regulujących działania Unii dotychczasowej. Innymi słowy, powstanie nowa Unia, do której wstęp – a zatem i prawo głosu – będzie uwarunkowany używaniem euro.

I to jest powód, dla którego nie da się już dłużej grać na zwłokę. Jeśli mamy podejmować sensowne decyzje, czy wprowadzamy u siebie w kraju kolejne elementy architektury nowej Unii, musimy wiedzieć, czy – i w jakim horyzoncie czasowym – chcemy wprowadzenia euro, biorąc pod uwagę konsekwencje ekonomiczne i polityczne takiego czy innego wyboru. Problem tylko w tym, że chodzi o grę z bardzo wieloma niewiadomymi. Ostatecznych i nieodwracalnych decyzji podejmować w niej jeszcze nie musimy, ale przygotować się do ich ewentualnego podjęcia – na pewno. I to powoduje, że odkładać otwartej dyskusji nie można.

Autor jest profesorem ekonomii, głównym doradcą ekonomicznym w PwC.

 

Światowy kryzys finansowy trwa już szósty rok. Wciągnął niemal w całości Europę, nadal gnębi Amerykę, rujnuje nadzieje gospodarcze wiązane do niedawna z Azją. Przez ostatnie kilka lat organizacjom międzynarodowym, bankom centralnym i rządom najważniejszych państw udało się uniknąć najgorszego w postaci bankructwa dużej części międzynarodowego systemu finansowego, ale niewykluczone, że to tylko odroczenie wyroku. Świat, w tym także Polskę, czekają kolejne trudne lata. Czy można się do nich przygotować?

Polityka 07.2013 (2895) z dnia 12.02.2013; Edukator ekonomiczny; s. 40
Oryginalny tytuł tekstu: "Czas na euro?"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną