Edukator Ekonomiczny

Obywatelu, więcej energii!

Elektrownia w każdym domu

Do Polski rewolucja energetyczna dociera z pewnym opóźnieniem, ale zdaniem wielu ekspertów może radykalnie odmienić nasz świat. Do Polski rewolucja energetyczna dociera z pewnym opóźnieniem, ale zdaniem wielu ekspertów może radykalnie odmienić nasz świat. Marek Sobczak / Polityka
Kto zagwarantuje nam bezpieczeństwo energetyczne: wielkie elektrownie węglowe, reaktory jądrowe, potężne farmy wiatrowe? A może powinniśmy zająć się tym sami? W Polsce rodzi się właśnie energetyka obywatelska.
materiały prasowe

Artykuł w wersji audio

Elektrownia w każdym domu – to brzmi kusząco. Zwłaszcza że mowa o elektrowni czystej, niezatruwającej środowiska, niewymagającej wysiłku ani fachowych kwalifikacji. Nie musielibyśmy się martwić, czy bloki w wielkich przemysłowych elektrowniach nie ulegną awarii i czy mają wystarczający zapas węgla. Czy przeciążony system energetyczny nagle nie odmówi posłuszeństwa albo wichura nie zniszczy kabli energetycznych. Wystarczy jeśli będziemy mieli domowe miniźródełko: panel fotowoltaiczny na dachu, mały wiatrak na podwórku, piec centralnego ogrzewania wyposażony w moduł mikrokogeneracyjny, czyli wytwarzający przy okazji energię elektryczną.

W sumie możemy tym sposobem zapewnić sobie energię o mocy kilku kilowatów (kW). Przeciętnemu gospodarstwu domowemu wystarczą 3 kW, potrzeby niedużej firmy albo gospodarstwa rolnego zaspokoi 10 kW. Jeśli mieszkamy w miejskim budynku wielorodzinnym, te same urządzenia, tylko w nieco większej skali, mogą obsługiwać nie tylko nasze mieszkanie, ale i sąsiadów. Gdy zaś całej energii nie zużyjemy, możemy ją sprzedać spółce energetycznej, do sieci, do której podłączony jest nasz dom. W ten sposób, będąc konsumentami, staniemy się jednocześnie producentami (czyli tzw. prosumentami).

Rewolucja energetyczna

Taka rewolucja energetyczna w Europie zaczęła się już na dobre. Do Polski dociera z pewnym opóźnieniem, ale zdaniem wielu ekspertów może radykalnie odmienić nasz świat. Z technicznego punktu widzenia jesteśmy do niej przygotowani. Wszystkie urządzenia niezbędne dla energetyki prosumenckiej są dostępne w dużym wyborze, sprawdzone, produkowane na coraz większą skalę. Ich ceny, choć wysokie – spadają, a wydajność rośnie. Przybywa firm zajmujących się instalowaniem systemów fotowoltaicznych, kolektorów słonecznych, małych elektrowni wiatrowych, pomp ciepła, automatycznych kotłów na biomasę i innych urządzeń zapewniających domowe bezpieczeństwo energetyczne.

Energetyka obywatelska jest częścią większego zjawiska, czyli energetyki odnawialnej. To kierunek rozwoju, który Unia Europejska nie tylko popiera, ale wręcz wymusza na krajach członkowskich. Chodzi o to, by odnawialne źródła energii (OZE) zaspokajały jak największą część potrzeb energetycznych wspólnoty. Do 2020 r. ma to być 20 proc., a potem jeszcze więcej (plan mówi o 27 proc. w 2030 r.). Chodzi o ochronę klimatu i ograniczenie emisji CO2, a jednocześnie zmniejszenie uzależnienia od kopalnych surowców energetycznych. W całej UE mamy już 10 mln prosumentów, czyli właścicieli mikroinstalacji podłączonych do sieci. Najczęściej są to panele fotowoltaiczne. – Energetyka obywatelska najbardziej rozwinięta jest w Niemczech. 42 proc. energii odnawialnej pochodzi tam z prywatnych instalacji. Działa 2 mln prosumentów, część zorganizowana jest w spółdzielniach energetycznych. Przydomowe mikroelektrownie dysponują łączną mocą ponad 30 tys. MW, czyli większą niż cała polska zawodowa energetyka – wyjaśnia prof. Krzysztof Żmijewski, sekretarz Społecznej Rady ds. Zrównoważonego Rozwoju Energetyki.

Tanio nie jest

Polska nie ma się na razie czym pochwalić. Prosumenckich instalacji mamy niespełna 300. Oczywiście mowa o instalacjach, o których wie Urząd Regulacji Energetyki, czyli podłączonych do sieci. Instytut Energetyki Odnawialnej (IEO) próbował liczyć wszystkie mikroinstalacje energetyczne i odkrył, że jest ich dużo więcej, tyle że większość nie jest podłączona do publicznej sieci energetycznej i pracuje tylko na potrzeby właściciela. Samych małych elektrowni wiatrowych w 2012 r. było 3 tys. W sumie oceniono, że mamy w Polsce już ok. 250 tys. mikroinstalacji energetycznych. Opublikowany przez RWE raport „Scenariusze rozwoju technologii na polskim rynku energii do 2050 r.” szacuje, że za 35 lat prosumenci mogą odpowiadać za produkcję nawet 25 TWh energii elektrycznej rocznie (dziś cała produkcja energii elektrycznej to 160 TWh).

Jest tylko jeden problem: finanse. Energia ze źródeł odnawialnych jest wciąż droższa niż ta z konwencjonalnych elektrowni. Po to by OZE mogły się rozwijać i konkurować na rynku, konieczne są systemy wsparcia – dotacje do budowy instalacji, dopłaty do produkcji energii, prawo pierwszeństwa jej sprzedaży itd. To wsparcie w niewielkim stopniu dotyczy na razie mikroinstalacji prosumenckich. Możliwe jest wprawdzie otrzymanie dofinansowania na stworzenie systemów produkujących energię elektryczną i ciepło, ale niewiele osób z tego skorzystało. Zajmują się tym banki obsługujące program Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW) Prosument. Fundusz do 2022 r. przeznaczy na ten cel 800 mln zł. Część pieniędzy przyznawana jest w formie dotacji (20 proc. dla instalacji do produkcji ciepła i 40 proc. energii elektrycznej), a reszta jako niskooprocentowana pożyczka.

Elektrownia domowa nie jest tania. Chcąc wyposażyć dom jednorodzinny w panele fotowoltaiczne o mocy 5–6 kW (zajmą one powierzchnię ok. 40 m kw. na dachu), trzeba przygotować się na wydatek ok. 45–50 tys. zł. Mogą zapewnić one ok. 5500 kWh energii (wartej 3,3 tys. zł) w ciągu roku, czyli więcej, niż potrzebuje mieszkająca tam rodzina.

Problem tylko w tym, że z naturalnych powodów domowa elektrownia nie dostarcza energii przez cały czas. W pewnych okresach jest jej więcej, niż potrzeba, a w innych trzeba się zaopatrywać z sieci. Nadwyżki można ewentualnie magazynować w akumulatorach lub wykorzystywać do podgrzewania wody, ale to komplikuje system i podnosi jego koszt. Przy dzisiejszej cenie dla odbiorców domowych (ok. 60 gr/kWh za energię+przesył) wydatek na domową elektrownię fotowoltaiczną zwróci się po ponad 18 latach. O ile oczywiście całą inwestycję sfinansowaliśmy z własnej kieszeni. Ten okres zwrotu jest wielkością hipotetyczną, bo nie wiemy, jak będą się kształtowały ceny energii w przyszłości. Na razie jednak niewiele osób decyduje się na takie inwestycje.

 

Wesprzyj mnie

Bez zdecydowanego wsparcia ze strony państwa energetyka obywatelska nie ruszy – przekonują jej entuzjaści. Z pewną rezerwą podchodzą do tego spółki energetyczne. Ich obawy dotyczą strony technicznej, bo oznacza to zmianę jednokierunkowej relacji sprzedawca–konsument na dwukierunkową. Wymaga modernizacji infrastruktury przesyłowej, tworzenia sieci inteligentnych, które raz będą prąd dostarczać do domów, a innym razem go odbierać. Konieczne jest też zapewnienie mocy rezerwowych w elektrowniach konwencjonalnych, by uzupełniać bilans, kiedy naturalne źródła zawodzą. Instalacje OZE produkują energię przez 1–1,5 tys. godz. w ciągu roku, gdy konwencjonalne w elektrowniach przez 4–4,5 tys. godz.

Dyskusje na temat systemu wsparcia energetyki obywatelskiej trwały do końca prac nad ustawą o odnawialnych źródłach energii. Dotować budowę instalacji prosumenckich czy ich eksploatację? Bo jednego z drugim łączyć nie można, zabraniają tego unijne przepisy dotyczące wszelkich dotacji. Traktować domowe źródła OZE tak jak duże farmy wiatrowe? Zdaniem prof. Żmijewskiego najprostszym i najlepszym rozwiązaniem jest system opomiarowania netto (net metering) stosowany w wielu krajach: prosument w zależności od sytuacji raz bierze energię z sieci, a innym razem przekazuje do niej własną. Co pół roku robi się bilans i ta strona, która wzięła więcej, reguluje rachunek. – Problemem prosumenta jest przechowywanie nadwyżek energii. Akumulatory są drogie, a ich okres życia krótki. Dlatego lepszym magazynem jest sieć, która może odbierać nadwyżki i oddawać je w okresie, gdy są one potrzebne – wyjaśnia prof. Żmijewski. – Nowa ustawa dopuszcza takie rozwiązanie.

Ministerstwo Gospodarki miało inny pomysł. W projekcie ustawy zaproponowało prosumentom gwarancję sprzedaży po cenie stanowiącej 80 proc. hurtowej ceny energii z roku poprzedniego. Wywołało to falę oburzenia środowisk ekologicznych i wytwórców paneli fotowoltaicznych. Sytuacji nie zmieniło podniesienie gwarancji do 100 proc. ceny (dziś jest to 18 gr/kWh).

Wtedy pojawił się konkurencyjny projekt, z którym wystąpił poseł PSL Artur Bramora. Zakładał wprowadzenie taryfy gwarantowanej. Pierwsze instalacje prosumenckie o mocy do 3 kW miałyby uzyskać piętnastoletnią gwarancję sprzedaży swojej energii po 75 gr/kWh, czyli po cenie ok. 15 gr wyższej od tej, którą dziś płaci odbiorca domowy. A rachunek za prąd, jaki płacimy, mniej więcej w połowie dzieli się na cenę energii oraz opłatę za przesył.

Przywilej tak wysokiej ceny dotyczyłby ok. 100 tys. prosumentów, bowiem limitem miało być osiągnięcie łącznej mocy 300 MW przez wszystkie instalacje. Większe domowe elektrownie od 3 do 10 kW miały otrzymać gwarancję ceny 40–70 gr/kWh. Tu limitem miało być osiągnięcie łącznej mocy 500 MW. Czyli w sumie domowa energetyka miała dostarczyć 800 MW. To odpowiednik tradycyjnej elektrowni 120 MW.

Wojna o taryfę gwarantowaną dla prosumentów toczyła się do ostatnich chwil prac nad ustawą o OZE. Poprawka przyjęta przez Sejm została zmieniona w Senacie. Zamiast niej wprowadzono nową cenę zakupu energii: 210 proc. ceny hurtowej. Ostatecznie Sejm jednak przegłosował taryfę gwarantowaną. – To jedyny jasny punkt w ustawie o OZE, którą oceniamy bardzo krytycznie – cieszy się Anna Ogniewska, ekspertka ds. energii odnawialnej Greenpeace Polska. Daje szanse na zakup mikroinstalacji tysiącom rodzin. Dzięki temu powstanie innowacyjny sektor polskiej gospodarki. Jej zdaniem ostrzeżenia formułowane przez państwową energetykę, że wyjątkowo wysokie ceny energii prosumenckiej przełożą się na wysokie rachunki za prąd, są przesadzone.

Ceny bardzo nie wzrosną, ale to nie jest system wspierania prosumentów wytwarzających energię na własne potrzeby, tylko małych producentów, którzy chcą zarabiać na swoich instalacjach – twierdzi prof. Żmijewski. Prosumenci nie będą zainteresowani zużywaniem własnej energii, którą będą mogli sprzedać po 75 gr/kWh, jeśli w tym samym czasie mogą kupić energię z sieci po 60 gr/kWh. Obawy takie są jednak płonne – przy odpowiednim systemie liczników jest to niemożliwe.

Subsydiowanie energetyki obywatelskiej poprzez taryfę oznaczać też będzie konieczność rezygnacji z dofinansowania inwestycyjnego w ramach programu Prosument. Okazję wykorzystają zapewne banki, oferując kredytowanie inwestycji w energetykę obywatelską. Dla nich cena gwarantowana będzie solidnym zabezpieczeniem kredytu. Byle tylko słońce i wiatr nie zawiodły.

***

„Edukatory Ekonomiczne” ukazały się dotychczas w wydaniach POLITYKI: 51/10, 4/11, 9/11, 30/11, 35/11, 39/11, 43/11, 47/11, 51/11, 38/12, 42/12, 46/12, 50/12, 3/13, 7/13, 11/13, 43/13, 47/13, 50/13, 3/14, 8/14, 12/14, 17/14, 48/14, 50/14, 3/15, 7/15

 

Polityka 11.2015 (3000) z dnia 10.03.2015; Edukator ekonomiczny; s. 46
Oryginalny tytuł tekstu: "Obywatelu, więcej energii!"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną