Edukator Ekonomiczny

Trzeci filar ledwo stoi

Jak zachęcić Polaków do zadbania o własne emerytury

Wchodząc w III filar systemu emerytalnego, na dostęp do swoich pieniędzy w zasadzie trzeba czekać do osiągnięcia wieku emerytalnego. Wchodząc w III filar systemu emerytalnego, na dostęp do swoich pieniędzy w zasadzie trzeba czekać do osiągnięcia wieku emerytalnego. Marek Sobczak / Polityka
Ciągle jesteśmy społeczeństwem na dorobku. Kupujemy na kredyt mieszkania, kształcimy dzieci, zbieramy pieniądze na wakacje. O emeryturze mało kto myśli, a tym bardziej dobrowolnie na nią odkłada. Pod tym względem sytuacja nie zmienia się od lat.

Artykuł w wersji audio

Burzliwa dyskusja, jaka przetoczyła się przy okazji przymusowego transferu w 2014 r. ponad 150 mld zł z OFE do ZUS, zwiększyła świadomość Polaków, że przyszłe emerytury wypłacane z dwóch filarów będą sporo niższe niż dzisiaj. Tzw. stopa zastąpienia (stosunek pierwszej emerytury do ostatniej pensji) za 30–40 lat najpewniej spadnie do ok. 30 proc. Ta wiedza nie przełożyła się jednak na faktyczną zmianę postaw i wzrost zainteresowania trzecim, w pełni dobrowolnym, filarem systemu emerytalnego. Dzisiaj z tej możliwości systematycznie korzysta mniej niż 700 tys. osób (w 2014 r. wpłaciły jakiekolwiek pieniądze na swoje indywidualne konta, a ich pracodawcy do Pracowniczych Programów Emerytalnych) z 15,8 mln wnoszących składki do ZUS. To niewiele ponad 4 proc. wszystkich pracujących. Dlaczego akurat w Polsce ludzie nie chcą zatroszczyć się o swoją bardziej dostatnią starość?

Smutny bilans

Częściową odpowiedź można znaleźć w styczniowym sondażu TNS. Aż 95 proc. ankietowanych stwierdza, że nigdy nie oszczędzało indywidualnie na emeryturę. Jako główny powód 53 proc. wskazuje brak pieniędzy na ten cel. Co piąty o tym jeszcze nie myśli. Podobnie liczna grupa uważa, że wystarczą im pieniądze z ZUS i OFE. Ci jednak już za kilkanaście lat mogą srodze się zawieść. Z innych badań wynika, że prócz ograniczonych możliwości finansowych Polakom doskwiera też brak wiedzy na temat skomplikowanego, trzeciofilarowego rynku i hermetyczny język finansistów. W efekcie mają trudności z dokonaniem sensownego wyboru i odkładają decyzje.

Sytuację pogarsza spadek zaufania obywateli do instytucjonalnych, kapitałowych form oszczędzania na emeryturę. Ostry, polityczny i ekonomiczny, spór w sprawie transferu miliardów z OFE do ZUS zrobił swoje. Nie mamy więc, przynajmniej w deklaracjach, pieniędzy na III filar, nie mamy też zaufania do państwa i instytucji finansowych. Wygrywają na tym banki i fundusze inwestycyjne. Jak wynika z danych NBP, w lutym br. na bankowych rachunkach i lokatach Polacy zgromadzili łącznie ponad 560 mld zł. Raczej nie po to, żeby samodzielnie, bez korzystania z wyspecjalizowanych instytucji finansowych, odkładać na emeryturę. Z kolei w ramach III filara Polacy przez kilkanaście lat od wejścia w życie reformy całego systemu zgromadzili raptem 15,5 mld zł, czyli 2,8 proc. swoich łącznych bankowych oszczędności. Taki wynik niepokoi. Czego zabrakło?

Przede wszystkim motywacji i przekonania, że warto to robić. Wchodząc w III filar systemu emerytalnego, na dostęp do swoich pieniędzy w zasadzie trzeba czekać do osiągnięcia wieku emerytalnego. Wcześniejsza rezygnacja z systemowego oszczędzania powoduje w praktyce utratę ulg podatkowych (dzisiaj i tak symbolicznych), a czasem nawet finansową stratę. Młodym, żyjącym często od pierwszego do pierwszego, trudno więc bez dodatkowych zachęt odkładać konsumpcję o dekady. Obecnie w Polsce, m.in. z powodu subiektywnie wolno rosnących zarobków, ciągle wysokiego bezrobocia, a także rosnącego poczucia zagrożenia z powodu konfliktu na Ukrainie, nie ma nastroju do troski o to, co będzie za 30–40 lat. I stąd także bierze się trzeciofilarowy marazm, którego nigdy nie udało się przełamać.

W końcu 2014 r. Polacy mieli 824,5 tys. Indywidualnych Kont Emerytalnych (IKE), 528 tys. Indywidualnych Kont Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE), a w sumie 381 tys. osób uczestniczyło w 1065 Pracowniczych Programach Emerytalnych (PPE), które zasilali pracodawcy. W ubiegłym roku, podobnie jak w poprzednich, przyrosty kont i liczby uczestników były nikłe, a liczba PPE lekko spadła. Gorzej, że tylko 32 proc. kont IKE i 16,4 proc. kont IKZE było naprawdę aktywnych (wpłynęły nowe środki). Jasne jest, że bez przebudowy systemu i nowych podatkowych zachęt sytuacja się nie zmieni.

Pod koniec ubiegłego roku dyskusję w tej sprawie próbował reanimować prezydent Bronisław Komorowski. Powstał raport firmowany przez Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, w którym znalazły się trzywariantowe propozycje systemowych zmian. Od roku w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej trwają prace nad rekonstrukcją III filara. Rezultatów nie widać. Jeśli w projekcie pojawią się większe niż dotąd ulgi podatkowe, to ostatnie słowo i tak będzie miał minister finansów. Nie wiadomo, czy poprze takie rozwiązanie.

Aktywnie czy pasywnie

Ulgi to warunek konieczny, ale nie jedyny. Do skokowego wzrostu zainteresowania w Polsce długoterminowym oszczędzaniem na starość potrzebny jest jeszcze inny – efektywniejszy i tańszy – sposób inwestowania. Mówiąc w największym skrócie, polegałby on na tym, żeby – tworząc programy emerytalne – nie budować indywidualnych, nieustannie zmienianych portfeli akcji czy obligacji, z nadzieją na wypracowanie ponadprzeciętnych zysków (zarządzanie aktywne), tylko zdać się na indeks odzwierciedlający strukturę całego rynku. W polskim przypadku mógłby to być np. WIG czy szeroki indeks obligacji. – W długim okresie, a tylko w takim ma sens oszczędzanie na starość, wyniki pasywnie zarządzanego portfela zawsze będą lepsze niż pozostałych, m.in. dlatego, że poniesione koszty będą niższe – mówi Dobiesław Tymoczko, wicedyrektor Departamentu Stabilności Finansowej NBP. – Amerykańskie fundusze emerytalne już dawno udowodniły, że to działa.

Zwolennikami zarządzania pasywnego byli laureaci Nagrody Nobla z ekonomii: Paul Samuelson, Harry Markowitz i William Sharpe. Ten ostatni w najprostszy sposób wykazał, że w długim okresie nie jest możliwe osiągnięcie wyższej stopy zwrotu, niż oferuje portfel papierów wartościowych zarządzany pasywnie, a więc zmieniany tylko wtedy, gdy zmienia się struktura indeksu na danym rynku. Okazał się na tyle przekonujący, że dzisiaj 80 proc. amerykańskich programów emerytalnych jest zarządzanych pasywnie, a inne postępowanie firm zarządzających tamtejszy nadzór finansowy uznaje za nadmiernie ryzykowne i mało profesjonalne. W Wielkiej Brytanii pasywnie zarządzane programy emerytalne to połowa wszystkich. Są oczywiście w USA programy emerytalne aktywnie zarządzane, ale dzisiaj stanowią mniejszość, bo argumentacja Williama Sharpe’a za często znajdowała potwierdzenie w praktyce, żeby ją można było ignorować.

Strategia pasywna, bliska zasadzie „kup i trzymaj”, prócz wyższych w długim okresie stóp zwrotu, ma jeszcze jedną, istotną zaletę: jej realizacja jest wyjątkowo tania. Jedyne, co trzeba zrobić, to odwzorować wybrany indeks (akcji, obligacji, można też wybrać połączenie obu) w swoim portfelu inwestycyjnym, a potem już tylko pilnować właściwych wag dla poszczególnych papierów wartościowych w portfelu.

Przy wyborze strategii pasywnej nie trzeba zatem zatrudniać dużych zespołów analityków, ustalających rynkowe trendy i nieustannie szukających najlepszych okazji do inwestowania. Taka zabawa słono kosztuje. Jej cena ujawnia się w wysokości tzw. opłaty za zarządzanie, choć nie tylko. Ponoszone każdego roku wysokie koszty uczestnictwa, z jakimi mamy do czynienia przy realizacji strategii aktywnych, znacznie obniżają efektywność inwestowania z punktu widzenia przyszłych emerytów. Najwyższa pora, żeby przystępując do programów emerytalnych, mieli oni przynajmniej klarowny wybór w sprawie sposobu zarządzania. Na polskim rynku na razie tego brakuje.

Potrzebne wsparcie

Trzeciofilarowe pracownicze programy emerytalne oferują i prowadzą w Polsce firmy ubezpieczeniowe, fundusze inwestycyjne i pracownicze towarzystwa emerytalne. Robią to od lat i świetnie na tym zarabiają. O szczegółach ich kuchni finansowej jednak wiadomo niewiele. Autorzy raportu PTE „Dodatkowy system emerytalny w Polsce” z 2014 r. stwierdzają, że „możliwości analizy efektywności inwestycyjnej oraz struktury opłat pobieranych w różnych formach PPE są ograniczone”. Konkrety wpisuje się w umowy zakładowe, ale one nie podlegają raportowaniu do KNF. Traktuje się je jak tajemnicę handlową. Wiadomo jednak, że opłaty są zbliżone do obowiązujących w Polsce stawek rynkowych, od zawsze wyśrubowanych. Wątpliwe więc, czy skórka (długoterminowe przychody z oszczędzania) jest warta swojej wyprawki (koszty prowadzenia PPE), a relacje między nimi, z punktu widzenia oszczędzających, optymalne.

Prof. Andrzej Sławiński (były członek Rady Polityki Pieniężnej) i dr Dobiesław Tymoczko, wykładowcy SGH, od lat przekonują, że instytucje gromadzące oszczędności emerytalne powinny dać wreszcie oszczędzającym szansę empirycznej oceny, czy wyliczenia Williama Sharpe’a także w polskich warunkach znajdą potwierdzenie. Zwolenników, nawet w sferach naukowych, zdobyli niewielu. Co więcej, żadna z instytucji finansowych przyjmujących zlecenia na organizację i zarządzanie pracowniczymi programami emerytalnymi jak do tej pory oficjalnie nie zdecydowała się podjąć rękawicy. Niewykluczone jednak, że po cichu już takie usługi świadczą. Prawdopodobnie wszystko zależy od determinacji i marki pracodawcy, który ma wnosić składki. Jeżeli np. PPE miałby objąć kilka tysięcy ludzi, a roczna składka iść w miliony złotych, to takim klientom po prostu się nie odmawia.

Pozostałym już tak. – Instytucje finansowe – tłumaczy Dobiesław Tymoczko – nie mają żadnego interesu, żeby dobrowolnie rezygnować z wysokich opłat. Zarządzanie programami emerytalnymi, jak długo się da, będą traktować jak każde inne źródło przychodów. Głośno o tym jednak nie mówią.

Wolą przekonywać, że inwestowanie pasywne wywarłoby negatywny wpływ na rozwój polskiego rynku kapitałowego (spadnie liczba zawieranych transakcji, a analitycy „wyłączą myślenie”), pogorszyłoby jakość fundamentalnych analiz rynkowych i spowodowało brak konkurencji między organizatorami, bo wszyscy inwestowaliby przecież tak samo. W tym ostatnim przypadku sceptycy pomijają jednak najważniejszą, z punktu widzenia przyszłych emerytów, zaletę inwestowania pasywnego: konkurować można przede wszystkim niskimi kosztami, dzięki czemu stopy zwrotu dla oszczędzających będą rosnąć.

Nadzieje, że ktoś w środowisku finansowym się przełamie i oficjalnie zaproponuje, choćby na próbę, poprowadzenie programu emerytalnego z pasywnym zarządzaniem, wydają się jednak płonne. Nikt nie będzie chciał dobrowolnie pozbawić się dużej części opłaty za zarządzanie (w krajach anglosaskich spadała nawet dziesięciokrotnie) i wystąpić w charakterze branżowej czarnej owcy. Potrzebne byłoby więc wsparcie państwa, choćby w postaci kolejnej rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego z zaleceniem stworzenia przez branżę finansową przyszłym emerytom możliwości realnego wyboru w sprawie sposobu zarządzania ich pieniędzmi.

Na razie III filar ledwo stoi i przy obecnej, niepotrzebnie skomplikowanej konstrukcji, ma marginalne znaczenie dla finansowej kondycji przyszłych emerytów. Do jego istotnego wzmocnienia potrzeba systemowych zmian (na pewno większych ulg podatkowych i wspierania pasywnego zarządzania). Bez tego rodzaju pomocy ze strony państwa większość Polaków nadal będzie utrzymywać, że nie stać ich na oszczędzanie na starość. Czy ktoś wreszcie spróbuje zweryfikować tę tezę?

Polityka 20.2015 (3009) z dnia 12.05.2015; Edukator ekonomiczny; s. 48
Oryginalny tytuł tekstu: "Trzeci filar ledwo stoi"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Suszarki do rąk są za głośne dla dzieci – alarmuje 13-letnia badaczka

Dzieci to doskonali obserwatorzy, dostrzegający często to, co umyka dorosłym. 13-letnia Nora Louise Keegan zrobiła to niedawno na łamach międzynarodowego czasopisma naukowego, pisząc o hałasie z elektrycznych suszarek do rąk.

Piotr Rzymski
12.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną