Edukator Ekonomiczny

Pod szklanym sufitem

W pułapce średniego rozwoju

Polskie państwo musi być zdolne do formułowania strategii rozwojowej, wygospodarowania środków na jej realizację, skutecznego wdrożenia proponowanych rozwiązań w ścisłym dialogu i współpracy z biznesem. Polskie państwo musi być zdolne do formułowania strategii rozwojowej, wygospodarowania środków na jej realizację, skutecznego wdrożenia proponowanych rozwiązań w ścisłym dialogu i współpracy z biznesem. Marek Sobczak / Polityka
Czym jest pułapka średniego rozwoju i czy Polska musi w niej utknąć?

Artykuł w wersji audio

Podobno każdy Polak zna się na medycynie. Także na polityce się zna, na sporcie i na kuchni. A na ekonomii? Nie zna się? To niedobrze, bo powinien. Bez tej wiedzy trudno się obyć we współczesnym świecie. Jest konieczna, by zrozumieć, co dzieje się w gospodarce i jak to odbija się na naszych domowych budżetach. Oszczędzać czy wydawać? Pożyczać czy inwestować? Złoty czy euro? Dla wszystkich, którzy czują niedosyt wiedzy, we współpracy z NBP przygotowaliśmy kolejną edycję „Edukatora Ekonomicznego” POLITYKI. Wyjaśniamy zawiłości zjawisk gospodarczych, pomagamy w rozwiązywaniu codziennych ekonomicznych problemów.

***

W połowie ubiegłego wieku PKB na głowę mieszkańca Brazylii stanowił 17 proc. poziomu USA. Później nastąpiły w tym kraju trzy dekady szybkiego wzrostu. W efekcie w 1980 r. PKB na głowę osiągnął już niemal 40 proc. amerykańskiego poziomu. I nagle stało się coś dziwnego: Brazylia wytraciła gospodarczy impet. Złudzenia, że to tylko krótkotrwała recesja, po której wróci wzrost, szybko prysły. Dystans między krajami zwiększał się coraz bardziej – po kolejnych trzech dekadach PKB na głowę Brazylijczyka spadł do 28 proc. poziomu USA. Co się stało? Kraj, jak to lubią określać ekonomiści, wpadł w pułapkę średniego rozwoju (zwaną też pułapką średniego dochodu).

Pojęcie to zostało wprowadzone w roku 2006 przez dwóch ekonomistów Banku Światowego, Indermita Gilla i Homiego Kharasa. Analizując wzrost gospodarczy w krajach Azji Południowo-Wschodniej, doszli do zaskakującego wniosku: trudno stosować stale te same, proste zasady dotyczące polityki gospodarczej w krajach na średnim poziomie rozwoju, takich jak Filipiny czy Tajlandia. Na przykład Bank Światowy, opierając się na doświadczeniach z minionych dekad, sugerował, żeby w tych krajach walczyć o kontynuację wzrostu bazującego na eksporcie i stosunkowo taniej pracy, której jakość należało poprawiać poprzez inwestycje w edukację i ochronę zdrowia. Ale choć ten model znakomicie działał w przeszłości, przestał być skuteczny na początku XXI w., gdy koszt pracy wzrósł, zwłaszcza w porównaniu z bardzo tanią pracą w sąsiednich Chinach. Sytuację, w której powtarzane od lat recepty przestają działać, ochrzczono nazwą pułapka średniego rozwoju.

Mechanizm pułapki

Bank Światowy dzieli gospodarki świata na grupy, w zależności od osiągniętego poziomu PKB na głowę mieszkańca. Mamy więc kraje o niskim, średnim i wysokim dochodzie. Podział jest oczywiście umowny, co roku kilka krajów przesuwa się z jednej grupy do innej. Przez dekady uważano, że mamy do czynienia z procesem ciągłym: dobrze zarządzany kraj powinien systematycznie awansować. Tak jak Korea Południowa, która rozpoczynała w latach 50. swój marsz w górę, będąc w grupie krajów najuboższych, po to, by przejść przez wszystkie poziomy i dołączyć do krajów o dochodach najwyższych. Nie jest to jednak takie proste. Wiadomo mniej więcej, co powinny robić kraje ubogie, by awansować do grupy o średnim dochodzie. W dalszej wspinaczce napotykają jednak rodzaj szklanego sufitu, który niezwykle trudno przebić. Spośród 101 krajów o dochodzie średnim w roku 1960 zaledwie trzynastu – w tym tylko dwóm gospodarkom dużym, czyli Korei i Hiszpanii – udało się w ciągu kolejnego półwiecza dostać do grupy o dochodzie wysokim. Dlaczego?

Najczęstszą gospodarczą receptą, którą próbowano przepisywać krajom na dorobku, miało być skuteczne wykorzystanie trendów globalizacyjnych. Z jednej strony cierpią one z powodu relatywnie niskiego poziomu życia swoich obywateli. Z drugiej jednak strony ten sam niski dochód oznacza, że praca jest niedroga, a więc kraj może osiągnąć wysoką konkurencyjność na globalnym rynku. Jeśli tylko jakość pracowników jest zadowalająca, a warunki prawne i ekonomiczne do prowadzenia działalności znośne, atrakcyjność inwestycyjna kraju może się gwałtownie zwiększyć. Możliwe są wtedy szybki wzrost ciągnięty w znacznej mierze przez eksport, a także polepszenie wydajności i modernizacja gospodarki dzięki importowanej z zagranicy technologii. Inwestycje i zwiększenie się produkcji wywołują z czasem również rozwój krajowego rynku, co stanowi dalszą zachętę do rozwoju.

Kraje, które szły tą drogą, rzeczywiście często skutecznie goniły zamożniejszych. Jednak po osiągnięciu pewnego poziomu rozwoju stopniowo traciły swoją dynamikę i nie były w stanie przebić się do grupy krajów o dochodzie wysokim. Kiedy płace wzrastały do „średniego poziomu”, dotychczasowe modele rozwojowe, polegające głównie na intensywnym wykorzystaniu przewagi konkurencyjnej tworzonej przez niskie koszty pracy, przy jednoczesnym imporcie technologii (innowacyjności naśladowczej), nie zapewniały dalszego szybkiego wzrostu. Po pierwsze, pojawiali się nowi konkurenci gotowi produkować za jeszcze niższe płace. Po drugie, nastawiony na eksport stosunkowo prostych wyrobów przemysł nie był w stanie nawiązać konkurencyjnej walki z gospodarkami krajów wysoko rozwiniętych, wytwarzających towary i usługi o cenionych markach, innowacyjnych i nasyconych najnowszymi technologiami. Tak właśnie pułapka się zamykała.

Łańcuch wartości

Na problem warto też spojrzeć z punktu widzenia firm. O ich dochodowości decydują maszyny, kwalifikacje pracowników, organizacja pracy, talenty przedsiębiorców i otoczenie, w którym funkcjonują. Ale również typowe miejsce przedsiębiorstw z danego kraju w globalnym łańcuchu wartości. On definiowany jest jako sekwencja działań, których efektem jest dostarczenie wartości dla ostatecznego odbiorcy. Przy produkcie, który dociera na półki sklepów, w grę wchodzi wiele działań: trzeba go wymyślić, zlecić jego opracowanie laboratoriom badawczym, zorganizować finansowanie, wyprodukować niezbędne komponenty i sam produkt, ulokować go na rynku, dotrzeć z informacją o nim do klienta, zapewnić obsługę posprzedażową. We współczesnym świecie łańcuch wartości ma często charakter globalny.

Istotą problemu jest to, że różne miejsca w globalnym łańcuchu wartości wiążą się z różną wartością dodaną wytwarzaną na jednostkę pracy. Zazwyczaj najmniejszą wartość przynosi wytworzenie generycznych surowców i półproduktów, najwyższą zorganizowanie całego łańcucha dostarczania wartości: stworzenie i skomercjalizowanie produktu, doprowadzenie do rozpoznawalności marki, organizacja finansowania. Jeśli firmy z danego kraju w większości zajmują się aktywnościami o charakterze generycznym, stosunkowo łatwymi do zastąpienia przez konkurentów, nie ma szans uzyskania naprawdę wysokiej wartości dodanej na jednostkę pracy. Przesunięcie się na koniec krzywej charakteryzujące się wysoką wartością dodaną, a więc w stronę aktywności umożliwiających zachowanie konkurencyjności w warunkach wysokich płac, wymaga posiadania wiedzy i umiejętności trudnych do skopiowania. Takich, jakie uzyskuje się tylko dzięki wysokiej aktywności firm w dziedzinie innowacji, transgranicznej ekspansji, docierania do konsumentów na globalnym rynku z własną marką. Jeśli natomiast firmy z danego kraju w większości nie chcą podejmować takiego ryzyka i zadowalają się rolą poddostawców, niebezpieczeństwo ich utknięcia w pułapce średniego rozwoju wzrasta.

Jak się z tego wydostać

Sukces gospodarczy odniesiony przez Polskę w minionym ćwierćwieczu niestety wpisuje się w schemat opisany modelem pułapki średniego rozwoju. Gospodarka w znacznym stopniu wykorzystała atut, którym dysponowała: zasoby nieźle wykształconych pracowników, wielokrotnie tańszych niż na zachodzie Europy. Przyciągało to oczywiście inwestycje – tym silniej, im bardziej Polska integrowała się gospodarczo i politycznie z Unią Europejską.

Korzystne sprzężenie: niski koszt pracy–inwestycje–wzrost wydajności–wzrost produkcji i eksportu, było możliwe dzięki dwóm zjawiskom: naprawdę niskim kosztom pracy na początku procesu transformacji oraz rezerwom wzrostu jej wydajności, które można było stosunkowo łatwo uruchomić dzięki prywatyzacji, unowocześnieniu technologii, poprawie organizacji i marketingu, włączeniu polskich fabryk do światowych sieci dystrybucji. Innymi słowy, głównym mechanizmem szybkiego rozwoju polskiej gospodarki w ciągu minionych 25 lat było coraz lepsze wykorzystanie dostępnych w Polsce zasobów pracy, zwłaszcza wykwalifikowanej, przy jednoczesnym przesuwaniu się polskich firm w stronę środka łańcucha wartości.

Wzrost wydajności i sukces gospodarczy prowadził jednak oczywiście do wzrostu płac. W 1990 r. godzina pracy polskiego robotnika przemysłowego kosztowała mniej niż 1 euro, obecnie płaci się mu 8–9 euro. Nawet jeśli to nadal wygląda skromnie wobec 40 euro w Niemczech, nietrudno znaleźć kraje o pracy znacznie tańszej, nawet w Europie. I właśnie przez to, zgodnie z modelem pułapki średniego rozwoju, zaczęło pojawiać się ryzyko, że Polska gospodarka może stopniowo zbliżać się do wyczerpania się sposobu rozwoju, który przynosił tak dobre wyniki w przeszłości.

Czy możemy z tej pułapki uciec? Teoretycznie to proste: firmy muszą po prostu nauczyć się konkurować nie kosztem pracy, ale niepowtarzalnymi kompetencjami, np. zdolnością do tworzenia innowacji. Ale rola niedrogich poddostawców jest dość komfortowa, a ścieżka rozwoju opartego na innowacjach trudna i ryzykowna. Co więc musi się w Polsce zmienić?

Wiele rzeczy. Modyfikacje mechanizmu rozwojowego gospodarki wymagają głębokich zmian instytucjonalnych, a zwłaszcza radykalnej poprawy sprawności funkcjonowania instytucji publicznych. Polskie państwo musi być zdolne do formułowania strategii rozwojowej, wygospodarowania środków na jej realizację, skutecznego wdrożenia proponowanych rozwiązań w ścisłym dialogu i współpracy z biznesem. Polska edukacja i nauka muszą dostarczać odpowiedniego ładunku wiedzy: lepszych kwalifikacji pracowników i bardziej aktywnie współpracujących z gospodarką badaczy. Pomocą w tych wszystkich zmianach na pewno mogą być dobrze użyte unijne fundusze. Chyba że zostaną przeznaczone na wydatki łatwe i przyjemne, ale nie przynoszące długookresowych zmian.

Jeśli jednak w Polsce mają powstawać centra badawczo-rozwojowe, finansowo-zarządcze czy zaawansowane technologicznie ośrodki produkcyjne, decyzje o ich tworzeniu muszą podejmować same firmy. Polska potrzebuje już nie tylko inwestorów zagranicznych, lecz także ekspansywnych polskich przedsiębiorstw, z centrami decyzyjnymi ulokowanymi w kraju, rosnących do skali, która pozwalałaby im na skuteczną konkurencję z zagranicznymi gigantami. A to wielkie wyzwanie zarówno dla polskich przedsiębiorców, jak dla administracji, która musi nauczyć się współpracować z sektorem prywatnym na rzecz jego rozwoju, zachęcać go do innowacyjności. No i wreszcie, nowe firmy nie powstaną bez pieniędzy. Warunkiem rozwoju jest więc zwiększenie skali kapitału dostępnego w kraju, czyli wzrost oszczędności.

Polska nie musi utkwić w pułapce średniego rozwoju. Z pewnością wyhamowanie wzrostu nie zagraża jej w perspektywie najbliższych lat. Ale takie ryzyko na dłuższą metę jest prawdopodobne, jeśli nie zostaną wprowadzone głębokie reformy, ułatwiające stopniową zmianę modelu rozwojowego kraju.

Polityka 8.2016 (3047) z dnia 16.02.2016; Edukator ekonomiczny; s. 50
Oryginalny tytuł tekstu: "Pod szklanym sufitem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną