Co mówi o Polakach ich znajomość języków

Język obcy po polsku
Znajomość języków obcych to soczewka, przez którą ostro widać polskie społeczno-ekonomiczne podziały.
Językowa średnia krajowa może nawet nie jest zła, ale ma charakter czysto teoretyczny.
Mirosław Gryń/Polityka

Językowa średnia krajowa może nawet nie jest zła, ale ma charakter czysto teoretyczny.

W tegorocznych badaniach TNS Polska co trzeci pytany ocenił, że zna jeden język obcy, 15 proc., że dwa, a trzech na stu – trzy. 44 proc. nie posługuje się żadnym językiem poza ojczystym.
Mirosław Gryń/Polityka

W tegorocznych badaniach TNS Polska co trzeci pytany ocenił, że zna jeden język obcy, 15 proc., że dwa, a trzech na stu – trzy. 44 proc. nie posługuje się żadnym językiem poza ojczystym.

Dobrze, że dzieci w szkołach uczą się języków obcych, ale przy obecnych rozwiązaniach traktują je jak pozostałe przedmioty – czekają, aż lekcja się skończy, robią tyle, ile muszą.
Mirosław Gryń/Polityka

Dobrze, że dzieci w szkołach uczą się języków obcych, ale przy obecnych rozwiązaniach traktują je jak pozostałe przedmioty – czekają, aż lekcja się skończy, robią tyle, ile muszą.

Gdyby zsumować wysiłek, czas, pieniądze – publiczne i prywatne – włożone w naukę języków obcych przez ostatnie 25 lat, pewnie wystarczyłoby na budowę bezpośredniego połączenia lądowego z Wyspami Brytyjskimi, mostem nad Bałtykiem i Morzem Północnym. Efekty? Są. Spływają na przykład takie dane: „Polacy w pierwszej dziesiątce w rankingu znajomości angielskiego światowej Agencji Education First”. Prestiżowe egzaminy Cambridge English, w tym najbardziej znany First Certificate in English (niedawno przechrzczony na Cambridge English: First), zdało 800 tys. Polaków. Przez 10 lat o 100 proc. przybyło tych z maksymalnymi wynikami na teście dla zaawansowanych Cambridge English: Advanced.

Ten narodowy sukces to tylko część prawdy. Inna – to na przykład Nieborów, miejscowość ledwie kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy, z XVIII-wiecznym pałacem Radziwiłłów położonym w przepięknym ogrodzie, wymarzony cel wycieczki dla zagranicznego gościa. Zagraniczny gość jak za dawnych czasów bilet w kasie musi kupować na migi, a pytając o cokolwiek na terenie obiektu pałacowego, zetknie się z przepraszającym kręceniem głową. A gdy zajrzy do położonego nieopodal, odmalowanego na pastelowo, budynku Poczty Polskiej w poszukiwaniu cash machine, usłyszy: – Bankuomat? (z rosyjskim akcentem). I dalej: – Za nami, za rogiem – powoli i wyraźnie, techniką sprawdzoną w PRL, choć kierująca jest raczej z pokolenia posttransformacyjnego, 30 plus. Druga strona tematu to także gros Polaków, którzy jadą na zarobek na Wyspy lub do Holandii i wciąż lądują na zmywaku wyłącznie z braku języka.

Językowa średnia krajowa może nawet nie jest zła, ale ma charakter czysto teoretyczny. Bo w rzeczywistości Polacy mówią po angielsku albo bardzo dobrze, albo wcale. Świetnie oddają to wykresy wyników egzaminów gimnazjalnych. Rezultaty polskich uczniów nie układają się jak podobne dane w rozkład normalny – równiutką górkę, gdzie mało jest wyników bardzo złych, najwięcej średnich, i znów mało bardzo dobrych. Jest odwrotnie – najwięcej jest wyników słabych, najmniej średnich i trochę więcej świetnych.

O rozwój tych bardzo dobrych najpierw dbają rodzice, a potem, z rozpędu, oni sami – inwestując w naukę, szukając do niej okazji. I sprawdzając się w międzynarodowych testach. A reszta siedzi cicho i nie psuje narodowego piaru. Ćwierćwiecze językowego wzmożenia w ogólnym rozrachunku cieszy, ale trudno uciec od oceny, że efekt przyniosło mniejszy od oczekiwań. Zwłaszcza jeśli porównać się z Europą, gdzie osoba uchodząca za wykształconą w standardzie wyposażona jest już w znajomość dwóch języków – jednego płynnie, drugiego – na tyle, żeby się dogadać.

Godzina, dwie na (fal)start

Najważniejszym warunkiem, od którego zależy, czy ktoś się nauczy języka, jest chęć – mówiąc językiem dydaktyki: motywacja. W pierwszych latach nauki chodzi o to, by właśnie tę motywację w dziecku obudzić i rozdmuchać. Zachęcić, zaprzyjaźnić, przekonać, że uczyć się jest fajnie.

Z Michałem prawie się udało. Jest z dużego miasta, potomek klasy średniej aspirującej, edukowany przy szczodrym nakładzie rodzicielskich sił i środków. W cudem załatwionym przedszkolu państwowym miał zajęcia z panią anglistką, wówczas ekstrapłatne 50 zł na miesiąc (gdyby chodził do przedszkola dziś, rodzice mieliby lepiej, bo w starszakach zajęcia językowe są za darmo). Uczyli się, że czerwony to red, a czarny black, śpiewali Twinkle, twinkle little star i tańczyli do Hello snowman.

W podstawówce najpierw dwie, a potem trzy godziny w tygodniu Michał siedział i głównie słuchał – albo tego, co mówiła pani, albo nagrań na płycie dołączonej do podręcznika. Potem rozwiązywali ćwiczenia, robili coś z gramatyki, czasem pani pytała na wyrywki z czasowników nieregularnych. W piątej i szóstej klasie robiła jakieś dyskusje, ale przy 25 osobach w klasie speakała zwykle piątka tych samych (IBE, 2015: Uczniowie szkół podstawowych proszeni o powtórzenie 40 zdań są w stanie powtórzyć średnio sześć; tylko w jednej czwartej szkół zanotowano spontaniczne wypowiedzi uczniów po angielsku). Michał się nie wyrywał, choć już od pierwszej klasy mama i tata posłali go do prywatnej szkoły językowej – koszt najpierw 600, potem 700 zł za semestr (CBOS, 2014: 35 proc. rodziców opłaca dodatkowe zajęcia z języków obcych dla swoich dzieci, ten odsetek rośnie). Może zresztą dlatego się nie wyrywał, że się w szkole nudził – na kursie się naspeakał, były ćwiczenia w parach, dyskusje w pięć–sześć osób. Egzamin szóstoklasisty poszedł mu super, na 90 proc. Był łatwy, trzy pytania do wyboru, przy pytaniach rysunki – podpowiedzi. Michał ocenia skromnie, że małpa by sobie poradziła.

W gimnazjum Michał wziął jako początkujący niemiecki, najpierw dwie godziny tygodniowo, w trzeciej klasie – jedna. Od pierwszej lekcji były śmiechy, bo jak jedną dziewczynę pani o coś zapytała, to powiedziała, że jest Polką i po niemiecku nie będzie mówić. Potem, czego się Michał przez te dwie godziny nauczył, to w ciągu tygodnia zapomniał. Niedawno dyrektor zaprosił do nich – już niby wyszkolonych, w drugiej klasie – na gościnny występ pana Niemca. Pan Niemiec chciał opowiedzieć o swoim mieście, ale jedyne, co Michał rozumiał, to Heidelberg, jego nazwa. Z chłopakami liczyli, ile razy pan Niemiec ją powie, znów były śmiechy. Ale na poważnie, to Michał dzięki gimnazjum niemieckiego ma serdecznie dość i pragnie zapomnieć. W liceum zamierza zacząć od nowa – hiszpański. Na angielski dalej chodzi do szkoły językowej, więc zapewne egzamin gimnazjalny znowu zda super. Wcześniej pojedzie na wakacje na obóz językowy na Malcie.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną