Próba opisu inteligenta z PRL

Co się stało z tamtą klasą?
Na pogrzebie Henryka Tomaszewskiego – okoliczność ta i miejsce nie są tu bez znaczenia – znajomy wyrecytował, ni to ironicznie, ni to melancholijnie, prosty dwuwiersz: „A więc zostało nas niewielu/Inteligentów z Peerelu”. Dwuwiersz ten nie znajdzie się zapewne w antologiach poezji polskiej, skłania jednak do zastanowienia. Czy istnieje bowiem coś takiego jak inteligent z PRL?
Antoni Słonimski, zdjęcie pochodzi z książki 'Antoni Słonimski: Alfabet wspomnień', PIW, Warszawa, 1975
Wikipedia

Antoni Słonimski, zdjęcie pochodzi z książki "Antoni Słonimski: Alfabet wspomnień", PIW, Warszawa, 1975

Po wojnie funkcjonowało pojęcie przedwojennego inteligenta. Przedwojenny inteligent, których wielu jeszcze można było wówczas oglądać dookoła, był bez wątpienia postacią realną, a także w powszechnym odczuciu oznaczał on kategorię pozytywną. Był człowiekiem o przyzwoitym przygotowaniu umysłowym, zwłaszcza humanistycznym – w przedwojennym gimnazjum uczono łaciny, niekiedy nawet greki – władającym językami, łączącym te walory umysłowe z odpowiednią postawą obyczajową, dobrym wychowaniem, rzetelnością, uczciwością i poczuciem przynależności do elity społecznej.

Przedwojenny inteligent był także w czasach powojennych antytezą inteligenta z awansu, często zbyt pospiesznie produkowanego przez rozbudowany i powszechnie dostępny w czasach Polski Ludowej system edukacyjny. Inteligent z awansu okazywał się nierzadko znakomitym specjalistą, rzetelnym naukowcem, dociekliwym badaczem, tym jednak, co zazwyczaj odróżniało go od przedwojennego inteligenta, były niedostatki w warstwie obyczajowej, często dotyczącej także gustu estetycznego i tak zwanego obycia. Sporo inteligentów z awansu potrafiło niezwykle szybko uzupełniać te braki, u niektórych przemieniało się to nawet w szczególnego rodzaju snobizm, wzorowany właśnie na modelu przedwojennego inteligenta, niektórzy jednak z pozycji inteligenta z awansu starali się także, jakby na przekór, wykrzesać pewien rodzaj obyczajowej prowokacji, podkreślając swoją robociarskość albo chłopskość jako atrybut krzepy i przeciwieństwo „zgniłych” postaw inteligenta przedwojennego.
 
Slogan bowiem o „zgniłych” postawach inteligenckich sprzed wojny na tle dokonujących się dookoła rewolucyjnych przemian był, zwłaszcza w pierwszych latach PRL, dość częstym motywem oficjalnej propagandy. Podejmowała go zresztą również, na pół ironicznie, a na pół nostalgicznie, także twórczość artystyczna. Gałczyński na przykład pisał o inteligentach jako o „wciąż uciekającej, tęskniącej nacji”, miotanej bezwolnie przez wichry historii, widząc w tym zarówno bezsiłę tej formacji, jak i gorycz jej życiorysów.

Tak czy inaczej jednak w opinii samych środowisk inteligenckich działających po wojnie postać przedwojennego inteligenta była, zwłaszcza dla młodszych pokoleń, przedmiotem ciekawości. Był on interesujący nie tylko jako typ obyczajowy, ale także jako zespół doświadczeń ukształtowanych przez inne społeczeństwo niż to, które uformowało się po wojnie, a więc przez społeczeństwo kapitalistyczne, pluralistyczne, o wielu różnych i wypowiadanych na głos postawach światopoglądowych i politycznych. Przedwojenny inteligent uwikłany w przedwojenną rzeczywistość imponował uczestnictwem w różnobarwnym życiu umysłowym, szerokością porównań, także pewnym – niepojętym, a także niemożliwym w warunkach monopartyjnego państwa jednej ideologii – zuchwalstwem i swobodą swoich dawniejszych poczynań. Ilustracją tego mogli być Słonimski, Wańkowicz, Broniewski, Cat-Mackiewicz.


Rozdwojony obraz rzeczywistości

Otóż dwuwiersz o inteligentach z Peerelu prowokuje pytanie, czy rzeczywiście można obecnie, w kilkanaście lat po upadku PRL, wyróżnić inteligenta z PRL – jako oddzielną kategorię historyczną i obyczajową? Czy naprawdę niesie on ze sobą cechy odrębne od formujących się czy też uformowanych obecnie, w dodatku zaś niknące już w naszej współczesności? Czy wreszcie osoba inteligenta z PRL stała się lub też stać się może przedmiotem podobnej ciekawości, jaką w czasach PRL budziła, zwłaszcza wśród młodszego pokolenia, osoba przedwojennego inteligenta?

Myślę, że stosunkowo najłatwiej jest odpowiedzieć na ostatnie z tych pytań. Odpowiedź tę przynoszą bowiem po prostu codziennie gazety i pisma ilustrowane, programy telewizyjne i radiowe, wystawy i czasopisma poświęcone sztuce i kulturze, wreszcie wydawnictwa książkowe o charakterze pamiętnikarskim lub biograficznym. Większość z nich odnosi się mniej lub bardziej bezpośrednio do inteligentów z PRL, ich twórczości, postaw, przygód życiowych.

Mamy tu przy tym do czynienia z dziwnym – ale i znajomym właśnie z czasów PRL – rozdwojeniem obrazu rzeczywistości. Podobnie więc jak postać przedwojennego inteligenta pogrążona była, jak mówił o tym ironicznie Antoni Słonimski, w „koszmarnych czasach sanacji”, co powtarzała uporczywie oficjalna propaganda, tak samo postać inteligenta z PRL pogrążona jest swoją najistotniejszą częścią w „koszmarnych czasach PRL”, a więc czasach przedstawianych przez współczesną poprawność polityczną jako okres upadku i ucisku, nędzy materialnej i umysłowej, czarna dziura na tle egzystencji narodu.

Jednak, w paradoksalny sposób, z owej przygnębiającej nicości wyłaniają się oto postacie fascynujące i godne uwagi dla współczesnego odbiorcy, w dodatku zamieszane w zdarzenia barwne i znaczące. A to więc w festiwal jazzowy 1956 r., narodzony z okresu „jazzowych katakumb”, a to w wystawę w Arsenale w roku 1955, a to w spór o odbudowę Warszawy i kształt odradzającego się miasta, a to w liczne polemiki wokół czasopism literackich i kulturalnych. To samo pokazują życiorysy twórców takich jak Wajda, Lutosławski, Brandysowie, Dygat, Kisielewski, a także Dejmek lub Axer, uczonych jak Groszkowski, Infeld, Lorenz, Gieysztor – wymieniam tu na chybił trafił tylko tych, którzy w niewątpliwy sposób nie tylko żyli, ale także w pierwszoplanowy sposób funkcjonowali społecznie w ówczesnym, to znaczy peerelowskim, kontekście historycznym.

Także kultura popularna czy moda przywołuje beztrosko szalone lata sześćdziesiąte czy równie podobno szalone lata siedemdziesiąte, radio powtarza repertuar Czerwonych Gitar i Skaldów, reklama nawiązuje do polskiej szkoły plakatu, kabaret współczesny przyrównujemy do STS lub Bim-Bomu, film do polskiej szkoły filmowej.

Mamy tu więc do czynienia z dwoma obrazami minionej rzeczywistości: polityczno-ustrojowym, obejmującym chociażby we wspomnianych latach sześćdziesiątych ponury epizod 1968 r., a w siedemdziesiątych krwawe wydarzenia na Wybrzeżu, oraz z intelektualno-towarzyskim czy kulturalnym, otaczanym ciekawością i uznaniem, a nawet uważanym za szczęśliwy czy wręcz „szalony”. Oba te obrazy, chociaż zasadniczo sprzeczne, funkcjonują we współczesnej świadomości obok siebie, wygląda też na to, że nikomu nie zależy na tym, aby je synchronizować. A więc, innymi słowy, aby odpowiedzieć sobie na pytanie, jak to było możliwe, że działalność i życie tylu twórczych i nietuzinkowych ludzi i zespołów ludzkich dała się pogodzić z niewątpliwie autorytarnym, dyktowanym przez system monopartyjny, a także mniej lub bardziej opresyjnym systemem rządów? Jak płynęły obok siebie te dwa nurty? Kim wreszcie byli ludzie, którzy poruszali się równocześnie w obu tych rzeczywistościach?

Odpowiedź, że życie kulturalne i intelektualno-towarzyskie, a więc życie inteligenta z PRL, było nieustannym aktem oporu i kontestacji czy też wręcz konspiracji wobec warunków polityczno-ustrojowych, wydaje się niepełna, a nawet, szczerze mówiąc, bałamutna. Wskazuje na to mnóstwo faktów, jak ten na przykład, że większość ludzi, których wspomina się obecnie jako jasne i ciekawe postacie minionych czasów, było równocześnie uczestnikami oficjalnego życia publicznego, dyrektorowali oni teatrom i muzeom, kierowali zespołami filmowymi, zasiadali w niezliczonej liczbie rad i zespołów o mocy decyzyjnej, a przynajmniej doradczej wobec władzy, tworzyli w ściśle kontrolowanej telewizji i radiu, redagowali czasopisma, wykładali i kierowali instytucjami naukowymi, zbierali także oficjalne splendory. Nie mówiąc już o tym, że pewna ich liczba dłużej lub krócej należała do partii.


Dwa pokolenia, trzy filary

I w tym miejscu, jak sądzę, zbliżamy się nieco do osobliwej sylwetki inteligenta z PRL. Zbliżymy się zaś do niej jeszcze bardziej, gdy uświadomimy sobie, że wbrew częstej dziś tendencji do traktowania czasów PRL en bloc jako jednego jednorodnego okresu, okres Polski Ludowej trwał aż 45 lat, a więc dwukrotnie dłużej niż historia Polski międzywojennej. W tym czasie zaś nie tylko zmieniały się nastawienia i klimaty polityczne, o czym mówić powinni historycy, ale też żyły i działały co najmniej dwa pokolenia inteligentów, nieco różne od siebie, lecz oba związane ze sobą przez fakt, że ich najwyższa aktywność życiowa i twórcza przypadała na okres Polski Ludowej.

Pierwszym z nich było pokolenie ludzi nieco starszych, których okres PRL zastał już jako ludzi dojrzałych umysłowo i życiowo, drugim pokolenie ludzi młodszych, urodzonych przeważnie w czasie wojny lub nieco przed wojną, którzy dopiero w PRL osiągnęli pełną dojrzałość umysłową i twórczą. Jako przykład tych pierwszych wymienić można Andrzejewskiego, Kotta, Brandysów, Dygata, Żółkiewskiego, a także choćby wspomnianego Henryka Tomaszewskiego, drugimi zaś będą Różewicz, Wajda, Kołakowski, Bratny, Konwicki, a także młodsi od nich, aż po Mrożka, Drawicza, Osiecką i całe grono osób dzisiaj w okolicach sześćdziesiątki i więcej.

Patrząc na to zestawienie dojść można do wniosku, że nie ma właściwie pełnego, kompletnego inteligenta z PRL, ponieważ wszyscy, którzy mogą być objęci tą nazwą, wyrastają w istocie poza okres lat 1944–1989 bądź to wyprzedzając go, bądź też wykraczając swoimi życiorysami poza ten czas. Mimo to jednak istnieje z pewnością grupa ludzi, dla których ten okres historii jest przeżyciem ważnym lub wręcz najważniejszym, stanowiąc bądź to apogeum ich osobistego i twórczego spełnienia, bądź też będąc czasem kształtującym postawy i charaktery i decydującym o najważniejszych życiowych wyborach. Ludzi tych łączył też wspólny etos, na tyle oczywiście, na ile jakiekolwiek zbiorowe ego łączyć może wybujałe i oryginalne osobowości ludzkie.

Wydaje się, że etos inteligenta z PRL ukształtowało w decydującym stopniu pokolenie starsze, o korzeniach przedwojennych jeszcze. Doświadczenie tej grupy stało się wyznacznikiem norm postępowania dla ludzi młodszych, często wyostrzających określone wnioski lub postawy (tak na przykład widzieć można konflikt starych i pryszczatych w literaturze powojennej albo konflikt kapistów i awangardy, także rzekomej awangardy socrealistycznej, w malarstwie), ale przyjmujących także życiowe i historyczne doświadczenie swoich starszych kolegów za wartościowe i pouczające.

Można by wyróżnić trzy najważniejsze filary tego doświadczenia.

Pierwszym z nich jest przeniesione w czasy PRL doświadczenie przedwojennej polskiej inteligencji lewicowej i racjonalistycznej, skrótowo mówiąc – ze szkoły Boya-Żeleńskiego. Otóż nie da się zaprzeczyć, że stałym, dokumentowanym także przez niezliczoną liczbę świadectw artystycznych, uczuciem większej części tej grupy było poczucie zobowiązania wobec tak zwanego prostego człowieka, chłopa, rzemieślnika, robotnika fabrycznego, znajdującego się zawsze w gorszym niż inteligent położeniu materialnym i moralnym. Zabarwione było ono także niejasnym poczuciem winy, ponieważ inteligencja polska czuła się w znacznej mierze spadkobierczynią demokratycznej tradycji szlacheckiej.

Drugim czynnikiem jest doświadczenie wojenne, traktowane zarówno jako dramat narodowy czy też szerzej – jako kryzys dotychczasowych kategorii humanistycznych, ale również jako brutalna lekcja historii, pokazująca przewagę siły nad prawem, gry interesów nad najszlachetniejszymi nawet ideałami, zbiorowości nad jednostką. Wojna ośmieszyła także tromtadracki nacjonalizm, pobrzękiwanie szabelką, mocarstwowe urojenia. Była dowodem chwiejności i tymczasowości niewzruszonych, zdawać by się mogło, obyczajów i sytuacji społecznych. Wszystko to zaraz po wojnie dokumentowała seria tzw. porachunków inteligenckich w „Pożegnaniach” Dygata, „Drewnianym koniu” Brandysa czy „Śmierci liberała” Sandauera.

Trzecim wreszcie czynnikiem było niewygasłe przekonanie o potrzebie działania pozytywnego, zmiany rzeczywistości na lepsze, a także zachowania w najbardziej nawet niekorzystnych warunkach określonego minimum, które niedawno pisząc o Stanisławie Stommie prof. Andrzej Romanowski nazwał neopozytywizmem. To przekonanie wypowiedziało się najmocniej w okresie powojennej odbudowy, a także w przedsięwzięciach industrialnych i planistycznych, dokonywanych przy udziale wysokiej klasy inteligentów i naukowców, urzeczonych ich rozmachem i energią.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj