Jak wypuścić dzieci w dorosłość

Taktyka lisa
Dr Jolanta Berezowska o tym jak wypuścić dzieci w dorosłość, a potem z nimi dobrze żyć.
„Im więcej czasu matka, rodzice, poświęcają dziecku, tym trudniej wypełnić pustkę”.
Getty Images

„Im więcej czasu matka, rodzice, poświęcają dziecku, tym trudniej wypełnić pustkę”.

Dr Jolanta Berezowska, jest psychiatrą i psychoterapeutką.
Leszek Zych/Polityka

Dr Jolanta Berezowska, jest psychiatrą i psychoterapeutką.

AGNIESZKA SOWA: – Mówimy o syndromie pustego gniazda, opisując reakcję rodziców na odejście dzieci z domu. Dlaczego używamy ptasich porównań? Przecież jesteśmy ssakami, a dojrzałe małpy żyją razem z rodzicami w stadzie.
JOLANTA BEREZOWSKA: – To prawda, jednak ich relacje się zmieniają. Mama małpa nie zrywa bananów wyrośniętym dzieciom. A jak jest stara, to dostaje pożywienie od nich albo od innych zdrowych i silnych członków stada.

Stada człekokształtnych, pierwotne plemiona, klany i rodziny wielopokoleniowe. Stosunkowo od niedawna dorosłe dzieci idą na swoje. Może dlatego to jest dla rodziców tak trudne?
Jest taka chińska bajka o rodzicach, którzy przychodzą do mistrza poradzić się, jak dziecko ma odejść z domu. Mistrz odpowiada, że to proste jak strzelanie z łuku: trzeba puścić.

A że kiedyś życie rodzinne wyglądało inaczej? Nie wszystkie dzieci zostawały w domu. Córkę wydawało się za mąż i szła mieszkać do rodziny męża. Albo do klasztoru. Jeden syn zakładał swoje gospodarstwo, inny pracował u ojca. Tyle że było więcej dzieci w rodzinie i najmłodsze po prostu musiało zostać, by zająć się starymi rodzicami. A dziś w większości rodzin jest jedno dziecko. Na nie przelewane jest dużo więcej uczuć i oczekiwań. Silniejszy jest podświadomy lęk, że kiedy ono odejdzie, to rodzice, starzy i słabi, zostaną sami.

Dzieci też się boją?
Prawie zawsze. Samodzielności, odpowiedzialności, trudnego życia, tego, że sobie nie poradzą bez rodziców. Większość pokonuje te obawy, ale są tacy, którym trudno jest wyjść z domu i oni najczęściej wymagają pomocy.

Jakie rodziny najczęściej przychodzą do terapeuty? Takie, gdzie problem z rozdzieleniem mają rodzice czy dzieci?
Częściej przychodzą po pomoc dzieci dorosłe, których rodzice nie chcą puścić z domu. Pamiętam np. bliźniaczki, studentki ostatniego roku. Miały jeszcze starszą siostrę, która też mieszkała z rodzicami i się nie buntowała. Zaprosiłam całą rodzinę do siebie. Rodzice traktowali wszystkie córki jak małe dziewczynki. W ogóle nie dostrzegali, że to dorosłe kobiety. Zwłaszcza matka.

Matkom jest trudniej?
Matki są opiekunkami. A w takiej tradycyjnej roli matka to kwoka ochraniająca pisklęta, przestrzega: „Nie rób tego, uważaj, to niebezpieczne”. To raczej ojciec zachęca: „Próbuj, dasz radę”. Ale czasem to ojciec nie puszcza dziecka. Może ono wyprowadzić się, oczywiście, ale ma przejąć kancelarię po ojcu. Albo firmę. Leczyłam dziewczynę, której rodzice mieli dużą firmę i ojciec ściągnął do niej wszystkie dzieci. A jej to nie odpowiadało, chciała się z tego wyzwolić, co nie było łatwe.

Są pewnie też powody natury psychologicznej, dla których rodzice chcą zatrzymać dzieci przy sobie?
Dr Milton H. Erickson, znany amerykański psychiatra, mówił: nie ma żadnej teorii. Jest rodzina albo człowiek, i dla nich stwarzamy teorie i szukamy rozwiązania. Ponieważ jesteśmy tak różni, nie może być uniwersalnych schematów.

Więc konkretny przykład. Rodzina z dwójką dzieci, syn już dorósł, wyprowadził się, usamodzielnił, nie było żadnych problemów. Córka była młodsza i bardzo utalentowana muzycznie. Więc mama rzuciła pracę, która nie była dla niej zbyt ważna, i woziła córkę na lekcje muzyki, koncerty, wyszukiwała konkursy, w których mogła startować, była jej kierowcą, sekretarką i agentką. Przez kilka lat całe jej życie toczyło się wokół spraw córki. I kiedy ta zadecydowała, że na studia muzyczne wyjedzie do innego miasta, matka nie mogła się z tym pogodzić. Nagle traciła sens swojego życia. I żadne argumenty nie przemawiały, nawet to, że studia w tamtym konserwatorium, o czym mówili wszyscy nauczyciele, były dla jej córki najlepsze. A jej przecież tak bardzo zależało na tym, żeby zrobiła muzyczną karierę. I kiedy jej poświęcenie i wysiłki przyniosły konkretne rezultaty, kiedy właściwie osiągnęła swój cel, kategorycznie nie chciała rozstać się z córką. Sytuacja była naprawdę bardzo trudna, bo córka nie chciała jej ranić i także bardzo cierpiała. I wtedy ta mama znalazła w parku cztery osierocone małe wiewiórki. Opowiadała, jak karmi je pipetką. To pozwoliło jej przetrwać ten najgorszy moment. Potem już było łatwiej.

Znalazła sobie nowe „dzieci”. Pasja, przyjaciele, coś, co wypełni czas i myśli, dotąd poświęcane dziecku, też pomogą?
Im więcej czasu matka, rodzice, poświęcają dziecku, tym trudniej wypełnić pustkę. Ale to nie jedyny powód. Szczególnie trudna sytuacja to taka rodzina, w której jedno dziecko zmarło. Następnego czy następnych rodzice nie chcą wypuścić, bo dla nich rozstanie oznacza coś ostatecznego. Z tym lękiem rodzice na ogół sobie sami nie radzą, konieczna jest pomoc terapeuty. Za niechęcią często kryje się też lęk o to, że dziecko sobie nie poradzi w tym wielkim, nieprzyjaznym świecie. Na przykład jeśli jest chore, ale mogłoby i chce żyć samodzielnie. Pomoc takiej rodzinie oznacza walkę z potrzebą rodziców, żeby to dziecko chronić. Ale znam też taki przypadek, kiedy córka, z poważnym ograniczeniem ruchowym, po paraliżu dziecięcym, nie miała żadnych problemów z odejściem z domu. Ale rodzice od początku wychowywali ją, jakby była zupełnie zdrowa. Oczekiwali i wymagali od niej jak od zdrowego dziecka. Miała chodzić, uczyć się, studiować. Nie widzieli w niej głównie tego, że ma kłopot z chodzeniem, tylko że jest sprawna intelektualnie, bardzo zdolna, ma zdrowe ręce i może o kulach wejść po schodach. Dostrzegali w niej siłę. Ta dziewczyna trafiła do mnie z powodu drobnego wypadku. Przewróciła się na ulicy i bardzo się tego wystraszyła. Ale poradziła sobie z tym szybko, bo miała mocną bazę. Rodzice zaszczepili jej wiarę, że jest w stanie normalnie, samodzielnie żyć. I to procentowało.

Tymczasem najczęściej zaszczepia się dzieciom lęk, że coś się im stanie, nawet jak są zupełnie zdrowe.

Tak zupełnie bez powodu?
Zawsze jakiś jest. Najczęściej zaszłość, już dawno nieaktualna. Tak było w przypadku rodziny z bliźniętami, które dopiero startowały w dorosłość. Rodzice fantastyczni, jeden chłopiec bez żadnych problemów, a z drugim ciągle jakieś. Długo nie mogliśmy zrozumieć, o co chodzi. Okazało się, że ten problemowy ledwo przeżył poród. I przez kilka miesięcy był słabszy. Od tamtej pory minęło kilkanaście lat, nikt już o tym nie pamiętał, ale rodzice na wiele rzeczy mu nie pozwalali, bo się o niego bali. Kiedy ponazywaliśmy ten lęk, oni zobaczyli, że mają dwóch zdrowych synów.

A samotni rodzice? Im chyba też jest trudniej?
Samotni rodzice – najczęściej matki – mają duży problem z przecięciem pępowiny, bo dziecko wypełnia cały ich świat. A bardzo trudno jest puścić cały świat, więc naprawdę są w bardzo trudnej sytuacji. Nie wiedzą, jak mają żyć. Poświęciły wszystko, całe życie, a teraz syn lub córka tak po prostu odchodzi. Trochę łatwiej jest, gdy dzieci jest więcej, wymieniają się jakoś i dają wsparcie temu samotnemu rodzicowi, żeby nie czuł się opuszczony. Gdy jest jedno dziecko i w dodatku chłopiec, jest jeszcze gorzej, bo on przecież tej matce zastępował partnera. Miałam w terapii 40-letniego mężczyznę, który mieszkał z matką. Był dla niej wszystkim, a on czuł się winny, że ona się dla niego poświęciła. Przyszedł do mnie, bo jednak chciał zacząć dorosłe, samodzielne życie, ale nie wiedział, jak to zrobić. Sam siebie oszukiwał, swoje mieszkanie z matką tłumaczył powodami ekonomicznymi. Ale oczywiście to była racjonalizacja niemająca wiele wspólnego z rzeczywistością. Z moim wsparciem udało mu się rozpocząć samodzielne życie. Matka usiłowała temu przeszkodzić, ale się wyprowadził, mieszka sam, jeszcze walczy z wyrzutami sumienia, których mieć nie powinien. Nie jest jego winą, że odchodzi, po prostu przyszedł na to czas. Na wszystko w życiu jest właściwy czas.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną