Społeczeństwo

Krowa narodowa

Czy wolne krowy trafią do rzeźni?

Stado wyglądało na zdrowe i szczęśliwe, więc perspektywa rzeźni oburzyła ludzi. Stado wyglądało na zdrowe i szczęśliwe, więc perspektywa rzeźni oburzyła ludzi. Lech Muszyński / PAP
Pamiętacie państwo stado „wolnych krów”? Przed rzeźnią uratowała je zbiórka pieniędzy i społeczne pospolite ruszenie. Ale pieniądze się skończyły, krowy dały nogę i chuliganią.
Krowy, na ogół kojarzone z wołowiną i mlekiem, uważane za nie najmądrzejsze, nagle stały się symbolem praw zwierząt.Daderot/Wikipedia Krowy, na ogół kojarzone z wołowiną i mlekiem, uważane za nie najmądrzejsze, nagle stały się symbolem praw zwierząt.

Artykuł w wersji audio

Powróciło widmo rzeźni. Druga opcja – równie niemiła obrońcom wolnego stada – jest taka, że trafią do hodowli. W gminie Deszczno (woj. lubuskie), skąd krowy pochodzą, ludzie żartują: w zwierzęta zainwestowano już tyle, że musiałyby być ze złota, żeby nakłady się zwróciły.

Dobra wiadomość jest taka, że stado obecnie liczy 182 osobniki – byki, jałówki i cielęta. Zwierzęta mają się świetnie, więc ich liczba może się niebawem zwiększyć.

O wielkim, półdzikim stadzie żyjącym od ponad 15 lat na nadwarciańskich łąkach zrobiło się głośno wiosną, gdy wtargnęły na posesję we wsi Ciecierzyce i uwięziły mieszkańców – którzy po prostu bali się wyjść z domu. Interweniowała policja, a rada gminy Deszczno podjęła decyzję o skoszarowaniu stada.

Zwłaszcza że kilka tygodni wcześniej jedna z krów spowodowała wypadek samochodowy: na szczęście kierowca nie ucierpiał, ale straty były spore. W sumie policja naliczyła około 20 interwencji z krowami w roli głównej. Dlatego zbudowano zagrodę za 100 tys. zł na koszt gminy i 1 maja 2019 r. stado straciło wolność.

Ale strata wolności to nie wszystko, bo po drodze na stado wydano również wyrok śmierci. Decyzję podjął powiatowy lekarz weterynarii. „Kazałem zrobić porządek z tymi krowami” – politycznie sprawę klepnął minister rolnictwa i rozwoju wsi Jan Ardanowski. Krowy miały zostać ubite w rzeźni, a potem spalone.

Symbol praw zwierząt

Stado wyglądało na zdrowe i szczęśliwe, więc perspektywa rzeźni oburzyła ludzi. Sprawa stała się głośna. Pod społecznym naciskiem osiągnęła wagę państwowej: u premiera interweniował sam prezes Kaczyński, za humanitarnym rozwiązaniem problemu opowiadał się prezydent Andrzej Duda. Minister rolnictwa nakazał cofnąć wyrok.

Kiedy wolnym krowom groziła eksterminacja i nie schodziły z czołówek serwisów informacyjnych, tysiące ludzi zmobilizowało się w internecie do ich obrony. Znalazło się 500 chętnych do adopcji pojedynczych sztuk. Krowy, na ogół kojarzone z wołowiną i mlekiem, uważane za zwierzęta nie najmądrzejsze, nagle stały się symbolem praw zwierząt. Bo udowodniły, że świetnie sobie radzą bez człowieka. – To stado pokazało samoistną wartość życia zwierząt – mówi prof. dr hab. Andrzej Elżanowski, biolog i etyk, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Etycznego, które stanęło na czele społecznego ruchu w obronie wolnych krów.

W czerwcu ogłoszono, że krowy pojadą do rezerwatu w Czarnocinie jako żywe kosiarki. Witold B., właściciel dużego gospodarstwa agroturystycznego koło Szczecina (ok. 600 ha pastwisk i 400 sztuk bydła, wypasanego w warunkach półwolności) zadeklarował przyjęcie stada i zagwarantował, że pozwoli wolnym krowom dożyć naturalnej śmierci. Żeby je przewieźć pod Szczecin, konieczne były paszporty, a więc badania i kolczykowanie, bo bez tego nikt zwierzętom dokumentów nie wyda.

Zatem krowy pasły się dalej nad Wartą w oczekiwaniu na niezbędne procedury, a ich obrońcy, obawiając się, że inspekcja weterynaryjna po cichu wywiezie je do rzeźni, założyli obok obóz i pilnowali ich przez całe wakacje.

W sierpniu odbyły się badania weterynaryjne. Na początku września krowy zostały zakolczykowane i wprowadzone do ewidencji Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Po badaniach i oznakowaniu krowom nie groziła już utylizacja, więc obrońcy rozwiązali obóz.

Formalnie krowy należały do Pawła Skorupy, 57-letniego rolnika z Ciecierzyc, który z bratem prowadzi gospodarstwo. Łąk dla krów nie mieli, więc po prostu wypasali je nad Wartą. Kiedy Skorupa rejestrował krowy w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w 2004 r., zakolczykowano i zewidencjonowano 23 sztuki. Po sześciu latach było ich już trzy razy tyle. Wtedy je także policzono, bo podczas grudniowej powodzi stado odcięte przez wezbraną wodę utknęło na małym, piaszczystym skrawku ziemi i na pomoc trzeba było wzywać wojsko. Przewieziono je amfibiami.

Koszt operacji 20 tys. zł. – Właściciel stada podpisał wtedy zobowiązanie, że zakolczykuje krowy i je sprzeda – wspomina Aleksander Szperka, obecny zastępca wójta gminy Deszczno.

Nie sprzedał, mnożyły się dalej. W listopadzie 2018 r. Paweł Skorupa został skazany za znęcanie się nad krowami poprzez ich porzucenie: cztery miesiące pozbawienia wolności, w zawieszeniu na dwa lata, trzyletni zakaz posiadania krów, byków jałówek i cieląt oraz nawiązkę w wysokości 2 tys. zł na rzecz Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Wyrok wyrokiem, ale Paweł Skorupa ciągle był właścicielem stada. Pieniędzy ani na wypas, ani na zapłacenie kar nie miał. Dopiero gdy skandal sięgnął apogeum, sąd zdecydował, że krowy przepadają na rzecz Skarbu Państwa. Inny wyrok był jeszcze bardziej istotny dla losu zwierząt. W lipcu 2019 r. sąd zasądził likwidację stada (ale tym razem nie dosłowną, krowy miały po prostu zniknąć znad Warty i przestać istnieć jako stado).

Do wykonania wyroku wyznaczył Biuro Ochrony Zwierząt z Zielonej Góry. Biuro (mimo urzędowo brzmiącej nazwy) to niewielka organizacja pozarządowa. Decyzja sądu była istotna, bo od tej pory, mimo że właścicielem stada jest Skarb Państwa, koszty utrzymania krów obciążały organizację społeczną. To istotne, bo – jak się okazało – chodziło o całkiem spore pieniądze.

Po likwidacji stada

Krowy oczywiście nie zdawały sobie z tego sprawy. Gdy je aresztowano, w oczekiwaniu na dalszy rozwój wypadków mieszkały sobie w ufundowanej przez gminę Deszczno zagrodzie. Karmienie i nadzór wychodziły drogo – nadzorca liczył sobie 3,5 tys. zł dziennie. Dlatego zwierzęta przepędzono na łąki Grzegorza Piotrowskiego, do rezerwatu Santockie Zakole, gdzie zresztą od zawsze najbardziej lubiły się paść. Tam jeden dzień pobytu stada w rezerwacie wyceniono na 2160 zł.

Do końca czerwca za wypas płaciła gmina Deszczno. – To nie jest wcale dużo, 12 zł brutto za jedną sztukę – mówi Grzegorz Piotrowski, właściciel rezerwatowych łąk. – Niektóre ważą nawet tonę, jedzą całkiem sporo. Trawa co prawda sama rośnie na podmokłych łąkach, ale gdyby jej nie zjadły wolne krowy, można by ją skosić i sprzedać siano. Piotrowski miałby paszę dla swojego liczącego 50 sztuk stada. A więc Piotrowskiemu – jako właścicielowi łąk – pieniądze należały się jak najbardziej.

Gmina płaciła regularnie. Nowy opiekun, czyli Biuro Ochrony Zwierząt z Zielonej Góry, pieniędzy nie miało. Gdy spadła na nich odpowiedzialność finansowa za stado krów, stan ich konta wynosił 5 tys. zł, a czynsz za rezerwatowe łąki to ponad 60 tys. zł miesięcznie.

Ruszyły zatem zbiórki. Zbierał BOZ, OTOZ, Gaja. Do tego zbiórki prywatne i bazarki organizowane przez tzw. obrońców krów. Łącznie obywatelki i obywatele wpłacili ponad 150 tys. zł i udało się zapłacić za wypas w lipcu. – Prawie za cały sierpień też uregulowali, zostało niewiele, jakieś 20 tys. – mówi Piotrowski.

Pomysły na adopcję, zatrudnienie stada w roli żywych kosiarek, okazały się efemeryczne. Koszty zaś zupełnie realne. Zrobił się kłopot, bo ani sąd, ani politycy broniący krów, gdy to było modne, nie pomyśleli o finansach. O formalności też szczególnie nikt nie dbał. Na przykład z panem Piotrowskim, właścicielem łąk, na których dalej pasło się stado, nikt nie podpisał żadnej umowy.

– Wysłałem pismo do wojewody, prosząc, żeby zajął stanowisko w sprawie swoich krów i zapłacił mi za opiekę nad stadem – mówi Piotrowski.

Odpowiedzi się nie doczekał. Więc krowy już prawie trzy miesiące pasą się na jego łąkach bezumownie. Piotrowski zapewnia, że nie daruje i jak będzie trzeba, pójdzie do sądu. A koszty będą rosły. Zimą obsługa stada to większy nakład maszyn, paliwa i ludzkiej pracy. Trzeba dowieźć siano, zapewnić krowom wodę. Więc zamierza też negocjować wyższą cenę z właścicielem stada, czyli z wojewodą, który reprezentuje Skarb Państwa.

Starania, by znaleźć krowom stały dom, skończyły się fiaskiem. Nie doszło do podpisania umowy z Witoldem B. z Czarnocina (ten, który chciał stado zaadoptować), bo ktoś nabrał podejrzeń, że hodowca jednak chce wziąć krowy po to, by sprzedać je do rzeźni. Nie udało się kupić gospodarstwa, w którym krowy miałyby szanse dożyć śmierci ze starości. Pieniądze ze zbiórek się skończyły. Co prawda BOZ wystąpiło do sądu, aby to Skarb Państwa poniósł koszty pobytu krów od września – ale sąd nie piekarnia, a zima za pasem.

Co gorsza, w czasie walki o dobro stada społecznicy pokłócili się między sobą. Prof. Andrzej Elżanowski z Polskiego Towarzystwa Etycznego zarzucił prezesce BOZ Izabeli Kwiatkowskiej, że zawłaszcza stado, wydała społeczne pieniądze, nie konsultuje z nikim swoich decyzji, nie zgodziła się na kastrację buhajów a teraz na przekazanie 50 sztuk organizacjom (min Viva!, OTOZ-Animals), za to w tajemnicy chce oddać krowy „osobom budzącym poważne wątpliwości co do kompetencji i zamiarów”. BOZ od kilku tygodni milczy. Wcześniej Kwiatkowska oskarżała inne organizacje o hejt pod adresem Biura Ochrony Zwierząt i zostawienie jej samej z problemem krów. I tak dalej.

Krowy do adopcji

Na internetowych forach i grupach krowiego wsparcia na FB, które powstawały tak licznie, że sami ich członkowie zaczęli się gubić, awantura za awanturą. Spontaniczna komunikacja, kłótnie przeszkadzają w ratowaniu zwierząt. Przykład? Polskie Towarzystwo Etyczne znalazło tajemniczą sponsorkę z Wrocławia gotową wyłożyć kilkaset tysięcy na kupno starego PGR. Społecznicy odremontowaliby obory, łąk było dużo. Stadem miał opiekować się Tomek Copija, który od kilku lat przyjmuje do siebie krowy odbierane lub odkupywane od nieodpowiedzialnych gospodarzy. Znaleziono nawet odpowiedni obiekt. Tyle że nie udało się utrzymać tajemnicy. Radosna nowina: „Jest ratunek dla krów!” lotem błyskawicy obiegła portale społecznościowe. Sąsiedzi gospodarstwa, w którym krowy miały dożyć spokojnej starości, zaczęli protestować. Właściciele nieruchomości wycofali się ze sprzedaży. Profesor Elżanowski próbuje znaleźć inne miejsce, bo na szczęście sponsorka nie zrezygnowała. Biuro Ochrony Zwierząt prowadzi akcję wirtualnej adopcji krów: szuka chętnych, którzy zadeklarują adopcję jednej sztuki, czyli pokrywanie jej kosztów utrzymania: ok. 450 zł miesięcznie. Odzew na razie jest marny.

A co z krowami? Zwierzęta całe lato spędziły w rezerwacie Santockie Zakole. Były trzymane w ryzach elektrycznym pastuchem, ale teraz wybrały wolność. Dlaczego? Późną jesienią trawa wolniej rośnie i na ograniczonym terenie mogło jej po prostu zacząć brakować. Na głodniaka sforsowały więc przeszkodę. Jakim cudem?

Zwolennicy teorii spiskowej twierdzą, że to właściciel łąk pan Piotrowski, właściciel rezerwatu, wyłączył prąd, bo nie dostał ponad 120 tys. zł za dwa ostatnie miesiące wypasu, nie ma więc interesu trzymać stada u siebie. Ale Piotrowski zaprzecza: – Ktoś celowo zrywa pastuch i – sądząc po śladach – robi to człowiek. W każdym razie krowy znów buszują po łąkach nad Wartą. Tylko czekać, aż wejdą w szkodę. – Stado jest w gorszych warunkach niż przed odebraniem. – ubolewa prof. Elżanowski.

Za chwilę znów zacznie się dyskusja, czy stada nie powinno się posłać do rzeźni.

Polityka 48.2019 (3238) z dnia 26.11.2019; Społeczeństwo; s. 42
Oryginalny tytuł tekstu: "Krowa narodowa"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Klasyki Polityki

Jak dzieci odczuwają i rozumieją ból?

Jeszcze na początku lat 80. uważano, że noworodki w ogóle nie odczuwają bólu! A ponieważ nie potrafią werbalnie wyrazić tego, co czują, nie dbano o ich komfort w szpitalach.

Paweł Walewski
08.08.1998
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną