Dlaczego nie można zakończyć wojny w Syrii

Syryjska wendeta
Tegoroczna zima jest dotkliwsza niż zwykle. Baszar Asad próbuje utopić rewoltę we krwi, licząc, że zmęczeni i wystraszeni Syryjczycy przestaną wychodzić na ulice. Ale rozkręconej spirali przemocy nie da się już zatrzymać.
Syria rozdarta jest między nienawiścią wobec prezydenta Asada a strachem, kto mógłby go zastąpić.
UPI Photo/eyevine/Fotolink

Syria rozdarta jest między nienawiścią wobec prezydenta Asada a strachem, kto mógłby go zastąpić.

Do Homsu nikt nie może wjechać ani z niego wyjechać. Ofiary cywilne idą w setki, w całym kraju od marca zeszłego roku zginęło, według organizacji praw człowieka, przynajmniej 7 tys. osób.
Reuters/Forum

Do Homsu nikt nie może wjechać ani z niego wyjechać. Ofiary cywilne idą w setki, w całym kraju od marca zeszłego roku zginęło, według organizacji praw człowieka, przynajmniej 7 tys. osób.

Jeśli ktoś bardzo chce, może zdobyć wszystko, czego potrzebuje – mówi jeden z mieszkańców Abu Rummaneh, na co dzień spokojnej dzielnicy w centrum Damaszku. Żeby zdobyć, trzeba mieć znajomości i słono zapłacić: butla z gazem czy baniak mazutu kosztuje kilkakrotnie więcej niż przed wybuchem rewolucji. W Syrii nikt nie ma centralnego ogrzewania, mieszkania ogrzewane są piecykami na ropę lub gazem. Coraz częściej brakuje prądu i wody. Mimo wysokiej ceny trudno dziś o dolary – za jednego trzeba płacić już ponad 75 funtów, przed rewolucją 50. Kryzys uderzył po kieszeni zwykłych ludzi, ale też biznesmenów. Właściciel hotelu pod Damaszkiem wystawił go na sprzedaż za połowę ceny, jakiej żądał przed rokiem, ale kupca i tak nie znalazł.

Niektórzy próbują normalnie żyć i pracować, ale rewolucja wdziera się do każdego domu. W Daraa na południu Syrii, gdzie wybuchła rewolta, wojsko co jakiś czas wchodzi do miasta, przeszukuje dom po domu, aresztuje, kogo się da. Wyjechać nie można, bo drogami podróżują tylko samobójcy: samochód może zostać w każdej chwili ostrzelany albo zatrzymany przez porywaczy. Właściciel stacji benzynowej w Aleppo otrzymał niedawno propozycję nie do odrzucenia: 100 tys. dol. za zostawienie w spokoju jego córki. Trudno powiedzieć, kto mu groził – zwykli bandyci czy może szebiha, najemnicy prezydenta Asada, którzy na co dzień pacyfikują zbuntowane miasta, a w przerwach dorabiają porywając ludzi dla okupu. Według różnych źródeł, armia najemników liczy od 10 do 50 tys. żołnierzy.

Pozory spokoju w Damaszku czy Aleppo przykrywają codziennie obrazy z oblężonego Homsu, uznanego przez reżim za bastion opozycji. Relacje o leżących na ulicy ciałach, brak podstawowych leków i krwi w szpitalach, pokiereszowane ciała rannych, w tym dzieci, opowieści o domach ogrzewanych porąbanymi meblami, zdjęcia satelitarne dzielnic zmiecionych z powierzchni ziemi, snajperzy na dachach, helikoptery bojowe, gęsty dym unoszący się nad miastem – te obrazy zajmują większość arabskich i zagranicznych serwisów.

Miasto otoczone przez wojsko Asada powoli się wykrwawia. Do Homsu nikt nie może wjechać ani z niego wyjechać. Ofiary cywilne idą w setki, w całym kraju od marca zeszłego roku zginęło, według organizacji praw człowieka, przynajmniej 7 tys. osób.

Ulica mówi dość

Rewolucja to zwykli ludzie – mówi mieszkający w Polsce Maher Masouti z polskiego Komitetu Wsparcia Rewolucji w Syrii. Sygnał do wyjścia na ulicę daje najczęściej podczas piątkowych modłów imam lub lokalny autorytet. W tłumie zawsze znajdzie się kilka osób ze smartfonami, którzy sfilmują demonstrację i wrzucą na YouTube czy Facebooka. Dziś tych stron są już tysiące, ale zwolennicy Asada nie odpuszczają także w Internecie. Opozycja i reżim wzajemnie wyłączają sobie strony, przejmują hasła. Po grudniowych wybuchach w Damaszku na stronach Braci Muzułmańskich pojawiło się podrzucone przez hakerów oświadczenie, że to Bracia ponoszą odpowiedzialność za te zamachy.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną