Tekst ukazał się 10 czerwca 1989 r. (numer 23/1675).
Wydaje się nawet, że polityczny narkotyk uśmierzył nieco bóle dnia codziennego. Zapewne po zakończeniu igrzysk znowu rozlegnie się wołanie o chleb, ale cośmy przeżyli, tego nam nikt nie odbierze. Jeśli były to wybory na 35 procent, to jak będzie wyglądała kampania 100-procentowa?
Szybciej na wyzwanie chwili zareagowała „Solidarność”, wyprzedzając o mniej więcej 10 dni swojego konkurenta, tzw. stronę koalicyjno-rządową, która z wyraźną ociężałością ruszyła do walki, bez większej inwencji. Prawda jest taka, że „Solidarność” do wyborów, bardziej niż kiedyś demokratycznych, była lepiej psychologicznie przygotowana. Zaczynała od zera, nieobciążona bagażem starych nawyków i zrutynizowaną aparaturą, gotowa do przenoszenia wzorców z innych systemów demokratycznych. Można było odnieść wrażenie, że konkurenci „Solidarności” od niej właśnie uczyli się sposobów prowadzenia kampanii, że z trudem przychodziło im łamanie dawnych schematów. A jak już – ile było nieszczęśliwej improwizacji i zygzaków, choćby ze skrywaniem przynależności partyjnej kandydatów, ile usiłowań przedstawiania indolencji jako cnoty tolerancji i umiaru. Z czasem, w ostatniej dekadzie maja, siły propagandowe jakby wyrównały się, przy czym każda ze stron operowała w innych rejonach i na inne sposoby. Władza miała w swoim ręku podstawowy instrument oddziaływania – radio i telewizję, opozycja – przede wszystkim ulicę i wsparcie Kościoła. Zresztą i w telewizji, i na ulicy obie strony próbowały być aktywne.
Przyznajemy, że dynamika i temperament tej kampanii nieco nas zaskoczyły, zwłaszcza że po Okrągłym Stole można było sądzić, że gra będzie się toczyć „o pietruszkę”.