Z żyletkami na sztorc
Napięta atmosfera utrzymywała się w Przytyku już od połowy 1935 r. Trzytysięczne miasteczko niedaleko Radomia znalazło się w centrum antyżydowskiej akcji bojkotowej, zorganizowanej w powiecie przez Stronnictwo Narodowe. Endeckie bojówki odganiały kupujących od żydowskich straganów i wyrzucały żydowskich sprzedawców z rynku. Kilkakrotnie doszło do pobicia handlarzy. „Podkreślić należy wyraźnie, że rzucone przez Stronnictwo hasło bojkotu ekonomicznego Żydów podjęte zostało w sposób żywiołowy przez całe miejscowe chłopstwo, atawistycznie wrogo ustosunkowane do Żydów” – pisał w urzędowym sprawozdaniu wojewoda kielecki, dodając, że istniejący stan rzeczy „doprowadza do rozpaczy handlarzy zagrożonych u podstaw swego bytu”.
Doroczny jarmark wiosenny miał się stać dla Żydów z Przytyka – stanowiących 90 proc. jego mieszkańców – szansą na odrobienie strat. 9 marca 1936 r. do miasteczka zjechało kilkaset furmanek i prawie 4 tys. chłopów, głównie mężczyzn. Również miejscowa policja przygotowała się na ten dzień, zwiększając obsadę posterunku z 5 do 16 funkcjonariuszy. Do drugiej po południu panował spokój. Obok kilkudziesięciu chłopskich kramów rozstawiło swoje stragany kilkunastu Żydów. W pewnym momencie do żydowskich straganów podszedł młody chłopak i zaczął wykrzykiwać: „swój do swego, nie kupuj u Żyda!”, a następnie uderzył protestującego sprzedawcę.
Na miejscu szybko pojawiła się policja. Dwóch posterunkowych usiłowało wylegitymować agitatora, a kiedy odmówił, postanowili odprowadzić go na posterunek. W obronie zatrzymanego wystąpili jednak chłopi, uzbrojeni w kamienie i orczyki. Funkcjonariusze zaczęli się wycofywać w stronę posterunku, a agresywny i miotający obelgi tłum ruszył za nimi. Zatrzymał się dopiero, gdy drogę zagrodził mu szpaler policjantów z karabinami.
Tymczasem na rynku zapanował chaos. Część chłopów w panice pakowała towar i odjeżdżała – jednak kilku podbiegło do żydowskich straganów, zaczęło je przewracać i bić właścicieli.
Wtedy do akcji wkroczyła grupa Żydów, z których część – zawczasu przygotowana do odparcia spodziewanych ataków – uzbrojona była w rewolwery i pałki. Jak się wydaje, ofiarami ich odwetu padły po części przypadkowe osoby. W trakcie szarpaniny w wąskiej uliczce kilku chłopów zostało pobitych; pozostali zaczęli wtedy zeskakiwać z furmanek i atakować Żydów. W pewnym momencie padły strzały: od kuli, wystrzelonej z okna żydowskiego mieszkania, zginął na miejscu Stanisław Wieśniak, Żydzi postrzelili też dwóch innych Polaków. Wieści o ofiarach szybko się rozeszły i rozsierdziły tłum.
Od tego momentu policja nie miała już szans na opanowanie biegu wydarzeń. „Nieopanowany i niekiełznany niczym tłum przechodził z mieszkania do mieszkania i za pomocą drągów, kamieni i kłonic wyważał okiennice i okna z ramami, rozbijał meble, bił mieszkańców – napisano potem w urzędowej rekonstrukcji wydarzeń. – W trakcie tych zajść jedna z grup młodych chłopców napadła na mieszkanie szewca Joska Minkowskiego, gdzie po wyrwaniu okien i zdemolowaniu urządzenia pobili jego dzieci Gawrysia i Szmula oraz uderzeniami drągów bestialsko zamordowali Joska i Chaję”.
W pogromie zabito dwie osoby i poraniono kilkadziesiąt, zniszczono dobytek (najczęściej skromny) wielu rodzin. Zajścia trwały niespełna godzinę, po czym syty zemsty tłum rozproszył się. Przybyły właśnie z Radomia oddział policji był już właściwie niepotrzebny. Cenzura wprowadziła natychmiast embargo na informacje o walkach w Przytyku. Prasie pozwolono jedynie przedrukować lakoniczny i mocno niepełny komunikat Polskiej Agencji Telegraficznej. Z wyjaśnieniem przebiegu zdarzeń trzeba było poczekać do procesu.
Na początku czerwca Sąd Okręgowy w Radomiu przystąpił do rozpoznawania sprawy 57 oskarżonych: 43 Polaków i 14 Żydów. Rekonstrukcja przebiegu wypadków okazała się jednym z najbardziej żmudnych zadań w dziejach polskiego wymiaru sprawiedliwości. Ksawery Pruszyński pisał w reportażu z sali sądowej: „Proces nie robi prawie wrażenia procesu, sąd nie przypomina zwykłego sądu. To jakby do laboratorium wielkiej wytwórni filmowej przyniesiono kilkaset różnych fotograficznych wersji tego samego wydarzenia i rozwijano je tu po wywołaniu, badając, naświetlając i krając.(...) Film stanie się na chwilę straszliwie wyraźny: będziemy wtedy w niskich izbach żydowskiego domu, ramy jego okien ugną się pod ciężarem kamieni, troje małych, wystraszonych dzieci będzie wyciąganych za nogi, włosy i główki spod nędznego łóżka, zamachną się nad nimi ciężkie chłopskie orczyki. W ciasnym przedsionku będzie ciemno, i znowu nie zobaczymy twarzy ludzi, którzy pałkami będą miażdżyli podstawę czaszki, kość ciemieniową, żyłkowaną błękitnie wypukliznę skroni biednego żydowskiego szewca. (...) Jeszcze raz podniosą nam zmiażdżoną i domiażdżoną pałkami po śmierci głowę Joska Minkowskiego, każą się wpatrzeć w to, co pozostało z rozbitej orczykami od wozów i przesieczonej nożem czy ostrzem chłopskiej kosy głowy Chai Minkowskiej. Ale tego wszystkiego, co było przedtem, nikt, tak jak było, nie przedstawi. Po trzech tygodniach nie da się nawet ustalić, w jakim porządku należy zlepić poszczególne fragmenty straszliwego filmu”.
Po trzech tygodniach zapadł wyrok: trzech Żydów otrzymało kary od 6 do 8 lat więzienia, 30 osób zostało skazanych na uwięzienie paromiesięczne. Co znamienne – sąd nie wskazał odpowiedzialnych za zabójstwo małżeństwa Minkowskich. Czy werdykt podyktowany był racjami politycznymi, czy obiektywnymi trudnościami w ustaleniu prawdy? Trudno to dzisiaj jednoznacznie rozstrzygnąć. Niewątpliwie sprawców po stronie żydowskiej łatwiej było zidentyfikować, byli bowiem mniej liczni i posługiwali się charakterystyczną bronią – rewolwerem. Polacy bili i mordowali jako zwarty tłum, co utrudniało ustalenie, kto konkretnie zadał śmiertelne ciosy. Z drugiej strony, prasa socjalistyczna i żydowska podnosiły, że sąd chętniej dawał wiarę zeznaniom polskich świadków, a łagodne wyroki dla uczestników pogromu zapadły pod naciskiem lokalnej społeczności i miały nie tyle uczynić zadość sprawiedliwości, ile oddalić groźbę chłopskich rozruchów.
Werdykt sądu przez część opinii publicznej odebrany został jako skandaliczny i sankcjonujący antyżydowską przemoc, natomiast prasa nacjonalistyczna przyjęła go z umiarkowaną satysfakcją.
W tym samym 1936 r. doszło jeszcze do pogromów w Mińsku Mazowieckim i Myślenicach. W maju 1937 r. po ulicach Brześcia rozeszła się wieść o śmierci policjanta, który nakrywszy nielegalną jatkę żydowską, został pchnięty przez rzeźnika nożem. W atmosferze podminowanej antysemickimi hasłami wydarzenie to zadziałało jak detonator. Najpierw doszło do ataku na żydowskie stragany na rynku, następnie tłum, podzielony na kilka grup, ruszył w miasto. „Wypadki dnia 13 maja miały charakter wybitnie antyżydowski – czytamy w sprawozdaniu kontrwywiadu wojskowego. – Nawet najciemniejsze indywidua, demolujące sklepy czy wybijające szyby wykrzykiwały od czasu do czasu »Niech żyje Polska chrześcijańska! Bij Żydów«. (...) Każdy policjant, który energicznie działał, był obrzucany epitetami w rodzaju »żydowski wojtek«, »żydowski parobek«. Ponieważ ślubna żona prezydenta miasta Wójcika Mariana jest Żydówką z Brześcia, przeto i o tym ulica nie zapomniała. Podekscytowane rozruchami baby przypominały niekiedy sobie prezydenta i wykpiwały: »Do Wójcika
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

