Choć żołnierze nazywali je misjami wycieczkowymi, bez szkoły pod błękitnym sztandarem United Nations pewnie nie było by nas w Iraku i Afganistanie.
Gdy wiceminister obrony narodowej Stanisław Jerzy Komorowski stanie przed polskimi żołnierzami kończącymi udział w misji ONZ w Libanie, pewnie większość z nich przyjmie z ulgą jego przemówienie. Dla nich nie tyle skończy się pewien okres w historii polskiej armii, co długa – bo trwająca sześć miesięcy - i męcząca służba. Za dwa tygodnie zaczną wracać do kraju. Po serii badań i załatwieniu formalności spotkają się wreszcie z rodzinami. Siądą z nimi do wigilijnego stołu. Mając taką perspektywę, można się nawet cieszyć z faktu, że wraca się do kraju, gdzie słońce zachodzi krótko po godzinie 16. A zamiast ciepłego piachu ma się śnieg pod nogami.
Ale generał Stanisław Woźniak, który zakończenie naszej misji ma zamiar oglądać w telewizji, już taki szczęśliwy nie będzie. W Libanie spędził ponad dwa lata - od kwietnia 1995 roku do października 1997 roku. Pełniąc funkcję szefa misji, dowodził żołnierzami z 17 państw. Z jego perspektywy udział Polaków w misjach ONZ to rzeczna godna szacunku i pamięci. – A nawet kontynuowania – mówi gen. Woźniak. Choć jako realista zdaje sobie sprawę, że rola ONZ słabnie. Dziś w misje najchętniej angażują się teraz takie kraje jak Fidżi, Indonezja, Filipiny, dla których to przepustka na międzynarodową arenę. – Decyzje ONZ zawsze obarczone były wieloma kompromisami. Czasem nawet skrajnymi. Pod tym względem NATO jest organizacją bardziej spójną, a przez to silniejszą. NATO może próbować walczyć o pokój. My mogliśmy zaledwie próbować go utrzymywać – dodaje.
Służba jak podstawówka
Próbować, bo to za jego kadencji konflikt ponownie odżył, a żołnierze w niebieskich hełmach bezsilnie patrzyli jak sprowokowani przez bojowników Hezbollahu Izraelczycy przeprowadzili operację „grona gniewu”.