Tomasz Wołek
1 lutego 2010

Jak Kwaśniewski został radzieckim szpiegiem

Kwaśniewski jako agent Sasza

4

Latem 1984 r. następuje istotny zwrot. W meldunku z 5 czerwca Sasza zawiadamia, że „wygasły jego możliwości operacyjne, gdyż jako osoba publiczna o określonych poglądach politycznych darzony jest wielką nieufnością przez członków antysocjalistycznego podziemia, jak i osoby związane z nim w sposób pośredni. Wykazuje chęć dalszej współpracy. Pyta, czy nie mógłby przekazywać informacji o osobach z kręgów politycznych, które zna, a z którymi kontakt byłby łatwiejszy i bezpieczniejszy”.

W podobnym duchu zredagowany jest ostatni raport (11 września 1984 r.) oficera prowadzącego, płk. Tudana, zawierający bardzo krytyczne podsumowanie pracy Saszy i przyznający, iż w punkcie wyjścia została ona błędnie ukierunkowana. Tudan postuluje zasadniczą korektę poprzez „operacyjne działania mające na celu stworzenie mu odpowiedniego wizerunku, gdyż rokuje to jego perspektywiczny rozwój i szybki awans społeczny”. Pod koniec tekstu autor tego omówienia (streszczenia w języku polskim) zamieszcza znamienną uwagę: „W zamierzeniach Tudan pisze (w sposób całkowicie zdominowany przez agenturalny bełkot) o zaangażowaniu odpowiednich dla tego celu środków finansowych oraz zbudowaniu »stałego podłoża?« pod przyszłe działania”.

O tyle to ważne, iż po raz pierwszy – i jedyny – autor streszczeń dobitnie zaznacza swój krytyczny dystans wobec (rzekomych) rosyjskich oryginałów. Znak zapytania zdradza nieskrywany sceptycyzm; pojawia się nawet nuta gryzącej, podszytej pogardą ironii: ten „agenturalny bełkot”! To jednoznaczna sugestia, iż opracowanie obcych dokumentów wyszło spod ręki polskiej. W domyśle: my, ludzie innej kultury, nie posługujemy się takim koszmarnym żargonem, jakiego używają rosyjskie służby.

Końcowy dokument zbioru to streszczenie własnoręcznej prośby Saszy z 9 stycznia 1990 r.: „prosi o zawieszenie dotychczasowych kontaktów z uwagi na wielkie zmiany na arenie politycznej Polski. Prosi też o zaprzestanie dalszych dotowań, gdyż nie jest w stanie przekazywać żadnych informacji z powodu piastowania wysokich funkcji społecznych. Praca, którą do tej pory wykonywał, wiązałaby się z dużym ryzykiem. Prośbę przyjął major Wiktor Stupin. Nie widnieją na niej żadne parafy prócz jego własnej. Ten dokument, jak i wcześniejsze, opatrzony jest pieczęciami Sowierszenno Siekretno i Odin egziemplar”.

5

Próbowałem ogarnąć całość. Miałem nieodparte wrażenie, iż obcuję z fałszywką. Wskazywały na to liczne niekonsekwencje, sprzeczności logiczne i błędy merytoryczne. A poza wszystkim, jeśli dokumenty byłyby autentyczne, to ze względu na rangę sprawy i pozycję osoby żądano by za nie kwoty niewspółmiernie większej.

Z drugiej strony znałem dokumenty ubeckie równie, jeśli nie bardziej niechlujne i niedopracowane, zarówno rzeczowo, jak i formalnie. Niektóre wyglądały, jakby sporządzali je półanalfabeci. Jednak czułem, że autorami tego pakietu nie mogli być chłopcy z ulicy, jacyś maniacy, przypadkowi amatorzy czy też przygodni dowcipnisie. To musieli być ludzie przynajmniej obeznani z językiem, obyczajami oraz pragmatyką tajnych służb, zdolni do zbudowania wiarygodnej historii agenta Saszy.

Przede wszystkim należało rozstrzygnąć problem autentyczności obu tekstów, rzekomo pisanych własnoręcznie przez Kwaśniewskiego. Żeby przeprowadzić rzetelną ekspertyzę grafologiczną, musiałem zdobyć dostatecznie obfity materiał porównawczy. Na szczęście, również w latach 80. Kwaśniewski pełnił szereg funkcji publicznych, toteż musiał zostawić sporo śladów tej aktywności; pisał lub parafował rozmaite teksty, dokumenty, noty, wnioski, deklaracje etc. Składał rozliczne autografy: jako redaktor, minister, działacz młodzieżowy, studencki, partyjny, sportowy... Rozległą kwerendę prowadziłem w całkowitej dyskrecji. Po miesiącu miałem materiał do konfrontacji.

Dla zyskania pewności próbki pisma poddałem analizie dwukrotnej. Najpierw w jednym z laboratoriów krajowych. Następnie powierzyłem je instytutowi zagranicznemu, cieszącemu się najwyższą renomą. Badali to profesjonaliści europejskiej klasy. Wyniki były identyczne. Żaden z tekstów nie wyszedł spod ręki Kwaśniewskiego. Były to lepiej lub gorzej wykonane podróbki jego pisma. To przesądzało sprawę.

6

Poczułem ulgę dwojakiego rodzaju. Po pierwsze: jako dziennikarz. Napisaliśmy w „Życiu”, że Kwaśniewski spędzał w 1994 r. w Cetniewie wakacje w tym samym czasie, kiedy przebywał tam Władimir Ałganow. Nie było jednak cienia sugestii, jakoby przyszły prezydent w zdrożnych intencjach szukał z nim kontaktu; wprost przeciwnie, w komentarzu redakcyjnym pytałem, jak to możliwe, by – przy bierności polskich służb – rosyjski agent mógł bezkarnie buszować w prestiżowym ośrodku Rybitwa, mając nieskrępowany dostęp do przebywających tam polskich vipów. Tym bardziej iż zarówno wcześniej, jak i później, był przez owe służby całkiem metodycznie „namierzany”. Zadziwiające, gdyż w tymże 1994 r. szef UOP gen. Czempiński alarmował ówczesnego premiera Oleksego, że rosyjskie służby znacznie wzmogły swoją aktywność w Polsce.

Po wtóre, ulgę poczułem jako obywatel i zwykły człowiek. Kwaśniewski nie był bohaterem mojego romansu, w 1995 r. ostro ścierałem się z nim podczas głośnej debaty prezydenckiej z Lechem Wałęsą, a zdobycie pełni władzy przez postkomunistów oceniałem jako zagrożenie dla młodej polskiej demokracji. Obawy te okazały się płonne. Dwa lata później, kiedy prezydent wytoczył proces, nie kierowałem się negatywnymi emocjami. Prowadziłem tylko – beznamiętnie – dziennikarskie śledztwo.

Toż musiałbym chyba rozum postradać i wyjątkowo źle życzyć własnemu krajowi, by zacierać ręce w nadziei na to, że okaże się, iż prezydent Polski odrodzonej mógłby kiedyś być sowieckim agentem! Przecież zwłaszcza w obliczu zaawansowanych starań o wejście do struktur NATO (1999), a potem do Unii Europejskiej – byłaby to jeśli nie katastrofa, to niewyobrażalna wprost konfuzja, wystawiająca na szwank naszą wiarygodność. I pomyśleć tylko, że miałbym do tego przyłożyć rękę?

Poza tym Sowieci wcale nie musieli tak szpikować polskich komunistów własną agenturą. Mieli ich na wyciągnięcie dłoni, na jedno skinienie. Wspomnijmy choćby barwne opowieści Józefa Oleksego o biesiadach, w których brano udział nie tylko z własnej woli, ale wręcz ochoczo, na wyprzódki. Frakcja promoskiewska w partii nie skrywała swoich skłonności. Doprawdy, nawet bez formalnych agentów Sowieci mieli pełne informacje, co się dzieje zarówno w PZPR, jak i w całej Polsce.

7

Miałem do czynienia z prowokacją. Liczyłem się z tym od początku. Pozostaje pytanie – w istocie otwarte po dziś dzień – o sprawców oraz motywy. Wbrew pozorom sprawa nie musiała być jednoznaczna.

Jedno nie ulegało wątpliwości: to ja – wraz z „Życiem” – miałem paść ofiarą tej prowokacji. Sprawcy liczyli na moje zaślepienie i naiwność; sądzili najwidoczniej, iż nie oprę się pokusie opublikowania materiałów tak sensacyjnych. Przecież pognębiłyby one i unicestwiły – politycznie i moralnie – mego przeciwnika procesowego, zadając przy okazji cios śmiertelny całej formacji, której Kwaśniewski przewodził.

Oczywiście byłoby akurat odwrotnie. Kompromitacja tak niebywała pogrążyłaby mnie definitywnie, skazując na publiczną banicję. Wystawiłbym się na pośmiewisko, utracił bezpowrotnie dziennikarską wiarygodność, okrył niesławą. Co tu dużo mówić; byłaby to zawodowa i życiowa klęska w każdym wymiarze.

Kim mogli być ludzie szyjący mi takie buty? Rozważałem trzy ewentualności. Po pierwsze: bezpośrednie lub pośrednie zaplecze Kwaśniewskiego. Po drugie: Rosjanie. I po trzecie: ludzie dawnych służb, niezbyt prezydentowi przychylni; raczej wprost przeciwnie.

Rosjan wykluczyłem od razu. Owszem, afera szpiegowska na takim szczeblu byłaby im na rękę, walnie osłabiając albo przynajmniej oddalając polskie szanse na wejście do NATO w 1999 r. Lecz przecież podrzucając fałszywkę, musieliby liczyć się z tym, że jej niechybne wykrycie obróci wniwecz ich rachuby. Oryginałów zaś, gdyby takowe istniały, nie pozbyliby się pochopnie. Nie mają tego w zwyczaju. A już zwłaszcza w perspektywie wieloletniej prezydentury Kwaśniewskiego tak piekielnie mocne karty trzymaliby nadal w zanadrzu.

Wykluczałbym też ludzi Kwaśniewskiego. Z pewnością cieszyliby się z mojej wpadki. Czy jednak skórka warta byłaby wyprawki? Publikacja owych materiałów mogła być nader wątpliwym triumfem prezydenta. Oczyszczając go doraźnie z zarzutów, wtrąciłaby go zarazem w piekło niekończących się podejrzeń, plotek oraz spekulacji. To mogło działać niczym szrapnel ciśnięty w szambo. Coś by się przykleiło i trwale przywarło, wbrew logice i na przekór faktom. Elektorat – nazwałbym go dziś ipeenowskim – byłby nadal święcie przekonany, że Kwaśniewski to sowiecki agent, a w każdym razie iż nie ma dymu bez ognia. I że – na przykład – podłożono fałszywki, żeby tym perfidniej ukryć oryginały. Albo że ekspertyzy grafologiczne zmanipulowano. I tak Sasza dołączyłby do Stolzmana, Kata czy Alka.

Pozostają zatem ludzie służb – raczej byłych służb – Kwaśniewskiemu niechętni, zawistni albo zgoła wrodzy. Jasne, że przy sposobności utopiliby i mnie w łyżce wody. Wszakże mam podejrzenie graniczące z pewnością, iż rzeczywistym i głównym celem ich prowokacji mógł być ówczesny prezydent. Późniejsza, tak katastrofalna dekompozycja zwycięskiego i potężnego wtedy obozu lewicy tylko potwierdza, jak głębokie animozje narastać musiały w obrębie tego pozornego monolitu i jakie siły wewnętrzne go od środka rozsadzały. Pijackie wynurzenia Oleksego, choć żenująco groteskowe, dają przecież wyobrażenie o nagromadzeniu negatywnych, wręcz toksycznych emocji w tym środowisku. Oblepienie Kwaśniewskiego błotem mętnych insynuacji mogłoby jego pozycję jeśli nie podważyć, to przynajmniej mocno osłabić. Zaś ukazanie tak nikczemnie niskich, bo nie ideowych, lecz wyłącznie materialnych, pazernych pobudek jego apostazji – nakazywałoby myśleć o nim z pogardą bezbrzeżną. I pewnie o to chodziło, by takie właśnie opinie wlokły się za Kwaśniewskim w nieskończoność.

***

Podczas gdy owe materiały spoczywały bezpiecznie na dnie mojej szuflady, przez Polskę w kolejnych latach przewalały się rozmaite sensacyjne publikacje. Pomawiani, a niejednokrotnie wręcz oskarżani, demaskowani i pogrążani byli Lech Wałęsa (po wielekroć), Bogdan Borusewicz, Andrzej Przewoźnik, Andrzej Grajewski, Jarosław Szczepański, Marek Jerzy Nowakowski i tylu innych. Bezlitosne pióro Piotra Semki smagało nowego prymasa abp. Henryka Muszyńskiego. „Rzeczpospolita” albo piętnowała kolejnych agentów, albo – niepomiernie rzadziej – łaskawie kogoś uniewinniała; ostatnio nuncjusza abp. Józefa Kowalczyka. Bronisław Wildstein, ogłaszając wcześniej w Internecie swoją listę, cień podejrzenia rzucił na tysiące Bogu ducha winnych ludzi.

Jakiś czas temu „Polityka” dała na okładce podobiznę Janusza Kurtyki, przybranego w strój myśliwski. Tytuł był proroczy: „Wielki Łowczy”. Z wyjątkową zajadłością szef IPN tropił zwłaszcza dwóch prezydentów Polski niepodległej – Lecha Wałęsę i Aleksandra Kwaśniewskiego. W roli chłopów z nagonki ochoczo występowali Sławomir Cenckiewicz, Jan Żaryn, Piotr Gontarczyk, Piotr Zyzak i cały zastęp zaufanych dziennikarzy z „Gazety Polskiej”, „Rzeczpospolitej” czy „Wprost”.

Zapowiadając kolejną demaskatorską publikację o Kwaśniewskim, IPN z miesiąca na miesiąc podsycał emocje. Wreszcie ukazała się praca Piotra Gontarczyka „Aleksander Kwaśniewski w dokumentach SB. Fakty i interpretacje”. Interpretacje są takie, że skoro przygważdżających faktów nie ma, tym gorzej dla faktów. Przykład: według IPN Kwaśniewski jako agent SB Alek pracował w „Życiu Warszawy”. Fakty: Kwaśniewski nigdy nie pracował w „ŻW”. Interpretacja: cóż z tego – Kwaśniewski to Alek.

Tekst niniejszy zatem dedykuję oraz ofiaruję – wraz z kompletem materiałów – Instytutowi Pamięci Narodowej. Z pewnością będą wiedzieli, co z nim zrobić. Przecież Sasza brzmi jeszcze lepiej niż Alek.

 

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną