Afgański alfabet mundurowych
Ł. Ładunek.
Najprostszą bombę można skonstruować z nawozu sztucznego i przepracowanego oleju silnikowego. A te bardziej skomplikowane upakowywać w wielkie czajniki, które Afgańczycy często zabierają ze sobą w podróż. Łatwo go zakopać. Ale to jeszcze nie tłumaczy, dlaczego tak łatwo przychodzi im zabijanie.
M. Maryla.
Żołnierze chcieli Dody, ale miała przyjechać Halina Frąckowiak. Ostatecznie zgłosiła się Maryla Rodowicz, co zachwyciło kadrę oficerską. A szeregowym dało nadzieję, że gwiazda przywiezie jakiś fajny chórek. Zresztą ktokolwiek by przyjechał, żołnierze chętnie by przyszli, bo poza ministrem obrony narodowej, kilkoma posłami i dziennikarzami nikt ich nie odwiedza. – Amerykanie w Bagram co miesiąc kogoś mają. Przed świętami na przykład gwiazdy wrestlingu, a u nas miał być biskup polowy – mówi jeden z żołnierzy. Ostatecznie biskup polowy też nie doleciał.
N. Noor.
Ma 15 lat, co według standardów afgańskich czyni go dorosłym. Pracuje w sklepie ojca na terenie polskiej bazy w Ghazni. Można tam kupić wszystko, od pasty do zębów po laserowy celownik. A do tego jeszcze Rolexa. Za jedyne 60 dol. Okazja. Źródłem tych okazji jest kabulski Bush Bazar. (Nazwa stąd, że większość sprzedawanych tam towarów wyciekła z magazynów amerykańskiej armii). Noor łamaną, ale zrozumiałą angielszczyzną zachwala towary. Ale dusza handlowca toczy z nim wewnętrzny pojedynek z duszą dziecka. Kiedy tylko sklep robi się pusty, wraz z innymi równymi mu wiekiem sprzedawcami gra w piłkę. Poza bazą raczej się nie gra. Talibowie nie pozwalali i jakoś tak zostało.
O. Odwrót.
Wojskowi, a tym bardziej politycy unikają tego słowa jak zarazy. Wolą mówić o przekazaniu odpowiedzialności Afgańczykom. Problem w tym, że jedyni Afgańczycy, którzy naprawdę palą się do brania odpowiedzialności, to talibowie. Dlatego cały wysiłek skierowany jest na wyszkolenie afgańskiej armii ANA i policji ANP. Na razie żołnierze ANA są co prawda uzbrojeni w kałasznikowy, ale każdy innej produkcji. Wiele to broń zdobyczna, bo taka tradycja. Bluzy, spodnie, kamizelki kuloodporne, wszystko w różnych kamuflażach, wygrzebane przez siły koalicyjne ze swoich magazynów. Szyk bojowy pęka, kiedy tylko widzą fotoreportera, który chce im zrobić zdjęcie. A później kładą się na strzelnicy i jakby nigdy nic ładują cały magazynek w dziesiątkę.
P. Pieniądze.
To dla pieniędzy jedzie tam większość polskich żołnierzy. A jednocześnie trafiają do sztucznego świata bezgotówkowego. Poruszając się po bazie musisz sprawdzić, czy masz broń, latarkę. Ale kompletnie nie dbasz o zabranie pieniędzy. Właściwie nie są ci do niczego potrzebne. Po pierwsze, nie bardzo jest gdzie je wydać. Działający przy bazie afgański bazar otwierany jest tylko w środy i soboty. A sklepiki są tylko w niektórych bazach. O zakupach poza bazą można zapomnieć. Po drugie, nie musisz kupować jedzenia, bo wydawane jest za darmo. Słodycze i napoje też. Na drinka nie wpadniesz, bo najbliższy legalny sklep z alkoholem jest jakieś 500 km stąd. Rachunki za prąd, wodę przez pół roku w ogóle cię nie interesują. Gdy podrzesz mundur, to dostaniesz nowy. Gdy go ubrudzisz, to oddasz do pralni, też za darmo. Komórkę z reguły wyłączasz pierwszego dnia po przyjeździe i włączasz 182 dni później. Wojsko gwarantuje ci cztery minuty darmowych rozmów z rodziną dziennie. Ten utopijny, bezgotówkowy świat wspólnoty pierwotnej cholernie wciąga. Tym bardziej boli powrót do kraju. Niezapłacone rachunki, długi do oddania. To jeden z powodów, dla których chce się tam wrócić.
R. Rambo.
Nauczyciel w jednej z wiosek nieopodal Ghazni na temat talibów mówi mało: – Nie ma ich tutaj i nigdy nie było. Mówi to bez zmrużenia oka. Za to o potrzebnej pomocy mówi dużo wydatnie gestykulując. Wspomina coś o laptopie, który tutaj we wsi bardzo by się przydał. – Można by uczyć dzieci. No i oglądać filmy. Jaki jest jego ulubiony? – „Rambo, pierwsza krew” – odpowiada bez wahania. Kiedy trwa spotkanie ze starszyzną i nauczycielem, żołnierze robią szybkie testy chemiczne na kontakt z materiałami wybuchowymi. U jednego test wychodzi pozytywnie. Starszyzna zapewnia, że to człowiek, który pracuje przy wysadzaniu skał.
S. Siłownia.
Na każdej misji tylko stołówka jest częściej odwiedzanym miejscem. Dlatego amerykańska armia bardzo zabiega, żeby w obydwu odbierany był wojskowy telewizyjny kanał propagandowy. W Afganistanie wypad na siłownię jest czynem po części heroicznym. Rzeźbić sylwetkę na wysokości ponad 2 tys. m to jednak wyzwanie. Różnica ciśnień i zawartość tlenu jest tak różna, że świeżo przybyli z Polski na powitanie dostają krwotoków z nosa. Po dwóch tygodniach jest już znacznie łatwiej. Na siłowni można wypocić złe wieści z domu, odreagować stres po patrolu. Zmęczyć się na tyle, żeby dało się usnąć. Z tych wszystkich powodów siłownia dobrze się kojarzy. Amerykańskie z reguły są czyjegoś imienia. Najczęściej żołnierza, który zginął. W centralnym miejscu wisi gablotka, z której można wyczytać jego krótki życiorys. Obejrzeć kilka jego zdjęć i obowiązkowo jakiś przedmiot, który do niego należał. Najczęściej ulubioną czapkę albo piłkę do baseballa. Oczywiście wszystko na tle gwiaździstego sztandaru. Polskie wojsko miało skopiować ten zwyczaj. Były plany nazwania szpitala polowego imieniem majora Jacka Kosteckiego, lekarza, który zginął na III zmianie w Iraku. Ale jakoś nie wyszło.
T. Topór.
Kapelusze polskich żołnierzy uchodzą za mało urodziwe. Dlatego już w Iraku próbowano coś z nimi zrobić. Noszenie niedbałe i bez modelowania ronda określane jest stylem na Pawlaka. Wywinięty na kowbojską modłę to styl na Johna Wayne’a. Najtrudniej wymodelować kapelusz na tzw. topór. Prawy brzeg musi być równo uniesiony do góry pod kątem 90 stopni. A góra wcięta i złączona. Misterną konstrukcję podtrzymuje pasek od podbródka.
U. Ula Brzydula.
Seriale to jedna z silniejszych nitek wiążących z krajem. Dla jednych to namiastka życia zostawionego w kraju, dla innych punkt na dosyć monotonnej mapie dnia. Dosyć długo łeb w łeb szły „BrzydUla” i „Barwy szczęścia”. Odkąd „BrzydUla” zeszła z anteny, żołnierzom pozostały „Barwy szczęścia”.
W. Wiara.
Sądząc po ukradkowym żegnaniu się znakiem krzyża przed patrolem, jest silna. Ale po liczbie żołnierzy na mszach tego nie widać.
Z. Zmarli.
– Najbardziej boję się, że jak zginę, to moim rodzicom przyjdzie powiedzieć to mój dowódca. To taki idiota, że strach pomyśleć, co im powie – martwi się jeden z żołnierzy. Standardowej formułki nie ma. Ale rodzice, żony słyszą z reguły, że ktoś był świetnym żołnierzem i zginął w słusznej sprawie. Wojsko zastanawia się, czy wzorem Amerykanów nie przeszkolić kilku żołnierzy do tych najtrudniejszych wizyt. Podobno najtrudniej wytłumaczyć rodzinie, że trumna musi być zamknięta.


