Rozmowa z Arturem Domosławskim
Imperium cesarza
Z biegiem czasu Kapuściński zmienia emploi: z reportera, który odkrywa świat, stara się stać mędrcem, zrozumieć i objaśnić ten świat. Wolałem go w tej pierwszej roli.
Ta ewolucja ma dwie przyczyny. Pierwszą jest wiek: przestaje porywać się na długie, wyczerpujące podróże, zwłaszcza że ma kłopoty zdrowotne. Jeździł prawie do końca, ale zwykle na krótko. Drugą przyczyną są jego aspiracje. Będąc reporterem chciał być pisarzem. Do jednego z przyjaciół mówił: ty to jesteś pisarzem, a ja tylko dziennikarzem. Gdy już uznano go za pisarza, miał następne pragnienie: zostać myślicielem.
Niektórzy krytycy uważają, że był odkrywczy wtedy, gdy fizycznie dotknął rzeczywistości, zmęczył się i ubrudził, Kapuściński biblioteczny – jak mówią – jest nierówny. Sądzę, że i ten biblioteczny był oryginalny. Podważał pogląd, że w latach zimnej wojny w Trzecim Świecie miała miejsce walka dobrego Zachodu ze złym komunizmem. Ukazywał, że siłą zniewalającą w krajach Południa był Zachód. Tę refleksję przenosił na czas po zimnej wojnie.
Miał oryginalne refleksje dotyczące korzeni totalitaryzmów. W „Hebanie” pisze, że pogarda dla Innego, traktowanie Innego jako nieczłowieka, została zapisana w dziennikach okrętowych łowców niewolników. Europejczycy, którzy zaznali pogardy w czasach Holocaustu i Gułagu, czynili dokładnie to samo wobec Afrykanów wcześniej.
Zauważał też, że w epoce globalizacji ogromne połacie świata ulegały deglobalizacji, mówił o nich jako o nowych białych plamach na mapie. Miał małe genialne odkrycia – np. że życie w Afryce zrewolucjonizowało wynalezienie plastikowego kanistra, w którym można nosić wodę. Nie tworzył wielkich teorii, lecz w małych obserwacjach bywał oryginalniejszy od niejednego mędrca.
Zwraca pan uwagę, że Kapuściński tworzył własną legendę. Ale po co wspaniały pisarz, który odniósł światowy sukces, podpiera się legendą?
Pochodził z małego kraju, którego języka nikt za granicą nie rozumie, zza żelaznej kurtyny. Uważał, że aby go zauważono, potrzebuje legendy. Zasłużenie cieszył się sławą świadka rewolucji, upadku kolonializmu, narodzin Trzeciego Świata. Do tego wizerunku dopowiadał bądź pozwalał innym wierzyć, że znał, ba! nawet przyjaźnił się z wieloma legendarnymi postaciami: Lumumbą, Che Guevarą... Tymczasem do Afryki przyjechał, kiedy Lumumba już nie żył. O tym, że znał ich obu, napisano w nocie na okładce angielskiego wydania „Wojny futbolowej”, ale gdy zagadnął go o to biograf Che, Jon Lee Anderson, Kapuściński powiedział, że to błąd wydawcy. Nigdy błędu nie sprostował, informacja o przyjaźni z Che pojawiała się na okładkach kolejnych książek i w reportażach o nim... Legenda rosła sama.
Czy tak też było z opowieściami o niebezpiecznych przygodach?
Wiem, że gdy opowiadał o nich przyjaciołom, robił to z przymrużeniem oka. Z upływem lat zaczął tę legendę traktować serio i nie prostował, gdy pisano np. o niedoszłych rozstrzelaniach. Wielokrotnie zresztą znajdował się w sytuacjach naprawdę niebezpiecznych, choćby w czasie wojny w Angoli.
Nie stał przed plutonem egzekucyjnym?
To sprawa pełna niuansów. Proszę cierpliwie poczekać na książkę.
Przyjaźniliście się. Nie było dla pana trudne ukazanie niepomnikowego Ryśka?
Trochę, na początku. Ale przecież ludzie nie żyją na pomnikach tylko na ziemi. Kapuściński miał swoje pomniki i hagiografie, a wciąż mało o nim wiedzieliśmy. To, co pisał i mówił, nie jest w Polsce przemyślane. Jak każdy autor naiwnie wierzę, że moja ksiażka to zmieni – bez takiej wiary nie ma po co siadać do komputera. Uważam też, że Kapuściński zagłaskiwany, złożony z laurek i bezrefleksyjnych zachwytów jest mało zajmujący, niczego nie uczy, nie stawia wymagań. Tylko Kapuściński non-fiction jest fascynujący i pouczający.
Nieraz w czasie pracy nad książką przypominała mi się rozmowa z profesorem ze Stanfordu Claybornem Carsonem, historykiem, wydawcą pism Martina Luthera Kinga. Carson był zaufanym wdowy, przekazała mu wszystkie papiery męża, udostępniła archiwum, a on odkrył, że King popełnił plagiat w pracy doktorskiej. I ogłosił to w prasie. Wdowa była wściekła, ale z czasem zrozumiała, że uczciwy badacz nie mógł postąpić inaczej. Miała klasę.
Spytałem Carsona, czy był zdruzgotany odkryciem. Odpowiedział, że nigdy nie patrzył na Kinga jak na Boga, lecz jak na człowieka. Bo fascynujące jest to, jak zwykli ludzie potrafią robić rzeczy niezwykłe. Niedobrze podziwiać ich za to, że są doskonali, bo jeśli okaże się, że mają skazy – a zawsze mają (King miał np. słabość do kobiet) – nasza wiara musi lec w gruzach. Lepiej podziwiać idoli za niezwykłe rzeczy, które czynią, pomimo że są zwykłymi istotami. Mając w pamięci słowa mojego profesora, mimo rozmaitych odkryć, nadal mogę Ryśka podziwiać – jak przyjaciela i mistrza.
W jednym z rozdziałów opisuje pan znajomości Kapuścińskiego w wysokich kręgach PZPR.
Kapuścińskiego czytamy i kochamy, bo wielkim reporterem i pisarzem był. I nie dlatego był wielki, że znał Frelka czy Kliszkę. Istotnie, utrzymywał kontakty z ludźmi władzy, także przyjacielskie, które pomagały mu w karierze. W PRL ktoś musiał te wyjazdy uznać za celowe, poprzeć, podpisać wniosek itp. Kapuściński potrafił odnaleźć się w takich warunkach.
Z ludźmi władzy zadawał się jednak nie z cynizmu. Przez wiele lat był komunistą z przekonań, prawie trzy dekady członkiem partii. Przeżywał rozczarowania, ale długo wierzył w socjalizm, zwłaszcza że kapitalizm i Zachód znał w wersji kolonialnej i postkolonialnej, od strony spustoszeń i zbrodni, jakie wolny świat popełnił w krajach Południa. Traktował PRL jako swoje państwo i kontakty z ludźmi władzy nie były dla niego niczym wstydliwym, jak w dzisiejszych opowieściach dekomunizatorów.
W ostatnich latach mniej się cieszył z sukcesów, a bardziej obawiał, że lustratorzy zrobią mu krzywdę. Obawiał się też, że legenda może lec w gruzach. Od połowy lat 90. lepiej czuł się za granicą niż w Polsce – w sensie intelektualnym i duchowym. Po pierwszych latach zachłyśnięcia się końcem Historii na Zachodzie wraca zapotrzebowanie na lewicowość, a Kapuściński do końca miał serce po lewej stronie, i to w wersji trzecioświatowej – z wyczuleniem na krzywdy, nierówności.
W Polsce, gdzie dominuje myślenie wolnorynkowe i neoliberalne, czuł się trochę jak ktoś z innej planety. W „Lapidariach” są notatki, których nie powstydziliby się radykalni krytycy neoliberalizmu i nowych form imperializmu. Świetnie czuł się prowadząc zajęcia w Ameryce Łacińskiej, wygłaszając odczyty w Hiszpanii i Włoszech. Miał tam ze swoją publicznością chemię, jakiej w Polsce nie miał chyba nigdy.
***
„Kapuściński non-fiction” pióra Artura Domosławskiego ukaże się wkrótce nakładem wydawnictwa Świat Książki. Książka powstała na zamówienie wydawnictwa Znak, które nie zdecydowało się jednak na druk.

