Adam Krzemiński
16 września 2010

Spory o polską germanistykę

Zrozumieć Niemcy

Spotkanie 1700 germanistów z całego świata w salach UW to dobra okazja, by przyjrzeć się, co Polacy robią dla germanistyki i co ona daje Polakom.

Europejskie filologie nie są już – na szczęście – świątyniami narodowej tożsamości, jakimi były w XIX w. A profesorowie literatury nie są ani kapłanami narodowych sensów, ani sternikami życia literackiego. Nie rozstrzygają wielkich ideologicznych debat wokół powieści totalnej, realizmu mieszczańskiego, new historicism, nouveau roman czy postmodernizmu. Nie są też papieżami literatury, jakimi w powojennych Niemczech byli choćby Hans Mayer czy Joachim Kaiser, a u nas Kazimierz Wyka, Jan Błoński czy jeszcze niedawno Maria Janion, których eseje publikowane w prasie byłyby namaszczeniem nowych nurtów czy autorów.

Tamta literacka opinia publiczna już nie istnieje. Rozpadają się tradycyjne hierarchie pisarskie. Pogruchotane zostały narodowe kanony literackie. A demokratyzacja uczelni i spłaszczenie programów nauczania nałożyły się na rewolucję elektroniczną w mediach. Na studia humanistyczne przychodzi pokolenie Wikipedii, mało obyte z analizą klasycznych tekstów i lekturą kilkusetstronicowych prac z teorii literatury (szerzej piszemy o tym na s. 80).

Na ten swoisty analfabetyzm narzekali podczas dyskusji w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego profesorowie z Niemiec, Polski, Indii i Turcji. Ale – jak wynika z dramatycznego apelu Stanisława Bortnowskiego, opublikowanego w „Kwartalniku Polonistycznym” – nie są to lamenty wyłącznie germanistów. Tyle że w Niemczech spór wokół kryzysu niemieckiej nauki toczy się od lat w prasie codziennej i tygodniowej. Winnych szuka się w ewolucji elektronicznej, ale i w rewolcie młodzieżowej 1968 r., która obalała autorytety i dyskredytowała solidne mieszczańskie wykształcenie. W efekcie – alarmował w „Die Zeit” Ulrich Greiner – żadnego kryzysu germanistyki nie ma, ponieważ „nie ma już germanistyki... germanistyka poszła na emigrację do kulturoznawstwa i literaturoznawstwa porównawczego, zapewniła sobie poklask uprawianiem nauki o mediach i komunikacji społecznej, oferując szkółki pisania, gender studies, analizę filmów i posługiwanie się komputerem...”.

Bankructwo humanistyki?

Germanistyka, polonistyka czy inne neofilologie na pierwszy rzut oka mają się dobrze. Studentów aż w nadmiarze. Dorobek – sądząc po liczbie referatów, prac magisterskich i doktorskich – nie byle jaki. A jednak krakowski „Znak” alarmował w październiku z powodu „bankructwa humanistyki”. Studenci nie potrafią czytać i analizować tekstów, przyjmując tylko te przekonania polityczne, religijne czy społeczne autora, które sami podzielają. Zaś Homera, Arystotelesa, Szekspira czy Dostojewskiego uważają za przestarzałych.

Inspiracją dla „Znaku” była książka amerykańskiego germanisty Johna M. Ellisa „Literatura utracona. Programy społeczne a rozkład humanistyki”. Ale w debacie redakcyjnej jedynie sędziwy Henryk Markiewicz przestrzegał przed ponownym nadużywaniem nauk humanistycznych w służbie kolejnych ideologii. Nauki humanistyczne czy, jak mówią Niemcy, nauki „o duchu”, czyli istocie, najwyższych sensach spraw (Geisteswissenschaften) – dopiero pod koniec XIX i na początku XX w. stały się matecznikiem narodowych ideologii. Były fundamentem narodowej tożsamości państwa uzyskanego „krwią i żelazem”. W przypadku niemieckim w 1871, a w polskim – w 1918 r. I podsuwały mitograficzne uzasadnienie politycznych aspiracji.

Sto lat temu germanistyka uniwersytecka uważała się za strażnicę oporu przeciwko francuskiemu intelektualizmowi czy anglosaskiemu merkantylizmowi. Natomiast polonistyka czynnie uczestniczyła w dysputach o moralnych sensach polskich dziejów. Jeszcze w 2006 r. Tadeusz Drewnowski swe szkice o Marii Dąbrowskiej, Zofii Nałkowskiej, Jarosławie Iwaszkiewiczu, Gombrowiczu, Witkacym, Ściborze-Rylskim i innych mógł zasadnie zatytułować „Porachunki z XX wiekiem”.

Po pierwszej dekadzie XXI w. trudno byłoby szkice o aktualnej produkcji literackiej zatytułować „Obrachunki z początkiem nowego wieku”. Choć tak wiele w niej science fiction i bezradnego szyderstwa z naszych czasów.

Krajobraz po bitwie

Po upadku wielkich utopii XX w., zarówno tych lewicowych, jak i prawicowych, humanistyka uniwersytecka zdaje się przypominać krajobraz po bitwie. Ponieważ niepodobna już wydawać sensownych sądów „o wszystkim”, więc pozostaje jedynie bycie lewicowym liberalnym konserwatystą – jak mawiał Kołakowski – oraz pisanie przyczynków, cząstkowych wyjaśnień, zarysów i hipotez.

Mimo że u nas całymi tygodniami toczą się spory o symbole, zasadnicze sensy polityki kryją się w kwestiach ekonomicznych i technicznych, a nie w obsługiwaniu historycznych uprzedzeń i pielęgnowaniu obrazu wroga. Ideolodzy naszej rewolucji konserwatywnej lat 2005–07 odwoływali się do wzorów II Rzeczpospolitej, Lech Kaczyński do sanacji, a Jarosław do endecji. A za programową zasadę swej polityki uznali nieufność wobec sąsiadów. „Jestem dumny, że nie znam żadnego Niemca” – mówił kandydat na prezydenta.

Równocześnie ideolodzy naszej rewolucji konserwatywnej nie ukrywali, że pociąga ich teoria niemieckiego filozofa prawa Carla Schmitta, który uważał, że istotą polityki nie jest partnerska kooperacja, lecz permanentna konfrontacja – dzielenie podmiotów politycznych na wrogów i przyjaciół. Konsekwencją odrzucenia zasady dialogu i współpracy była frontalna denuncjacja krytycznej inteligencji humanistycznej jako „łże-elit” i zamknięcie się w narodowej hagiografii.

Z dala od polityki

Nawet jeśli absolwenci germanistyki – Marek Cichocki, jako tłumacz filozofii politycznej Carla Schmitta, był przez pewien czas doradcą Lecha Kaczyńskiego – czynnie uczestniczyli w projektowaniu polityki zagranicznej IV Rzeczpospolitej, to germanistyka uniwersytecka tradycyjnie trzymała się z dala od bieżącej polityki. W czasach PRL zajmowały się nią silne ośrodki niemcoznawcze jak Instytut Zachodni w Poznaniu czy warszawski PISM. A obecnie także najróżniejsze grupy studyjne i fundacje.

Katedry neofilologii natomiast tradycyjnie kształciły przede wszystkim nauczycieli języków obcych, nie bardzo rozszerzając ich maturalną znajomość kultury polskiej, co w życiu zawodowym nie ułatwiało przejmowania roli „tłumaczy obrotowych” dwóch kultur. Kilku polskich profesorów literatury niemieckiej zdobyło uznanie międzynarodowe. Nieżyjący już Marian Szyrocki był jednym z najlepszych na świecie znawców niemieckiej literatury barokowej XVII w. Co nie znaczy, że znajomość poezji Andreasa Gryphiusa udało mu się zaszczepić także w polskiej świadomości literackiej.

Z polskich germanistów akademickich chyba jedynie Hubert Orłowski wywarł głębszy wpływ na krajowe debaty kulturalne, tradycyjnie zdominowane przez polonistów i historyków. W latach 70. jego „Literatura III Rzeszy” była odbierana jako ważne źródło poznania postaw w totalitaryzmie, a po 1989 r. jego znakomita „Polnische Wirtschaft” pokazała nam krzywe zwierciadło niemieckich stereotypów o Polsce od XVIII w. Poznański germanista znalazł doskonałego partnera w osobie Tomasza Szaroty, syna założycielki warszawskiej germanistyki prof. Elidy-Marii Szaroty, który swym wnikliwym „Niemieckim Michelem” pokazał polskiej opinii dzieje powstania niemieckiego autostereotypu – często w zderzeniu ze stereotypem Polaka.

Niewątpliwym wkładem polskiej germanistyki do kultury ogólnonarodowej było wychowanie grupy znakomitych tłumaczy: Jacka Burasa, Andrzeja Kopackiego, Jakuba Ekiera, Wojciecha Kunickiego czy Małgorzaty Łukasiewicz, którzy znaleźli oparcie w „Literaturze na świecie”, a jej numery niemieckie – w latach 70. i 80., jak choćby poświęcony Jüngerowi, były odkryciem dla polskiego środowiska literackiego.

Po przełomie 1989 r. co prawda wzrosło zainteresowanie Niemcami, ale równocześnie załamał się tradycyjny obieg opinii publicznej. Zniknęły tygodniki kulturalne, a wraz z kryzysem prasy więdnąć zaczęły także dodatki kulturalne

...

[pełna treść dostępna dla abonentów]

Polityka on Facebook

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną