Jacek Piekara
14 stycznia 2010

Fragment książki "Ja, inkwizytor. Wieże do nieba"

Knotte był pijakiem i dziwkarzem, ale nawet jego chęć i chuć ustępowały przed jego chciwością. Dlatego nie sądziłem, bym z nagrody, którą przyzna nam margrabina, zobaczył więcej niż jedną dziesiątą. A i tak jedynie w wypadku, jeśli mistrz Albert będzie w dobrym nastroju.

Nie zamierzałem, oczywiście, tkwić wśród tego całego bałaganu oraz smrodu, więc wyszedłem przed dom i przysiadłem na schodach, wcześniej tylko kazałem stanąć przy drzwiach gołowąsowi z miejskiej straży, który nam towarzyszył. Inkwizytorzy, nawet tak niedoświadczeni jak ja, są przyzwyczajeni do widoku krwi, wszelakiego odoru produkowanego przez ludzkie ciała oraz fluidów z niego się uwalniających, lecz nie znaczy to, że mamy się delektować podobnymi widokami czy podobnymi zapachami. Zwłaszcza że zostałem pobłogosławiony, może lepiej powiedzieć: dotknięty przekleństwem,

nadzwyczaj czułego zmysłu powonienia.

Na stopniach wychodzących na wąską uliczkę nie czułem się wiele lepiej niż wewnątrz. Gorące, wilgotne powietrze zdawało się oblepiać całe ciało niewidzialnym, zatykającym dech w piersiach całunem, a złożona z odpadków i nieczystości breja schła w promieniach słońca.

Schła i, schnąc, nieprawdopodobnie śmierdziała. Wszędzie wokół unosiły się chmary tłustych much o zielonych odwłokach i błyszczących skrzydłach. Bzyczenie, który wydawały, doprowadzało mnie do szału. Już zastanawiałem się, czy nie wrócić do pokoju i nie wybrać jednak towarzystwa martwej kobiety, kiedy podszedł do mnie krępy, starszy mężczyzna. Okolona wianuszkiem siwych włosów, spocona łysina błyszczała mu w słońcu.

– Jestem ojcem – powiedział cicho i spojrzał na mnie wzrokiem zbitego psa.

– Gratuluję – odparłem ironicznie. – Ale to chyba powód do dumy, nie żalu?

I nagle uświadomiłem sobie, jaką popełniłem niezręczność.

Zerwałem się ze schodów.

– Jesteście ojcem tej dziewczyny?

Skinął głową.

– Elżbieta. Miała na imię Elżbieta – wyrzekł głucho. – Elżbieta Holz.

No to nie dość, że dziewczyna była ulubioną służącą jaśnie pani, to jeszcze jej imienniczką. Niedobrze.

Margrabina von Sauer naprawdę mogła mieć do sprawy bardzo osobisty stosunek, co oznaczało, że szczególnie intensywnie przyjrzy się pracy zatrudnionych inkwizytorów.

Zwłaszcza że mistrz Albert wydusi od niej fortunę.

– Przykro mi.

– Chociaż oczy jej zamknę na wieczny odpoczynek.

Wolałem mu nie mówić, iż w takim celu nie ma po co wchodzić do środka, gdyż jego córka nie tylko nie ma oczu, ale w zasadzie w ogóle nie posiada już twarzy. Uznałem jednak, że byłoby to co najmniej niedelikatne, a w końcu nawet jeśli nie ma się szczególnego szacunku dla ludzkiej boleści, nie warto chociaż okazywać ostentacyjnego lekceważenia.

– Nie wolno – rzekłem stanowczo. – Wybaczcie, to rozkaz jaśnie oświeconej pani margrabiny.

Rozpłakał się. Bezdźwięcznie. Nie zachlipał, nie załkał, nie zaszlochał. Po prostu po jego steranej, pomarszczonej twarzy zaczęły płynąć wielkie jak groch łzy. Jedna za drugą, jakby biły z tego samego źródła, nad którym rozpaczała Niobe, kiedy bogowie raczyli pofatygować się na ziemię i wybić jej potomstwo.

– Moja mała dziewczynka – wyszeptał wreszcie. – Światło moich oczu. Jedyny sens życia.

– Nie macie innych dzieci?

– Miałem. Miałem, ale pomarły w niemowlęctwie. Ona mi jedna została. Taka słodka, taka dobra, taka piękna...

Ująłem starego pod ramię.

– Pozwólcie ze mną, jeśli łaska – poprosiłem. – Na życzenie dostojnej pani margrabiny prowadzę śledztwo w sprawie śmierci waszej córki. Pomóżcie mi, proszę, by można schwytać i osądzić bestię, która jej to uczyniła.

Polityka on Facebook
Newsletter
Zapisz się, by w każdy piątek otrzymać informacje o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych
Literatura Polska

Autorzy POLITYKI

»