O tym, że Ewald był świnią, wiedziałam już od dawna. W końcu byłam jego żoną przez dwadzieścia cztery lata i znałam go lepiej niż ktokolwiek na świecie, nawet jeśli nasz związek przez ogromną większość tego czasu polegał tylko na głębokiej niechęci, która z czasem zmieniła się wręcz w cielesne obrzydzenie.
To, że Ewald uganiał się za naszymi pokojówkami, także nie było dla mnie nowością. Zawsze taki był, odkąd sięgam pamięcią. Już przed tym jak się pobraliśmy, potem podczas naszego miesiąca miodowego, moich ciąż, wtedy kiedy dzieci były małe, a także później jak już trochę podrosły i na to wszystko patrzyły. Po prostu nie był w stanie odpuścić żadnej spódniczce.
Jednak to, że w biały dzień, w naszej wspólnej kuchni, napastował piekącą chleb Teresę, było dla mnie czymś nowym.
Weszłam właśnie do kuchni kiedy ciężko dysząc przyparł ją do kuchennego stołu i ociężale gramolił się na nią, jednak ona - ledwie docierało do mnie to, co się dzieje - chwyciła ostry ciężki nóż kuchenny leżący na stole i wbiła mu w plecy. Odrobina krwi wypłynęła z rany, ale żaden dźwięk nie wydobył się z ust mojego blednącego małżonka. Zwalił się jak worek kartofli na podłogę, z obnażonym opadającym członkiem, kierując zdziwione spojrzenie w sufit. Odszedł od nas nie powiedziawszy ostatniego słowa. W sumie piękna śmierć.
Teresa odskoczyła przerażona od stołu kuchennego. Ledwo trzymała się na nogach. Na twarzy wyskoczyły jej rumieńce, nie ze wstydu ale ze strachu i wściekłości na tak ohydną próbę gwałtu. Odzyskawszy poczucie rzeczywistości wyciągnęłam nóż z rany i zapięłam trupowi rozporek. Ciężko się go wyciągało - jakby ze zbyt mocno spieczonej pieczeni wołowej. W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi i usłyszałam jak służący wpuszcza kogoś do środka.