Rozmowa z Wernerem Herzogiem
Szok pierwszego spojrzenia
Robiąc filmy o plemieniu saharyjskich nomadów, wędrując po peruwiańskiej dżungli, zastanawiając się nad pochodzeniem człowieka, stale musiał się pan stykać z wiarą. Nie jesteśmy dziećmi bożymi?
Zawsze fascynowało mnie to, co kryje się za otoczką kultury, historii, wychowania. Ujrzeć ciemną, pierwotną naturę człowieka, to był cel wielu moich wysiłków i poszukiwań. Interesowała mnie zbrodnia, której ulegał żyjący ponad prawem i moralnością Aguirre poszukujący w dzikiej amazońskiej puszczy Eldorado. Ciekawiło mnie okrucieństwo Bokassy, samozwańczego cesarza Republiki Środkowoafrykańskiej, który był kanibalem, miał 17 żon i 56 dzieci. Z tego samego powodu zamierzałem nakręcić film o Mike’u Tysonie, który przypominał mi taki prehistoryczny typ. Żywiąc kult przemocy z ciałem jak u bizona, pozostawał jednocześnie na swój sposób niewinny. Nieuformowany wewnętrznie. Mnie się wydaje, że ludzie zyskali tożsamość, walcząc brutalnie ze światem. Definiują nas przeszkody i pokonywanie ich. Sprawdzamy się jak kapitan na statku – dopiero w czasie burzy.
Pierwszym odruchem człowieka jest instynkt przetrwania?
Kiedy patrzy się na to szerzej, wydaje się, że przetrwanie naszego gatunku wcale nie jest pewne. W „Spotkaniach na krańcach świata” naukowcy przewidują, że czeka nas taki sam los jak dinozaury. Natura sama to wyreguluje. Jeśli chodzi o mnie, jestem pewien, że współczesne wysoko rozwinięte społeczeństwo technologiczne z jej konsumpcyjnym nastawieniem do życia nie przetrwa. Nie chcę przez to powiedzieć, że automatycznie cofniemy się do stadium zbieracko-łowieckiego. Powrotu do przeszłości nie ma. Wszystko, co robimy, jest nieodwracalne.
Realizując „Koło czasu”, dokument o buddyjskim święcie Kalaczakry i pielgrzymce kilkuset tysięcy mnichów do świętego miejsca Bodh Gaya, gdzie książę Siddhartha doznał oświecenia, miał pan wrażenie obcowania z sacrum?
Nie mam zbyt głębokiej wiedzy na temat filozofii buddyjskiej. Podchodzę z dystansem do Europejczyków, którzy stają się wyznawcami buddyzmu. Zresztą nawet Dalajlama odradza chrześcijanom oraz ludziom z innych kręgów kulturowych zmianę religii. I gdyby nie jego zachęta, nigdy ten film by nie powstał.
Filmując pielgrzymujące tłumy – zwłaszcza w Tybecie w okolicy góry Kailash, mitycznego miejsca uznawanego za centrum Wszechświata także przez wyznawców hinduizmu – czułem, że dotykam jakiejś tajemnicy. Ale nie z powodu sakralnej symboliki tego miejsca, tylko „boskości” samego krajobrazu, jego nieskalanego piękna. Dlatego m.in. powziąłem decyzję, by stanąć samemu za kamerą i własnoręcznie robić zdjęcia.
Ochrzczony i wychowany w tradycji katolickiej częściej jednak cytuje pan starożytne księgi niż Biblię. Dlaczego?
Piękno „Popol Vuh”, świętej księgi Majów, polega m.in. na tym, że opisuje całą serię boskich porażek podczas aktu stworzenia. Wizja Majów zdecydowanie odbiega zarówno od wersji judeochrześcijańskiej, jak i grecko-rzymskiej, w której zostaliśmy wychowani. W naszej tradycji kosmogonia kojarzy się z idealną równowagą wszystkich sił. W tamtej brakuje harmonii. Dlatego jest mi bliższa.
Czym jest według pana dokument – odkrywaniem nieznanych faktów?
Fakty to nie jest prawda. A mnie w kinie interesuje prawda, czyli to, co niewysłowione, ukryte pod powierzchnią zdarzeń. Jeśli szuka się w dokumencie wyłącznie nagich faktów, to ideałem powinna być informacja zawarta w książce telefonicznej: zawsze pewna i użyteczna. W sztuce taki porządek się nie sprawdza. Prawda jest odkrywaniem ludzkiej natury z jej fantazjami, mitami, poezją, emocjami, pięknem, strachem, snami. I prowadzi do ekstazy, do iluminacji.
Realizm w dokumencie się nie liczy?
Poczucie realizmu jest złudne, zwłaszcza dziś. Oglądając filmy i fotografie zastanawiamy się, co przerobiono w Photoshopie, czy i gdzie zastosowano efekty specjalne. Wirtualny świat zakłócił naturalny zmysł postrzegania. Trudno teraz powiedzieć, czym jest realność. Weźmy banalny przykład wrestlingu, sportu, który jego fani uznają za autentyczny. Walczący na niby gladiatorzy mają niesamowite mięśnie. Ich sylwetki są wyrzeźbione w pocie czoła na siłowni, by zapaśnicy przypominali nierzeczywistych herosów. Kobiety również poprawiają swój wygląd, robią operacje plastyczne, powiększają biusty, bo chcą się upodobnić do idealnych bohaterek komiksów. To wszystko plus gry komputerowe, telewizyjne reality show, Internet, zmuszają do zastanowienia, na ile rzeczywista jest sama rzeczywistość.
Można zajmować się tylko tym co autentyczne.
Nie można zahamować postępu technologicznego i zakazać ludziom używania nowych instrumentów tworzących pseudorzeczywistość. To sytuacja samurajów walczących na miecze z wojskiem wyposażonym w broń palną. Konfrontujemy się z czymś, co nas przerasta. I co nas zmienia. Omijając tę pułapkę, staram się umożliwić widzom przeżywanie spraw wzniosłych, kontemplowane absolutu nawet kosztem nazywania mnie wrogiem rzeczywistości.
***
Werner Herzog (ur. w 1942 r.) – jeden z najwybitniejszych reżyserów światowego kina. Pisarz, poeta, miłośnik oper. Zrealizował blisko 60 filmów, m.in. „Nosferatu wampir”, „Stroszek”, „Fitzcarraldo”, „Krzyk kamienia”, „Cobra Verde”. Po śmierci Klausa Kinskiego, ulubionego aktora, zajął się głównie twórczością dokumentalną. „Spotkania na krańcach świata” były nominowane do Oscara. „Odległa, błękitna planeta” otrzymała nagrodę FIPRESCI w Wenecji.

