Janusz Wróblewski
24 kwietnia 2012

Rozmowa z Bogusławem Lindą

Nie lubię żadnej swej roli

Aktor i reżyser opowiada o powrocie do teatru i o tym, jakie filmy można robić w Polsce, a jakich się nie da.

Janusz Wróblewski: – Po przeszło 20-letniej przerwie wrócił pan do teatru, reżyserując w warszawskim Ateneum sztukę rosyjskiego dramaturga Nikołaja Kolady „Marilyn Mongoł”. Jakie oczekiwania wiąże pan z tym powrotem?
Bogusław Linda: – W szkole filmowej, którą założyliśmy z Maćkiem Ślesickim, siłą rzeczy zbliżyłem się do podstaw kształcenia zawodowego aktorów – do tekstu teatralnego właśnie. Obudziła się nostalgia. Nie za graniem, bo jako aktor nie zamierzam wracać na scenę, ale za murami, za starymi, zakurzonymi kotarami i magią teatralną, tworzeniem kosmosu z niczego.

Skromna, realistyczna sztuka „Marilyn Mongoł” to dobry materiał do tworzenia takiego kosmosu?
W ramach ćwiczenia aktorskiego moi studenci zagrali jej fragment „na śmiesznie”, tak jak nie powinno się wystawiać tej sztuki. Zafascynowała mnie skala trudności inscenizacyjnych. To bardzo eklektyczny dramat z dziesiątkami rekwizytów, z licznymi odniesieniami do „Mewy” i „Wiśniowego sadu”.

O Polakach i współczesnej Polsce też coś istotnego mówi?
Gdyby nie mówił, pewnie nie warto by się za niego zabierać. Zostawmy jednak lokalne sprawy. Nie tylko w polskich miastach znajdziemy ludzi marzących o poprawie losu, wyrwaniu się z koszmarnej stagnacji, pragnących zapomnieć o ubóstwie materialnym, psychicznym czy umysłowym. „Marilyn Mongoł” mówi o tęsknocie, poszukiwaniach godniejszego życia, o miłości.

Jako reżyser teatralny zadebiutował pan ćwierć wieku temu w teatrze Studio „Przedstawieniem pożegnalnym” według Petera Mullera. Od tamtego czasu zmienił się bardzo styl polskiego teatru. Pojawił się Jarzyna, Warlikowski, a potem Zadara i Klata. Śledzi pan ich dokonania?
Bliski jest mi ferment. Lubię estetykę Warlikowskiego i Jarzyny. Znam styl Klaty i Zadary, który przypomina mi to, co filmowcy robili po odzyskaniu niepodległości. Kręciliśmy wtedy takie filmy jak „Psy” czy „Miasto prywatne”. Lała się w nich krew, padały brzydkie wyrazy. Brutalizowaliśmy kino. Szokowaliśmy. A teraz młodzi reżyserzy teatralni desakralizują teatr, który przestaje być świątynią sztuki.

I za to polubił pan teatr?
Za to, co robi z wyobraźnią, jak ją otwiera. Za inspirację – choćby samą scenografią i plastyką – do zobaczenia czegoś więcej. Jako reżyser lubię w teatrze burzyć ramy okna scenicznego, co być może wynika z mojego doświadczenia filmowego.

A nie z fascynacji teatrem Grzegorzewskiego i Swinarskiego, u których pan terminował?
Pewnie też. Także z teatru Wajdy, Jarockiego, których podziwiałem i na których się wychowałem.

A jednak świadomie zrezygnował pan z kariery teatralnej. Dlaczego?
Wiąże się to tylko i wyłącznie, nazwijmy to tak, z moją chorobą psychiczną – z niemożnością codziennego powtarzania roli. Grania przez ileś tam miesięcy z tymi samymi aktorami tego samego.

Co w tym złego?
Czuję bezsens przepływającego mi między palcami życia. Nie potrafię co wieczór siedzieć jak idiota przed lustrem w garderobie, stroić miny i wysłuchiwać nudnych opowieści kolegów o robieniu zakupów albo o kolacji, którą zamierzają zjeść po spektaklu.

Tak samo jest na planie filmowym, gdy czeka się na kolejny dubel.
Ja tego nie mam. Robienie filmu łączy się z przygodą. Wyjeżdżam do obcych miast. Zmieniam otoczenie. Raz się jeździ na koniu, innym razem skacze z helikoptera. Kocham atmosferę planu, przygodę związaną z aktorstwem.

Ciągnęło pana takie życie.
Tak, bardzo mnie to interesuje, krótko rzecz ujmując. Drugi powód, dlaczego nie gram w teatrze, to upokarzający psychicznie wstyd grania przed widownią. Nie mogę się tego wyzbyć. Zawsze się czuję postawiony w sztucznej sytuacji. Sprzedawanie swojej intymności boli.

W filmie nie sprzedaje pan prywatności?
Przed kamerą jest trochę inaczej. Robi się to jednorazowo. A w teatrze 360 dni w roku trzeba powtarzać. Tego akurat nie mógłbym znieść.

Niektórzy aktorzy odczuwają onieśmielenie i wstyd przed kamerą.
W kamerze jest bezduszność, dlatego jest łatwiej. Granie w filmie przypomina skok z dużej wysokości. Trzeba policzyć do trzech i otworzyć spadochron. Albo wyjdzie, albo nie. Ale to zostanie zarejestrowane. Zaczynałem karierę w czasach, kiedy metr taśmy filmowej kosztował dolara. Wtedy to był majątek. Staraliśmy się, by nie trzeba było powtarzać rzeczy źle zagranych. Ja należę do aktorów pierwszego dubla. W pierwszym gram. Potem już mi się nie chce.

Zawsze wychodziło?
To kwestia skupienia. Trzeba się obnażyć, zrobić co należy, a potem jest się wolnym.

Tę wolność ceni pan najbardziej?
Owszem.

Rozumiem, że aktorstwo to nie żadna misja, tylko zawód, dzięki któremu poznał pan smak ryzyka?
Mój dziadek mawiał, że szewc bywa artystą, gdy uda mu się zrobić model buta nieskończenie doskonały. Na co dzień jednak pozostaje rzemieślnikiem. Tak samo jest z aktorem. Aktor wykonuje pewną pracę, ale dąży – i to jest fascynujące w tym zawodzie – do absolutu, do doskonałości, do spotkania z Bogiem. To się zdarza.

Kiedy ostatni raz się zdarzyło?
Nie mówię o sobie. Tylko o aktorach w ogóle. Nie potrafię siebie oceniać, proszę tego ode mnie nie wymagać.

To które swoje role pan lubi?
Nie lubię żadnej. Słowo honoru. Dlatego, że w każdej bym coś poprawił. Powiem inaczej, gdybym którąś polubił, stałbym się kabotynem. Tak jak życie polega na poszukiwaniu Boga, miłości, szczęścia, tak w aktorstwie – skracając ten wątek – chodzi o rozwój, o poszukiwanie odpowiedniego scenariusza, operatora, reżysera. Czasami się uda. Innym razem trzeba się zadowolić tylko tym, że się pracowało nad czymś ważnym.

 

 

W ostatnich 10 latach występował pan w serialach, w kinie tylko w rolach drugoplanowych. Nie miał pan chyba wielu takich momentów?
No nie. Różne rzeczy na to się złożyły. Starzeję się. Do głosu dochodzą nowe pokolenia twórców. Nie otrzymywałem dobrych scenariuszy. Nie chciałem się spalić główną rolą w słabym filmie. W gorszych produkcjach wolałem się pokazywać w epizodach. A pracować musiałem, bo żyć z czegoś trzeba.

Może stawiał pan zbyt wygórowane żądania płacowe i to odciągało ambitniejsze projekty?
Proszę mi wierzyć, jeśli trafia do mnie interesująca propozycja, nie rozmawiamy w tych kategoriach. Wysokie stawki to zapora na głupie filmy.

Mimo to czuje się pan aktorsko spełniony?
Myślę, że tak. Zdążyłem zagrać wszystko, co chciałem. Nie mam specjalnych złudzeń, że dałoby się więcej.

A kariera zagraniczna?
Nigdy na nią nie liczyłem, szczerze mówiąc. Zresztą wystarczyło, że przez sześć lat w okresie stanu wojennego byłem „gwiazdą” w kinie węgierskim. Miałem jakieś propozycje z Francji, Australii, grałem w Danii, Czechach, Rosji, Francji, Niemczech, Anglii... Wiadomo jednak, że aktorstwo jest silnie związane z językiem, który jest formą wyrażania myśli. My

...

[pełna treść dostępna dla abonentów]

Polityka on Facebook

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną