Dlaczego człowiek człowiekowi bywa wilkiem, a nie Czerwonym Kapturkiem? – zastanawiał się mój znajomy, mający skłonność do amatorskiego filozofowania. Ten sam znajomy, po codziennej lekturze newsów i oglądaniu obrazków podsuwanych przez telewizje, doszedł do wniosku, że głupców, jakich mało, jest stanowczo za dużo. Dzieliłby się dalej swoimi przemyśleniami, ale dostał powołanie na front, na pierwszą linię wojny polsko-polskiej, z szansą zostania kombatantem w odległej przyszłości. Podobno medale za udział w zmaganiach są już magazynowane, na zajęciach poborowi uczą się poprawionej wersji hymnu: zamiast „póki my żyjemy”, obowiązuje (zgodnie zresztą z oryginalnym tekstem) fraza „kiedy my żyjemy”. Bo – jak objaśnił autorytet – „póki” oznaczałoby, że walka dogaśnie razem z nami. Natomiast „kiedy” to zapowiedź permanentnej wojny, rozpisanej na pokolenia. Nie będzie to wojenka lokalna. Dowódcy pilnują, by poszerzyć jej zasięg.
Korespondentów wojennych dzisiaj nie brakuje, czytelnicy i słuchacze są informowani na bieżąco, kto znalazł się w kotle, swojskim kotle pod parą, komu udało się poderwać do ataku komandosów i zdobyć przyczółek na tyłach wroga, kogo po ciężkich bombardowaniach stać już tylko na planowy odwrót, wojnę pozycyjną za pomocą rozpylanej mgły, wciskającej się do pustostanów głów. Korespondenci zwracają uwagę na udział batalionów kobiecych, ruchliwość fizylierek nieraz odważniejszych i bardziej zdeterminowanych niż mężczyźni: żadna przeszkoda, żadna barierka im niestraszna, prą naprzód jak wiosenne burze. Doceniona także została praca wywiadu: sławny as, kryptonim Tomcio, chociaż na emeryturze dla zasłużonych, jednego dnia klęczy rozmodlony w katedrze, drugiego dnia wzywa do powstania z kolan w Brukseli.