Opcja militarna wobec Iranu jest aktualna. Mówię to jako prezydent USA i nie blefuję” – powiedział Barack Obama miesięcznikowi „The Atlantic”. Ta wypowiedź obiegła świat akurat w momencie irańskich wyborów parlamentarnych, gdzie antyamerykańska retoryka była ważnym elementem kampanii. O 290 mandatów rywalizowało ponad 3 tys. kandydatów obu płci, ale zatwierdzonych wcześniej przez władze (lustracji nie przeszło ok. 2 tys.).
W 2009 r., po raz pierwszy od obalenia prozachodniego szacha, reformiści uznali wynik ówczesnych wyborów prezydenckich za sfałszowany. Doszło do masowych protestów, brutalnie stłumionych. Teraz wybory do Madżlisu miały pokazać, jaki jest obecny układ sił w irańskiej polityce. Okazuje się, że pozycja twardego nacjonalisty prezydenta Mahmuda Ahmadineżada słabnie, a umacniają się brodacze w turbanach, na czele z faktycznym szefem państwa, 72-letnim Ajatollahem Chameneim. Dla głosujących ważniejsze były wysokie ceny żywności i benzyny. Prezydent mimo obietnic nie zdołał przyhamować inflacji i zapłacił za to słabszym wynikiem kojarzonych z nim kandydatów, w tym przegraną własnej siostry.
Słabnie też opozycja pragnąca reform. Mimo jej apeli o bojkot wyborów frekwencja (z wyjątkiem Teheranu) była wysoka. Tak przynajmniej wynika z oficjalnych danych.
Umocnienie się konserwatystów źle wróży zabiegom wokół irańskiego programu nuklearnego. Obama dystansuje się wobec premiera Izraela Netanjahu grożącego Teheranowi atakiem prewencyjnym. Ale wyniki wyborów tylko wzmagają napięcie w tym najbardziej dziś niebezpiecznym rejonie świata.