Joanna Solska
15 lutego 2007

Koelnerowie: milionerzy od kołków

Biznes na kołku

Kiedy polska firma Koelner przejęła Rowlplug – konkurencyjną fabrykę w Glasgow, jej angielscy pracownicy zapowiedzieli strajk. Do gaszenia pożaru w Anglii bracia Koelner wydelegowali królową-matkę, czyli Krystynę Koelner. Krystynę Koelner.

Przed burzącymi się związkowcami stanęła prawie 70-letnia, drobna kobieta z Polski, która zwróciła się do nich doskonałą angielszczyzną. Negocjacje zakończyły się tym, że zamiast protestu odbyła się impreza integracyjna, na którą z Polski zabrano catering oraz wódkę. – Zjedli nawet grzybki, na które początkowo patrzyli nieufnie – cieszy się Krystyna Koelner. Na Christmas będzie podobna impreza, tyle że już nie przy grillu. W protokole zobowiązała się, że nie zamieni załogi na Polaków. Wymiana okien i pieca c.o. nie odbywa się po to, by Rowlplug odsprzedać komuś z zyskiem, lecz by obniżyć zbyt wysokie koszty ogrzewania. Nowi właściciele zgodzili się też, że nadal będą wpłacać pracownikom po 5 proc. zarobków na ich dodatkową emeryturę. – To i tak w sumie jest tylko kilkanaście procent, a nie tak jak u nas 49 – zauważa Radosław Koelner, prezes firmy. Do sprawy podwyżek płac wrócą, gdy załoga Rowlplug zacznie pracować wydajniej.

W krótkiej historii rodzinnej firmy Koelner z Wrocławia było to najtrudniejsze przejęcie. W Czechach ani w Rosji podobnych problemów nie było. Koelner jest liczącym się w Europie dostawcą narzędzi i mocowań budowlanych. Kiedyś Krystyna Koelner, nauczycielka angielskiego, nie miała pojęcia, co to jest kołek rozporowy. Znajomy pokazał jej, że to jest to, na czym wisi obraz. Więc jeśli chce samotnie wychować dwóch synów, niech się lepiej temu kołkowi przyjrzy.

Trefne nazwisko

O biznesie myślała, że to coś nieludzkiego. Zwłaszcza od dnia, gdy mąż zamknął w banku dwie pracownice, dopóki nie znajdą brakujących 15 gr. – Byłam oburzona – wspomina. – Dopiero potem zrozumiałam, że nie chodziło mu o sumę, ale o zasady. Te zasady przejęła od niego, a potem starała się przekazać synom. Kiedy około północy w papierach banku wszystko się zgadzało, mąż odwiózł dziewczyny do domów. Był dyrektorem banku rzemiosła. Prowadził też finanse dolnośląskiej Solidarności. Po wybuchu stanu wojennego wyrzucono go z pracy.

Przemka, wtedy studenta, internowano. Krystynie dyrektorka dała do zrozumienia, że lepiej, aby sama odeszła ze szkoły. Młodszy syn, Radek, miał 11 lat. Pamięta, jaką uprzejmość robili im strażnicy więzienia w Nysie, do którego jeździł z matką raz w tygodniu, żeby podać bratu paczkę z cebulą, ziemniakami i puszką mielonki, którą akurat udało się zdobyć.

W 1982 r. ojciec pożyczył kilka tysięcy dolarów i kupił starą wtryskarkę, którą ustawili w pralni. Akurat gdy Przemka wypuścili z internowania, zmarł na wylew. Krystyna przez całe swoje dzieciństwo w sierocińcu w Ząbkowicach Śląskich słyszała, że musi być twarda, bo nikogo nie ma. Rodziców w czasie wojny zastrzelono na Wołyniu, czteroletnia dziewczynka przeżyła nakryta ciałem matki.

Była twarda. Rodzina męża ma o to nawet pretensje. Zamiast wziąć bilet w jedną stronę i pojechać do jedynego wujka do Londynu, Krystyna stanęła przy wtryskarce. Nierzadko płacąc frycowe za to, że nie odróżniała poliestru od polipropylenu. Wujek, po pogrzebie męża, zostawił jej tysiąc dolarów na czarną godzinę. Za te dolary kupowała w Peweksie tworzywo do wtryskarki. Jeździła z reklamówką do Warszawy.

Chłopakom powtarzała, że będą tłukli kamienie, ale u siebie. Starą wtryskarkę obsługiwało się trochę tak jak jednorękiego bandytę. Miała siłę w rękach, żeby przez kilkanaście godzin pociągać za dźwignię – do trzydziestki intensywnie grała w szczypiorniaka. Kiedy robiła obiad, przy wtryskarce stawał Przemek. Przez dwa lata nie chcieli go z powrotem przyjąć na politechnikę. Wycofał się, milczał, ale się nie buntował. Ktoś musiał młodszemu Radkowi zastąpić ojca. Rok po śmierci ojca zaistniała obawa, że również matkę. Kiedy Krystyna wróciła ze szpitala po operacji piersi, zaskoczył ją porządek w przydomowym ogródku. To Radek, który nie znosił prac przy klombach, wyrywał chwasty przez te dni.

Zbuntował się kilka lat później, gdy już był studentem politologii na wrocławskim uniwersytecie. W pralni dudniła ta sama wtryskarka, przy której także on musiał pracować. Miał dość ogłupiającej roboty przy jednorękim bandycie. Wyprowadził się do akademika. Matka nie protestowała. Wrócił po dwóch tygodniach. – To cholernie skonsolidowana rodzina – mówi Tomasz Mogilski, który wtedy zaprzyjaźnił się z Radkiem.

Po czterech latach przy wtryskarce Krystyna Koelner zauważyła, że odpowiada ludziom półsłówkami, jak kiedyś jej najgorsi uczniowie. Żeby się zupełnie nie stoczyć i nie stracić kontaktu z językiem, w duchocie i smrodzie gotującego się tworzywa recytowała głośno angielską poezję. Jako rzemieślnik należała do spółdzielni, przez nią tylko wolno było rozprowadzać towar. Przydzielono ją do Trzebnicy, żeby nazwisko Koelner nie pętało się po Wrocławiu. Wciąż było trefne.

Płakała przy każdej maturze i rozpoczęciu roku szkolnego, tak bardzo tęskniła za szkołą. Ale gdy w 1987 r. dostała pismo z kuratorium, że może wrócić, już tego nie zrobiła. Za dużo nagromadziło się w niej żalu.

Pod koniec lat 80. stało się jasne, że produkowanych na zdezelowanych wtryskarkach kołków rozporowych i guzików (drugą wtryskarkę ustawili w garażu) ludzie dłużej kupować nie będą. Trzeba było wygasić produkcję.

Nie ulegać pokusom

Radek Polonezem truckiem rusza po wkręty oraz kołki nowej generacji do Francji. Najlepsze wiertła przywozi z Niemiec. W dzień jedzie, w nocy rozkłada fotele w aucie, pod bramą dostawcy. Dlaczego nie śpi w motelu? – Wiem, że jak te 50 marek przeznaczę na towar, to za chwilę będę miał 200. A jak wydam na hotel, to zmarnuję. Nawet teraz, gdy majątek rodzinny szacuje się na co najmniej 800 mln zł, też lata do Azji w klasie ekonomicznej. – Nie szukam wypasów – mówi językiem młodzieżowym. Zapewnia jednak, że potrafi cieszyć się pieniędzmi: radość sprawiają mu nowe technologie, budowanie firmy Koelner z rozmachem. I cieszy się, że w Polsce stało się to możliwe. Nie rozumie tych, którzy ostatnie kilkanaście lat uważają za zmarnowane. – W tym kraju jest cudownie – twierdzi Radosław Koelner. I gdy patrzy, jak wielu ludzi ciężko pracuje, jest pewien, że odniosą sukces. To tylko kwestia czasu.

Rok 1990 firma Koelner Tworzywa Sztuczne zamyka obrotami w wysokości 20 tys. dol. Czy można się dziwić, że rodzina skąpi sobie na wszystko? – Żeby szybko rozwinąć firmę, wszystkie zyski trzeba inwestować – zapewnia prezes. – Nie wolno ulegać pokusom konsumpcyjnym.

To, co dla rodziny oczywiste, wywołuje żarty innych. Przemek, który ma ciągle nowe pomysły, przez pewien czas, na boku, prowadził także firmę leasingową. Zaprosił na naradę przedstawicieli innych firm z branży. – Chciał nas namawiać do konsolidacji – wspomina uczestnik spotkania. Po kilku godzinach sala nie myślała już o leasingu, ale o lunchu. Przemek wyjął z torby gorące kubki, rozdał uczestnikom i kazał przynieść wrzątek. – Myśleliśmy, że to żart.

Radek jest taki sam. Dopiero teraz, gdy firma jest na giełdzie, a akcje idą w górę o wiele szybciej, niż się spodziewali, kupił sobie nowe Audi. Jeździ dużo i szybko, więc Tomek Mogilski zdziwił się, dlaczego z silnikiem 2,4 l. – Mniej pali – odpowiedział prezes. Czy gdyby bardziej ulegali pokusom, odważyliby się w 1991 r. pójść do banku po pierwszy kredyt? Przecież odsetki wynosiły wtedy 70–90 proc. w skali roku. – Urzędnicy stukali się w czoło. Ale marże były wysokie, więc się nie baliśmy – pamięta Radosław. Pożyczkę spłacili w terminie. Dziś uważają, że solidarne państwo nie polega na tym, że odpuszcza się długi kanciarzom.

Powoli nabierali rozpędu. W 1993 r. Radosław wziął 13 tys. dol. do plecaka – kart kredytowych jeszcze nie było – i poleciał na Tajwan. Starczyło na dwa kontenery metalowych wkrętów. Na siebie, hotel i jedzenie wydał podczas dwóch tygodni półtora tysiąca. Przez kolejne dwa lata będzie często wracał na Tajwan. – Poznałem tam ludzi, którzy uczyli mnie biznesu. Tak się składa, że po angielsku. Trzeba było to opanować. Tam urodziła się koncepcja, żeby wrócić do produkcji. Tylko że to musiała już być zupełnie inna produkcja. Z własnym biurem konstrukcyjnym.

Wynajmują od fabryki plastrów Viscoplast część terenów i zatrudniają kilku głuchoniemych. Akurat rząd tworzy bardzo korzystny system przywilejów podatkowych dla zakładów pracy chronionej, firma Koelner zostaje ZPChr. To wtedy Tomek Mogilski, przyjaciel Radka, przeżywa swoją największą porażkę. Skończył prawo, chciał być sędzią. – Celująco zdałem egzamin na aplikację, prezes mi pogratulował i napisał, że widzi mnie u siebie na etacie. Wszystkim znajomym rozgadałem, że będę sędzią, po czym okazało się, że mnie nie przyjęli. Byłem sfrustrowany. Radek zaproponował mi, żebym przyszedł do niego. Wkręty i kołki to nie było to, ale coś trzeba robić. Nie mogłem nadal, jak na studiach, dorabiać za barem.

O tym, że zostanie, zadecydował drugi dzień. Pierwszego miał zrobić remanent w magazynie, nic się nie zgadzało. Drugiego Koelnerowie mieli spotkanie z Holendrem w Warszawie, a żadne nie miało czasu jechać. Kazali jemu. Ruszył w wielki świat swoim maluchem-bis. – Zacząłem zajmować się zagranicznymi rynkami firmy. Dziś jest wiceprezesem, z kluczowymi odbiorcami spotyka się nadal.

Wielka fala
Jako ZPChr. firma Koelner nie płaci podatków, więc rozwija się błyskawicznie. Królowa-matka, jak nazywają w firmie Krystynę Koelner, nie potrzebuje tłumacza, by rozmawiać ze swymi pracownikami. Szybko opanowuje język migowy. Kiedy rodzina myśli, że wreszcie wyszli na prostą, nadchodzi wielka fala powodzi. – Zamurowaliśmy drzwi, podpierając je wielkimi paletami. Tylko nikt z nas nie pomyślał, że one są z tworzywa – śmieje się Radosław. Pływały potem jak wielkie Titaniki. Woda na wysokość 215 cm stała w firmie przez tydzień. Zniszczyła wszystko. Przyniosła za to kilka piesków z pobliskich działek. Razem z Koelnerami czekały na dachu na ratunek (i w firmie zostały).

– W zasadzie powódź pomogła nam podjąć decyzję o radykalnej przebudowie firmy – twierdzi prezes Koelner. – Teraz mamy magazyny wysokiego składowania. Już się wody nie boimy.

Jeszcze woda nie opadła, gdy pracownicy stawili się do usuwania zniszczeń. Niepełnosprawni również. Teraz, gdy firma jest już giełdowa, przywileje skasowano, a akcjonariusze pilnują kosztów. Ktoś z zarządu zaproponował, żeby niepełnosprawnych się pozbyć. – Po moim trupie – stanowczo odpowiedziała królowa-matka.

Jeszcze przed powodzią zgłosiła się do Koelnerów niemiecka firma z branży w sprawie kupna części udziałów. Po powodzi Niemcy chcieli szybko sfinalizować przejęcie. – Widzieli, jak ostro wzięliśmy się za odbudowę, wierzyli w nas – sądzi Radosław. Ale oni też uwierzyli w siebie. Zdecydowali, że kontroli nad firmą nie oddadzą. Ale pieniądze nie przestały być potrzebne.

W 1999 r., gdy Koelner zaczął być widoczny na rynku, nawiązali z nimi kontakt Enterprise Investors. Fundusz znany jest z tego, że kupuje udziały, robi w firmach radykalne porządki, a potem sprzedaje. Zwykle dobrze na tym zarabiając. – Chcieli kupić 30 proc. – twierdzi Koelner – ale potem się wycofali. Pewnie teraz żałują, ich pakiet byłby wart dziesięciokrotnie więcej.

Wersja Ryszarda Wojtkowskiego z EI jest inna. – To Koelnerowie się wycofali – zapewnia. – Mieliśmy im pomóc przygotować się do wejścia na giełdę, ale doszli do wniosku, że zrobią to bez nas. Po co mamy im przemeblowywać firmę, patrzeć zarządowi na ręce?

Koelnerowie na parkiet wkroczyli sami. Zdobyli kapitał, ale rodzina nadal kontroluje firmę. Mają w rękach 70 proc. udziałów. Inwestorzy uważają, że dobrze rokują, chętnych na kupno akcji Koelnera jest więcej niż sprzedających. W ofercie mają już 30 tys. produktów, z czego połowę wytwarzają w kraju. Kołki rozporowe również.

Przemysław, zawsze pełen nowych pomysłów, bardzo przeżył plajtę internetowego domu towarowego w 2000 r. – Rodzina była gotowa robić ściepę na Przemka, ale nie chciał – mówi Krystyna Koelner. We Wrocławiu mówiono, że zawiodła logistyka. W firmie Przemek zajmuje się teraz finansami i informatyzacją. Pierwszy pozwolił sobie na konsumpcję, można nawet powiedzieć, że ostentacyjną – wybudował w dobrej dzielnicy duży dom z basenem.

Siła niedzielnych obiadów


We wrocławskim ratuszu o Radku Koelnerze mówią: A, to ten, co mieszka w bloku. I że czasem bywa trochę butny. Potrafi klepnąć po ramieniu prezydenta i przypomnieć mu, że żyje z jego podatków. Ale i tak zespół do spraw wspierania inwestycji kluczowych ma pilnować, żeby Koelner nie tracił czasu na biurokratyczne mitręgi w urzędzie. Paweł Panczej, szef tego zespołu, ubolewa jednak, że największa polska firma z Wrocławia ma węża w kieszeni. Ani opery nie sponsoruje, ani sztuki żadnej. Pod tym względem biją ją na głowę firmy zagraniczne, Whirlpool na przykład albo Hewlett-Packard.

W bliźniaku, zbudowanym przed 30 laty przez męża, ciągle mieszka Krystyna Koelner. Tyle że w pralni nie hałasuje już wtryskarka. W przedpokoju ze stojaka na parasole wystaje strzelba. Zabrała ją Radkowi, gdy się ożenił. Sama by się pewnie nie odważyła, ale czuła wsparcie Asi, synowej. – Radek latał z kolegami po lesie i strzelali do siebie nabojami z farbą, to głupia zabawa – uważa matka. Maskę i ubrania do paint balla spaliła, a strzelbę włożyła do stojaka na parasole. Ostatnio się przydała. – Rosjanie i Ukraińcy, pracujący na pobliskich działkach, trochę wypili i sprawiali wrażenie, że chcą się włamać do sąsiadów, którzy wyjechali. Więc Krystyna złapała za tę strzelbę, wyskoczyła na balkon i krzyczy: – Ruki w wierch, strielać budu! Po działkach poszło, że baba ma broń.

W weekendy na obiady Krystyny przychodzą wszyscy Koelnerowie, z żonami i czterema wnukami, które babcia uwielbia. Czy jest szczęśliwa? Woli sobie tego pytania nie zadawać. W tygodniu wraca do pustego domu i bardzo brakuje jej tej drugiej osoby. Straciła męża mając zaledwie 40 lat i już nigdy sobie życia prywatnego nie ułożyła. Kiedy tylko się na coś zanosiło, chłopcy reagowali natychmiast, bardzo o matkę zazdrośni. Gdyby te ich reakcje na widok mężczyzny zlekceważyła, zbuntowaliby się. – Nigdy bym ich tak w życiu nie zakotwiczyła – uważa. Więc z życia jest zadowolona na pewno, ale co do szczęścia, woli się nie zastanawiać.

Królowa-matka, choć widzi, że słabnie, z pracy nie rezygnuje. Ale już auta nie prowadzi. Nadal zaczyna od obchodu, choć firma zatrudnia już ponad tysiąc osób, nie tylko we Wrocławiu. Tylko ona wie, kto się z kim pobił i co się komu urodziło. Do biznesu chłopcom się nie wtrąca, ale przy przyjmowaniu ludzi do pracy pozostaje ostatnią instancją. – Ale miałam ostatnio kilka wpadek – przyznaje. – Zwłaszcza informatyków nie wyczuwam.

Odkąd o firmie stało się głośno, Koelnerami zainteresowali się politycy. Krystyna żadnego do synów nie dopuszcza. Radka goni za papierosy, choć sama pali. – Może w ten sposób próbuje rozładować coraz większy stres? – zastanawia się Migalski. – Kiedyś myśleliśmy, że jak staniemy na nogi, to będziemy mieli święty spokój.

monety euro
Polityka on Facebook
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»