Juliusz Ćwieluch
24 listopada 2011

Rozmowa z Krzysztofem Millerem, fotografem wojennym

Zlecenia

O trzynastu wojnach i czternastej – z własną psychiką - mówi Krzysztof Miller.

Juliusz Ćwieluch: – Robienie na drutach pomaga?
Krzysztof Miller: – Na drutach robiły raczej kobiety. Ja lepiłem z plasteliny. Dużo wycinałem z papieru. W Klinice Stresu Bojowego, gdzie trafiłem w listopadzie zeszłego roku, stosowane są różne terapie. Była terapia indywidualna, grupowa. Zajęcia plastyczne. To tam powstała spora część moich kolaży, z których robiłem kartki świąteczne. To wycinanie bardzo wycisza. Nadaje rytm.

Rytm życia w szpitalu był specyficzny?
Mogę przeczytać, mam to spisane: godzina ósma – lekarstwa, dziewiąta – śniadanie plus papieros, dziesiąta – papieros, jedenasta – papieros, dwunasta – papieros, trzynasta – papieros, czternasta – obiad plus papieros, szesnasta – papieros, siedemnasta – papieros, osiemnasta – kolacja i papieros, dziewiętnasta – papieros, dwudziesta – 15 minut przez telefon komórkowy, dwudziesta pierwsza – lekarstwa, dwudziesta druga – papieros i sen. To jest rozkład dnia dla osoby, która pali. Osoba, która nie pali, nie ma tylu wydarzeń, gdyż nie wychodzi do palarni. Palarnia jest poza strefą zamkniętą.

Pamięta pan pierwszy dzień w szpitalu?
Pierwsze trzy dni. Na początku to jest resetowanie organizmu w pełnej izolacji. Podają ci lekarstwa, witaminy, odżywki, środki usypiające, tak żebyś zregenerował swój organizm. A jednocześnie – pewnie przez te środki usypiające – żebyś obniżył swoje emocje, pobudzenie. Kiedyś wydawało mi się, że to wszystko, co widziałem, spłynie po mnie jak po psie. To, co działo się przed aparatem, nie będzie miało żadnego wpływu na moje życie pozazawodowe. Okazało się inaczej. Przyjąłem to z pełną pokorą.

Pamięta pan pierwszą sfotografowaną przez siebie śmierć?
Tak, to był aktor komediowy trafiony przez snajpera, który urwał mu kulką dum dum połowę głowy. Fotografowałem go leżącego na ulicy. Nie wiadomo było, czy ten snajper jeszcze tam siedzi, czy nie. Ale fotografowałem. Bukareszt, Boże Narodzenie 1989 r. Właściwie to była egzekucja. Ten aktor był jedną z gwiazd zapowiadających rewolucję w telewizji opanowanej przez przeciwników Ceausescu. Myślę, że snajper miał dokładnie zaplanowany cel. Miał go zabić, żeby przestraszyć innych.

W tamtą Wigilię złożyliśmy sobie życzenia, otworzyli prezenty i szybko zjedli kolację, żeby móc oglądać w telewizji, co się dzieje w Rumunii. Nie wolał pan siedzieć z rodziną?
W listopadzie 1989 r. „Gazeta Wyborcza” wysłała mnie do Pragi, żebym fotografował aksamitną rewolucję. Tam było jeszcze jakieś pałowanie, zadymy. A później wyskoczyła ta Rumunia. W „Gazecie” panował taki system, że wyjazdy były z rozdzielnika, ale ponieważ to była okolica świąt, to nikt nie chciał jechać. Pojechałem poza rozdzielnikiem. To w ogóle był przedziwny wyjazd. W samochodzie było nas czterech. Oprócz mnie jeszcze Piotr Semka i Jacek Kurski. Nie wiem, jak to się stało, że był taki skład.

Z jednej wojny domowej pojechał pan na następną, tym razem do Jugosławii.
To jeszcze nie była wojna. Razem z Marią Wiernikowską pojechaliśmy do Belgradu przed rozpadem Jugosławii. Czuło się, że coś wybuchnie. Ale na początku fotografowałem nacjonalistyczne manifestacje organizowane przez Miloševicia. Tam też jakoś szybko przyszła ta śmierć. Paradoksalnie pierwszymi ofiarami w Słowenii byli tureccy kierowcy tirów, których ostrzelały serbskie śmigłowce. Poszedłem do kostnicy i fotografowałem podziurawione kulami ciała. Te zdjęcia nigdy się nie ukazały. Były wykorzystywane w pracach naukowych, w międzynarodowych raportach na temat tej wojny. Ale w „Gazecie” ich nie puściłem.

Większość fotografów wojennych nie miała oporów. To wy otworzyliście śmierci furtkę do mediów. Przynieśliście jej tak dużo, że ludzie się przyzwyczaili i teraz jak narkomani potrzebują jeszcze większych dawek...
Może tak. Kiedy pracowaliśmy, w ogóle się nad tym nie zastanawialiśmy. Być może gdybyśmy się zastanawiali, tobyśmy dużej części naszych materiałów nie zrobili. Z drugiej strony uważam, że to, co robiliśmy, było ważne. Zwłaszcza tutaj w Polsce, gdzie nie było żadnej tradycji fotografii wojennej. To m.in. przez moje zdjęcia ludzie dowiadywali się o świecie. Widzieli, jak różne mogą być scenariusze przemian.

Pańskie zdjęcia to była nowa jakość. Pozornie puste kadry, w których wiele rzeczy dzieje się na drugim czy nawet trzecim planie. Dramat oddaje drobny grymas, jakiś karabin wymierzony gdzieś, w kogoś.
Przekrzywiany kadr czy łapanie trzech planów naraz kiedyś było pojmowane jako błąd w fotografii. Moje braki w wykształceniu fotograficznym powodowały, że ja po prostu tego nie wiedziałem. Fotografowałem, jak czułem. Nie kombinowałem. Poza tym miałem ostrego szefa, Sławka Sierzputowskiego, który mówił, że Miller to jest Nikifor polskiej fotografii. Najprostsza forma, byle tylko dotrzeć do najważniejszego tematu. Na materiał szedłem jak przecinak, ale jak już pracowałem, to z pokorą. Byłem pokorny wobec tego, co działo się wokół mnie. Do domu, w którym właśnie zginął ktoś z rodziny, musisz wchodzić z pokorą. Stajesz się częścią tego, co fotografujesz.

Starsi koledzy mówili z przekąsem, że Miller to jest taki samouk, że nawet zdjęcia robi lewym okiem, choć wszyscy robią prawym.
Surowa, prosta fotografia stała się moim atutem. Znakiem rozpoznawczym. Jedni wolą fotografię kreacyjną, ustawianie świateł, planu, kreowanie życia. Ja się najlepiej czułem w fotografii szybkiej, reportażowej, twardej, socjologicznej. To mój żywioł. Przez jakieś 10 lat nie sfotografowałem żadnego krajobrazu, żadnego widoku, na którym by nie było człowieka. Cała reszta pewnie wynikała również z predyspozycji psychofizycznych, emocjonalnych. Ze stresem nie miałem problemów. Przez lata ćwiczyłem skoki do wody. Sprawdzałem się, bo okazało się, że doskonale sobie daję radę z krótkotrwałym stresem. Tam są napięcia obejmujące 15, 20 sekund tuż przed skokiem, w trakcie skoku i koniec. Później jest wypoczynek, regeneracja i kolejny skok. I tak sto razy w ciągu treningu. To samo miałem w pracy.

Skoki do wody nie są w mainstreamie dziecięcych marzeń.
To nie było też moje marzenie. Do sekcji zostałem zapisany przez przypadek. Pływanie było pasją mojego dziadka, który był nawet prezesem klubu Orzeł. Ojciec miał to samo i postanowił mnie zapisać na pływanie do Pałacu Młodzieży. Ale nie wziął pod uwagę, że tam też są różne sekcje. Przez pomyłkę zapisał mnie do trenera od skoków do wody. Dziwiłem się, że każą nam tylko skakać, a w ogóle nie pływamy. Ale jako introwertyczne dziecko przyjąłem to z pokorą. Okazało się, że bardzo dobrze się sprawdzam i tak już zostało

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną