Daniel Passent
13 listopada 2012

Życie polityczne dzikich

Ubiegły tydzień należał do Stanów Zjednoczonych. Amerykanie mieli prawdziwy wybór. Z jednej strony biały milioner, który – jak mówią Amerykanie – urodził się ze srebrną łyżeczką w buzi, syn biznesmena i ministra. Polityk inteligentny, doświadczony, ale lawirant, który w życiu starał się zagarnąć jak najwięcej władzy oraz pieniędzy, przekonany, że skoro jemu się udało, to każdemu może się udać. Z drugiej strony polityk z korzeniami rodzinnymi w Kenii i na Hawajach, elegancko zwany dziś Afroamerykaninem, o poglądach centrolewicowych, prawnik, doświadczony w pracy z biedotą. W odróżnieniu od Romneya, Obama miał dzieciństwo trudne i nieuporządkowane. Dzieciństwo obu tych polityków ukształtowało w pewnym stopniu ich poglądy.

W młodości miałem dwie książki, z których „uczyłem się Ameryki” – Józefa Chałasińskiego „Kultura amerykańska” oraz Maxa Lernera „America as a Civilization” (Ameryka jako cywilizacja). Chałasiński był znanym polskim socjologiem, uczniem Floriana Znanieckiego, na starość przetłumaczył na polski fundamentalną pracę Bronisława Malinowskiego o życiu seksualnym dzikich. Książka Chałasińskiego ukazała się w 1962 r., w czasach, kiedy w obozie pokoju i postępu Stany uchodziły za imperium zła. „Kultura amerykańska” była zdumiewająco rzeczowa i prawdziwa.

Pierwszym „podręcznikiem Ameryki”, jaki przeczytałem po przyjeździe do USA (1962 r.), była wspomniana książka Lernera. Autor, podobnie jak Obama, na własnej skórze przeżył amerykański sen. Syn imigrantów z Rosji (miał 5 lat, gdy przybyli do USA), studiował na znakomitym uniwersytecie Yale, zrobił doktorat, z czasem został znanym komentatorem i felietonistą. W nieistniejącym już teraz dzienniku „The New York Post” opublikował tysiące komentarzy, miał czas na napisanie potężnej księgi o USA oraz na głośny romans z Elizabeth Taylor! Spotkał go też ten zaszczyt, że prezydent Nixon osobiście wpisał go na listę swoich wrogów.

Wszystko to przypomniało mi się w ubiegłym tygodniu po wyborach w USA, a także po przyjeździe do Warszawy nowego ambasadora amerykańskiego Stephena Mulla, który zdążył już zainstalować kilku pierwszych żołnierzy amerykańskich na naszej ziemi (cóż za zmiana za życia mojego pokolenia, które w młodości śpiewało „Ami go home!”), a także po głośnej wypowiedzi prof. Zbigniewa Brzezińskiego.

Wynik wyborów w USA nie zachwycił wszystkich w Polsce, na pewno nie jest zadowolony naczelny republikanin naszego kraju, amerykanista z UW i UKSW prof. Zbigniew Lewicki. Ambasador Mull ma teraz cztery lata jak w banku, ale jeśli do władzy powrócą republikanie, to ambasadorem USA zostanie profesor Lewicki. Ja wtedy pójdę pod ambasadę i znów zaśpiewam „Go home, Ami, go home!”.

Z wyborów amerykańskich najbardziej w Polsce podobało się ich eleganckie zakończenie. Wszyscy byli pod wrażeniem, z jaką klasą Mitt Romney zniósł swoją przegraną, po morderczej, trwającej ponad rok (a w jego przypadku kilka lat) i kosztującej miliardy dolarów kampanii. Na długo przed ogłoszeniem oficjalnych wyników uznał swoją porażkę, zatelefonował do Obamy, pogratulował mu zwycięstwa, powiedział, że modli się za powodzenie prezydenta w kierowaniu państwem, zapewnił, że teraz nie czas na partyjną walkę.

Obama z kolei podziękował Romneyowi za twardą kampanię („to dlatego, że obaj tak kochamy nasz kraj”) i zapowiedział współpracę z opozycją. Przyjemnie było posłuchać, chociaż raczej do tego nie dojdzie. Nawet konwencjonalny, wymuszony przez kulturę uśmiech „made in USA” lepszy jest od wściekłej miny pokonanego rywala „made in Poland”.

Kiedy wszystkim się zdawało, że już jest po trzęsieniu ziemi, napięcie – jak u Hitchcocka – zaczęło rosnąć, bo oto Zbigniew Brzeziński, kolejny imigrant, który przeżył amerykański sen, poczuł się zmuszony uderzyć na trwogę z powodu tego, co obóz smoleński wyprawia w Polsce. Podczas rozmowy z Katarzyną Kolendą-Zaleską, wcale o to nie pytany, Brzeziński wygłosił oświadczenie, będące miażdżącym oskarżeniem brutalizacji życia politycznego w Polsce, przede wszystkim za sprawą „opozycji wobec rządu”. Brzeziński powiedział, że jest „przerażony”, do jakiego stopnia język polityczny stał się brutalny, a gra polityczna nieodpowiedzialna, i „która ze stron” zmierza do podważenia szacunku dla państwa, dla Polski, dla fundamentów polskiej demokracji.

„Nieodpowiedzialne bzdury o zamachu smoleńskim”, „coś tak wstrętnego i tak szkodliwego, że mam nadzieję, że osoby bardziej odpowiedzialne w opozycji wobec rządu jakoś inaczej się do tego odniosą. Bo to jest strasznie wredna robota, robiona widocznie przez parę osób cierpiących na jakieś psychologiczne trudności”, „to jest wstrętne”, „to jest nieodpowiedzialne. I to jest nie tylko szkodliwe, to jest godne pogardy”.

Słowa Brzezińskiego uderzyły jak grom z jasnego nieba, gdyż od pewnego czasu niebo nad obozem smoleńskim jaśniało, poparcie rosło, słupki szły w górę, tabor nabierał impetu. Nawet poważni ludzie, np. Aleksander Kwaśniewski i prof. Michał Kleiber, zaczęli flirtować z myślą o międzynarodowym śledztwie. (Jedna z autorek esemesa do „Szkła Kontaktowego” TVN24 zasugerowała powołanie międzynarodowej komisji psychiatrów, co koresponduje z „trudnościami psychologicznymi”, o których mówił Brzeziński). Aż tu nagle bomba, wybuch, ale nie ten, który odkryli liderzy PiS. Znaleźli się oni w niewygodnej sytuacji, ponieważ Brzezińskiego nie sposób zdezawuować, zlustrować czy zdemaskować jako sowieckiego agenta ani odnaleźć w „układzie”, ani zlekceważyć jako byle kogo, bo – obok Kissingera – to najbardziej znany politolog i strateg swojego pokolenia w USA. (Więcej można się dowiedzieć z książki Andrzeja Lubowskiego „ZBIG. Człowiek który podminował Kreml”).

Tym razem „Zbig” podminował obóz smoleński. Wypowiedział się mądrze, jasno i bez ogródek. Elokwentni zazwyczaj komendanci obozu nie wiedzieli, co powiedzieć. Prezes odmówił komentarza, jego rzecznik wydukał, że może profesorowi przydałaby się jakaś akcja informacyjna, tytan Smoleńska powiedział, że w sprawie katastrofy profesor nie zrobił nic. Tylko jeden poseł PiS znalazł się na poziomie i powiedział, że profesor Brzeziński „przekroczył granice zbydlęcenia”.

Takie są koszty mówienia, że białe jest białe, a czarne jest czarne.

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną