Ewa Winnicka
23 grudnia 2011

Jak pomóc tym, którzy stracili nadzieję?

Życie po śmierci – zajęcia terenowe

A potem przyszedł esemes z domu dziecka od najstarszej dziewczynki: „Dzwonili z nieba, że im uciekła aniołek. Niech się pani nie boi, nic nie powiedziałam, gdzie pani jest”.

Pierwsze wyjście w teren wolontariuszki Marzeny było skokiem na głęboką wodę. Podczas wizyty zmarła młoda pacjentka i wolontariuszka musiała zająć się czuwającą przy łóżku rodziną. Tak więc wypiła herbatę, posłuchała kilku historii o zmarłej. Od razu poczuła bliskość, na którą zwykle pracuje się latami; oraz zaszczyt.

Dekadę później Marzena może wyliczyć, co jest szczególnie ważne dla nieuleczalnie chorego i jego rodziny. Tak więc na przykład: słuchanie siebie nawzajem i unikanie uporczywego karmienia (jedzenie to zdrowie, uważa rodzina). Albo: myślenie o dniu dzisiejszym, a nie o jutrze (lub, co gorsza, o przyszłym roku).

Łatwizna

Gdy człowiek umiera, jego rodzina musi się podnieść o własnych siłach i zwykle na własny rachunek. Niestety, często się nie podnosi. Dlatego rodzinom należy pomagać. By słowo hospicjum nie kojarzyło im się z kapitulacją, bo ono oznacza opiekę i gościnność.

Marzena zrozumiała to i odczuła mocno, gdy jej tato chorował pod opieką lekarzy i pielęgniarek związanych z hospicjum na warszawskim Targówku. Odkryła wtedy dobroć i oddanie. Na przykład telefony czynne całą dobę, szybki transport morfiny czy łóżka z podnośnikiem. Było oczywiste, że musi się odwdzięczyć. Została wolontariuszką, dziś jest przy Tykocińskiej kierowniczką. (Tak zaczęła się rodzinna sztafeta, bo jej córka obecnie mówi cicho, że zostanie psychologiem; wychowała się, rzec można, w hospicjum).

Ksiądz Andrzej Dziedziul, marianin, dyrektor ośrodka, jako dziecko trafił na cały rok do prewentorium. Stało się to po tym, jak zmarł jego ojciec, a mama straciła zainteresowanie życiem, włącznie z opieką nad synem. Ponieważ był to najgorszy rok w życiu księdza, już jako duszpasterz i dyrektor otoczył też opieką osieroconych przez rodziców nieletnich. Zajmuje się obecnie 400 nieuleczalnie chorymi pacjentami, a także setką dzieci po stracie i ich okaleczonymi rodzinami. Pracuje z nim 30 wolontariuszy, lekarze i pielęgniarki.

Można, tłumaczy Marzena, usprawnić życie z chorobą albo nawet przygotować rodzinę na ostatni moment. Ale życie po śmierci chorego to jest wyższa szkoła jazdy i nie każdy zdaje egzamin. Zwłaszcza jeśli nie ma odpowiedniego nauczyciela albo idzie się na łatwiznę. Przekonała się o tym kolejna pacjentka Marzeny, która po śmierci męża wpadła w apatię i zaczęła odwiedzać psychiatrę. Psychiatra wypisywał kolejne recepty na lekarstwa, a Joanna przyjmowała je z naddatkiem. Dwa razy odtruwano ją w szpitalu, za trzecim razem niemal umarła. Dziś nie chodzi i nie ma świadomości, gdzie się znajduje. Rok po śmierci ojca dzieci doglądają nieuleczalnie chorą matkę.

Dlatego teraz z hospicjum na Targówku wysyła się listy do rodzin po stracie, zaprasza na herbatkę w czwartek, a dzieci – na sobotnie zabawy. Ogląda się uważnie, jak się bawią, co rysują. Zabiera na kolonie i obozy. Do hospicjum dzwonią matki, gdy muszą zostać dłużej w pracy i nie ma kto odebrać dziecka ze świetlicy. I obserwuje się uważnie dorosłych i dzieci, czy już mogą samodzielnie zacząć żyć z zagojoną blizną.

Wolontariusz Piotr, w sztafecie od śmierci ojca, ma 19 lat i gotową definicję swojej pracy: zainteresowanie człowiekiem.

Punkt widzenia

W Polsce leczenie pacjenta objętego opieką paliatywną przez 12 miesięcy opłaca NFZ; w jakimś sensie jest to pomoc również dla jego rodziny. Ale gdy umrze, rodzina musi podnosić się z dramatu właściwie sama.

Z punktu widzenia państwa sprawa jest prosta: przewiduje się wypłatę zasiłku pogrzebowego w wysokości 4 tys. zł. (Jeśli zmarły był bezrobotny, państwo pochowa go na koszt własny). Jeśli bliski miał prawo do emerytury albo renty, rodzina otrzymywać będzie comiesięczną rentę. Prawnicy przyznają, że warunki, które należy tu spełnić, są niejasne, a sprawy o przyznanie renty rodzinnej po zmarłym zbyt często kończą się w sądzie. Jeśli zmarły był zatrudniony, pracodawca wypłaci najbliższym odprawę pośmiertną.

Z punktu widzenia mecenas Joanny Kaczorowskiej z Płocka, życie po śmierci to próba więzów, jaką przechodzi rodzina. Dlatego wszelkie przypadki dzielenia majątku, egzekwowania spadku, zabezpieczenia mienia po zmarłym powinny być prowadzone z największą wrażliwością. Adwokat w sprawach pośmiertnych powinien spełniać funkcję terapeuty.

Z perspektywy psychologicznej życie po śmierci obejmuje pięć kolejnych etapów żałoby, które trwają mniej więcej dwa lata, a najgorszy stan żalu przypada po roku od odejścia.

Targówek nie jest dzielnicą willową, usługi są świadczone rodzinom z problemami. Nawet wieloproblemowym, jak to wygląda z perspektywy pań z opieki społecznej. Na początek – bieda. Z jednej strony, bieda sprzyja człowieczeństwu, przysięgają na Targówku. Osoba biedna, żeby przeżyć, musi być kreatywna (ugotować coś z niczego) i otwarta na człowieka (przyjąć pomoc, czasem się odwdzięczyć). Z drugiej strony, długotrwałą biedę ciągnie w kierunku przestępstwa i nieprzestrzegania moralnych przykazań. Gdy się zdarzy strata, rodzina się przewraca.

Tato

Dajmy na to rodzeństwo D., siedmioro, 5–16 lat. Ksiądz się starał dopilnować, kiedy matka chorowała. Chodzili do szkoły, dostawali zeszyty i kredki. Kiedy umarła, tato dostał szansę, by być dobrym ojcem. Nie skorzystał, nie poszedł na odwyk, złapał szybko narzeczoną. Więc po czterech miesiącach wszyscy poszli do domu dziecka, a najstarszy chłopiec ledwo się wywinął od poprawczaka. Ale tato – jak się okazało – odczuwał stratę. Kiedy trzy najstarsze dziewczynki pojechały z księdzem na obóz narciarski, już drugiego dnia dostały esemesa, że się tato powiesił. Napisała lapidarnie nowa narzeczona. Po trzech tygodniach był pogrzeb, na którym odbito wieko trumny. Jeszcze na obozie letnim dzieci się budziły z krzykiem, bo im się tatuś przyśnił. Jak się jedno budzi, to wiadomo, zaraz cała sala wrzeszczy dla towarzystwa. Wolontariat ma pełne ręce roboty.

Jeszcze gorzej jest z rodziną W. Też trudności od pokoleń, z molestowaniem włącznie. Pani W. umarła w styczniu, dwóch synów zostało z tatą. Który zdecydował, że weźmie sobie tylko młodszego. Starszy jest w domu dziecka, obecnie na ucieczce. Nie czuje, mówi Marzena, akceptacji. Panie w sierocińcu są nieczułe na argumenty, że ten starszy cierpi i dlatego niegrzeczny. Tutaj, mówią, nie takie traumy człowiek widział, byle czym się nie przejmie. Ale Marzena z nimi się nie kłóci, bo chce, żeby panie pozwalały jej odwiedzić czasem Marcinka, jeżeli wróci.

Sędzia rodzinna Beata Bukowska uważa, że śmierć rodzica jest raną, ale – z punktu widzenia prawa – mniejszą niż odrzucenie. Jeśli dziecko po stracie rodziców trafia do placówki, zwykle jego sytuacja prawna jest łatwa do uregulowania. Jeśli nie zostanie pod opieką

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną