Turecka tarcza antyrakietowa
Tarcza z półksiężycem
Turek w lodówce
Wiceprezydent Syrii Faruk al-Sharaa przyznał kilka tygodni temu, że w domu boi się otworzyć lodówkę, bo wyskoczy z niej turecki dyplomata. Turcja pośredniczy lub pośredniczyła między innymi w negocjacjach pomiędzy Syrią i Izraelem w sprawie Wzgórz Golan, pomagała się dogadać Syrii i Libanowi, irackim sunnitom i szyitom oraz przedstawicielom Hamasu i Izraela. Taka polityka zagraniczna doskonale sprzedawała się dotychczas w samej Turcji – według ponad połowy Turków rząd Erdoğana sprawił, że z Turcją zaczynają się liczyć.
Aby osiągnąć wymarzony status potęgi regionalnej, Ankara postawiła sobie dwa cele. Po pierwsze, zerwanie z wizerunkiem przedstawiciela Zachodu, a w szczególności Ameryki. Po drugie, utrzymanie względnej równowagi sił na Bliskim Wschodzie, bo tylko wtedy Turcja będzie w stanie budować swoją pozycję regionalną nie w oparciu o siłę militarną, ale dzięki skuteczności swoich mediatorów. I tak odkąd w 2003 r. turecki parlament odrzucił amerykańskie prośby o wsparcie inwazji na Irak, Ankara stopniowo oddalała się od Waszyngtonu.
Już po pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej w Turcji pojawiły się głosy, że wieloletni sojusz z Amerykanami zaczyna być zbyt kosztowny. Po utworzeniu w północnym Iraku strefy zakazu lotów, mającej chronić miejscowych Kurdów przed zemstą Saddama Husajna, tereny te wykorzystała partyzantka Partii Pracujących Kurdystanu, która systematycznie urządzała stamtąd wypady zbrojne do Turcji. Sytuacja pogorszyła się po amerykańskiej inwazji na Irak i utworzeniu w jego północnej części kurdyjskiej autonomii. Ankara, widząc, że Amerykanie nie są w stanie poskromić kurdyjskich partyzantów, sama urządzała wypady pacyfikacyjne przez granicę.
W ostatnich latach Turcja coraz częściej krytykowała też działania Izraela wobec Palestyńczyków. Turcy do dziś opowiadają sobie, jak na szczycie w Davos w styczniu tego roku ich premier ostentacyjnie wyszedł z panelu poświęconego sytuacji w Gazie, rzucając izraelskiemu prezydentowi Szymonowi Peresowi: „Wy najlepiej wiecie, jak zabijać ludzi”. Demonstracje poparcia dla Erdoğana odbyły się nawet w Jemenie. Sympatie krajów arabskich wzbudziło też niedawne wykluczenie Izraela z międzynarodowych ćwiczeń sił lotniczych NATO, które odbywają się w Turcji co roku. Ale większość obserwatorów zgadza się, iż manewr podyktowany był względami propagandowymi. Szczególnie że izraelsko-turecka współpraca militarna układa się doskonale. Tylko w tym roku Ankara kupiła eskadrę izraelskich samolotów bezzałogowych i podpisała umowę na modernizację w Izraelu swoich czołgów.
Gorzej jest natomiast z drugim warunkiem tureckiego przywództwa, czyli równowagą w regionie. Jak twierdzą Amerykanie, jeśli nic się nie zmieni, Iran za rok lub dwa będzie miał bombę atomową. Turcy mogą, oczywiście, poklepywać po plecach Mahmuda Ahmadineżada i gratulować mu wygranej w ostatnich „demokratycznych wyborach”, jak to uczynił Davutoğlu. Nie zmieni to jednak faktu, że Turcja i Iran stają się regionalnymi rywalami i jeśli Teheran zdecyduje się na konfrontację z Zachodem, Turcja stanie przed wyborem, którego przez ostatnie siedem lat próbowała uniknąć: powrócić do ostentacyjnego sojuszu z USA i zapewnić sobie ochronę przed nieprzewidywalnym Teheranem czy bronić pozycji niezależnego lidera regionu?
W dolinie wilków
Ekipa Obamy próbuje odbudować wizerunek Ameryki, który nad Bosforem sięgnął dna za prezydentury George’a Busha. Do dziś najbardziej kasowym filmem w historii tureckiej kinematografii jest „Dolina wilków – Irak” z 2006 r. To prawdziwa historia tureckich żołnierzy, schwytanych przez Amerykanów w północnym Iraku przy granicy z Turcją. Żołnierze ci byli bici, poniżani, a na koniec wydani tureckiej armii ze związanymi rękami i w workach na głowach. W sondażu, przeprowadzonym kilka miesięcy po emisji filmu, Amerykanie byli dla Turków najbardziej znienawidzonym narodem na świecie.
Sytuacja poprawiła się nieco po kwietniowej wizycie Obamy w Turcji, ale w plebiscycie na najpopularniejszego polityka z zagranicy amerykański prezydent wciąż przegrywa tu z Ahmedineżadem. Gdyby dziś Erdoğan publicznie zapowiedział budowę amerykańskiej tarczy w Turcji, nie miałby czego szukać w tureckiej polityce. – Premier sam jest częściowo odpowiedzialny za te antyamerykańskie nastroje – przekonuje Sami Kohen z dziennika „Milliyet”. – Łatwo było zdobywać kolejne punkty poparcia krytykując Amerykanów. Teraz turecki rząd ma problem, bo jak wytłumaczyć obywatelom, że irańskie zagrożenie rzeczywiście istnieje i że amerykańska tarcza antyrakietowa może być jedyną osłoną przed irańskimi rakietami?
Część tureckich ekspertów potwierdza, że zakup Patriotów jest wstępem do budowy w Turcji amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Sprzedane Ankarze po preferencyjnych cenach baterie PAC-3 będą w przyszłości chronić naziemne wyrzutnie rakiet przechwytujących SM-3. Ci sami eksperci są również przekonani, że taki rozwój wydarzeń znów podporządkuje turecką politykę zagraniczną amerykańskim interesom w regionie. Na dodatek tarcza nie daje Turcji żadnych gwarancji bezpieczeństwa. Amerykańskie rakiety już kiedyś stacjonowały w Turcji, ale gdy w 1963 r. Waszyngton dogadał się z Moskwą w sprawie wycofania radzieckich rakiet z Kuby, w zamian sam wycofał rakiety Jupiter z Turcji. Bez żadnej konsultacji z Ankarą.

