Przyszłość światowego bezpieczeństwa
Mocarstwa bez mocy
Jak co roku w hotelu Bayerischer Hof gości było niewiele więcej niż ich ochroniarzy. Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa (patrz ramka) od lat przyciąga czołowych polityków, wojskowych i ekspertów od obronności, bo na tej prywatnej, za to prestiżowej imprezie mówi się znacznie więcej o konkretach i planach przyszłej polityki niż na oficjalnych spotkaniach międzyrządowych. To w Monachium Władimir Putin wygłosił trzy lata temu burzliwą mowę, w której oskarżył Amerykę o dążenie do hegemonii, ostrzegł przed rozszerzeniem NATO na wschód i zapowiedział odwet za rozmieszczenie tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach. Tutaj rok temu Joe Biden ogłosił w imieniu swojego szefa reset stosunków z Rosją, którego symbolem stała się później amerykańska rezygnacja z tarczy w jej dotychczasowym kształcie.
Tym razem w Monachium nie padły wiekopomne deklaracje, ale konferencja była ważna z innych względów. Umożliwiła pierwszą ocenę globalnego układu sił po roku rządów Baracka Obamy, wprowadzeniu w życie traktatu z Lizbony, zmianie strategii w Afganistanie i polityki Rosji wobec Iranu.
Do kilku istotnych zmian doszło tuż przed konferencją: Obama stracił większość absolutną w Senacie, Parlament Europejski zatwierdził Catherine Ashton jako wysoką przedstawicielkę ds. zagranicznych i bezpieczeństwa, Kreml ogłosił doktrynę obronną, w której głównym wrogiem Rosji pozostaje NATO, a Chiny wyprzedziły Niemcy, stając się największym na świecie eksporterem, a zarazem głównym partnerem handlowym Iranu. Jak zauważył szef niemieckiej dyplomacji, nowością nie są same zmiany w układzie sił, ale tempo, w jakim następują.
Czar siana
Gościem honorowym był minister spraw zagranicznych Chin. Z szerokim uśmiechem Yang Jiechi zaserwował tradycyjne danie chińskiej dyplomacji: pochwałę pokojowego wzrostu Chin i garść zapewnień, że Państwo Środka nie aspiruje do globalnej hegemonii, opowiada się za równością między krajami i choć „reprezentuje 20 proc. ludzkości, oczekuje jedynie, że będzie mogło przedstawiać swoje poglądy”.
Czar prysł, gdy z sali padły pytania o konflikt z Ameryką wokół Google’a i eksportu broni na Tajwan. Perfekcyjną angielszczyzną pan Yang odpowiedział, że jego kraj popiera wolność słowa, a od zachodnich firm oczekuje przestrzegania prawa, zaś sprzedaż broni do „części Chin” to oczywiste naruszenie ustaleń między Pekinem a Waszyngtonem. – Czy Chiny czują się silniejsze? Tak – powiedział chiński minister.
Drugim, który w Monachium śmiał się Zachodowi w twarz, był szef dyplomacji Iranu Manuszer Mottaki. Niezapowiedziany gość z Teheranu miał debatować z najbardziej wygadanym unijnym dyplomatą Szwedem Carlem Bildtem. Ale zamiast szczerej rozmowy, uczestnicy nocnej sesji wysłuchali godzinnej tyrady przeciwko Ameryce i Europie, przeplecionej mglistymi zapowiedziami irańskich ustępstw i gotowości do dialogu z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej.
Mottaki po raz kolejny pokazał, jak umiejętnie Teheran wykorzystuje zachodnie zamiłowanie do debat, by wykręcić się sianem. „Słowotok to typowo perska cecha” komentował później książę Turki al-Faisal, wieloletni szef saudyjskiego wywiadu i nieformalny minister spraw zagranicznych królestwa. Kilka dni później Iran rozpoczął wzbogacanie uranu z 3,5 do 20 proc.
Fałsz skrzypiec
Amerykanie przywieźli jak zwykle największą delegację, ale ćwiczyli się w skromności. Waszyngton wciąż gra pierwsze skrzypce, ale reszta geopolitycznej orkiestry coraz bardziej fałszuje. Akurat gdy Moskwa zgodziła się poprzeć ostrzejsze sankcje wobec Iranu, Pekin usztywnił swój sprzeciw w Radzie Bezpieczeństwa.
Do tego mnożą się soliści: na Bliskim Wschodzie coraz śmielej gra Ankara, Tel Awiw szantażuje Amerykę atakiem na instalacje atomowe w Iranie, Islamabad utrudnia prowadzenie wojny w Afganistanie. Waszyngton nie ma wielkiego posłuchu nawet w Europie – na prośbę o 4 tys. szkoleniowców dla afgańskiej armii odpowiedział tylko Paryż, wystawiając 80. To jeden z powodów, ale nie jedyny, dla których Obama odmówił przyjazdu na majowy szczyt Unia–Ameryka w Madrycie.
Powód zasadniczy to Catherine Ashton, która drugiego dnia konferencji w Monachium najpierw rozczarowała bezbarwnym przemówieniem, a potem wywołała konsternację, w pośpiechu opuszczając podium, zanim ktokolwiek poza prowadzącym mógł ją o coś zapytać. Zdziwienie było tym większe, że dzień wcześniej na pytania z sali odpowiadał członek chińskiego KC, poza tym trudno wyobrazić sobie ważniejszy termin dla szefa unijnej dyplomacji niż debata o bezpieczeństwie Europy z ministrem spraw zagranicznych Rosji i doradcą prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego. Obaj zyskali niezbity dowód, że traktat z Lizbony był przereklamowaną zmianą, a w ważnych sprawach powinni nadal dzwonić do Londynu, Berlina i Paryża.
Afgańskie gesty
Najstateczniej na konferencji prezentowała się Rosja. Ustami Sergieja Ławrowa twardo domagała się nowego traktatu o bezpieczeństwie Europy, najlepiej na bazie OBWE, co pozwoliłoby Moskwie odzyskać strategiczną pozycję na kontynencie i zatrzymać dalszą ekspansję NATO na wschód.
Niesmak po wojnie w Gruzji był w Monachium ledwie wyczuwalny, Rosja odzyskała zaufanie Zachodu, zgadzając się na ostre sankcje wobec Iranu, choć sama mówi, że je dopiero rozważy. Ameryka wstrzymywała się od krytyki także dlatego, że czeka na finał rozmów o redukcji arsenałów strategicznych, na którym bardzo zależy Obamie. Korzystając z taryfy ulgowej, Rosjanie krytykowali Zachód za sposób prowadzenia wojny w Afganistanie. Ona była też powracającym tematem monachijskiej konferencji.
Od ośmiu lat zapowiada się, że każdy nadchodzący rok będzie dla Afganistanu przełomowy. Tym razem może to być jednak prawda, bo Zachód podejmuje właśnie ostatnią próbę przechylenia szali na swoją stronę, zanim w przyszłym roku Obama będzie musiał spełnić obietnicę daną Amerykanom i rozpocząć wycofywanie wojsk z Afganistanu. Pierwszym krokiem była zmiana strategii wojskowej gen. Stanleya McChrystala, czyli czasowe zwiększenie kontyngentów i ostra ofensywa przeciw talibom. Drugi krok nakreśliła niedawna konferencja w Londynie – sojusznicy ustalili, że w ślad za operacjami wojskowymi musi iść skoordynowana odbudowa miejscowej administracji i gospodarki. Zgodnie z tymi wytycznymi zaplanowano rozpoczętą przed tygodniem ofensywę w prowincji Helmand.
Po ośmiu latach NATO doszło do wniosku, że wojny w Afganistanie nie da się wygrać samymi środkami militarnymi. Ale tajemnicą zwycięstwa ma być coś, o czym w Monachium najchętniej mówiono w kuluarach: pojednanie z talibami. Podczas gdy NATO wzmaga działania wojenne, rząd w Kabulu wyciąga rękę do umiarkowanego skrzydła pasztuńskiej rebelii, oferując jej przywódcom udział we władzy, a samym bojownikom szansę na normalne życie. Warunki są dwa: zerwanie związków z Al-Kaidą i uznanie afgańskiej konstytucji, która gwarantuje prawa człowieka, w tym kluczowe prawa kobiet. Sojusznicy liczą, że w ten sposób uda się na tyle osłabić talibskie powstanie, by szkolona równolegle afgańska armia mogła przejąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo kraju, zwalniając z tego obowiązku NATO.
Słuchając Hamida Karzaja, trudno uwierzyć w powodzenie tego planu. Prezydent Afganistanu, wyraźnie zmęczony kolejnymi naradami nad
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

