Joanna Orzechowska z Paryża
12 lutego 2012

Syte pokolenie buntu 1968 r.

Dzieci przejadły swoją rewolucję

Baby-boomersi, którzy w 1968 r. wyrywali kostki bruku przed paryską Sorboną i po nocach wznosili barykady, mają dziś po sześćdziesiątce. Porzucili bunt, żyją jak burżuje.

To pokolenie zdrajców – twierdzi w swojej książce „Ekonomiczne złudzenie” historyk i demograf Emmanuel Todd. Dawni młodzi idealiści zdradzili głoszone przez siebie idee; hasła wolności przekuli w sukces społeczny i zawodowy, zajmując bez skrupułów strategiczne stanowiska w mediach, kulturze czy polityce. Wystarczy wspomnieć chociażby polityka Daniela Cohn-Bendita, Czerwonego Danny’ego, dziennikarza i długoletniego patrona dziennika „Libération”, Serge’a July czy charyzmatycznego, mitycznego dyrektora „Le Monde” Jean-Marie Colombaniego – wszyscy umościli się wygodnie w luksusie i korzystają z wszelkich apanaży należnych władzy. Z tego pokolenia wywodzą się też m.in. aktorzy Catherine Deneuve i Gérard Depardieu, bohater słynnej afery seksualnej Dominique Strauss-Kahn, filozofowie Alain Finkielkraut i André Comte-Sponville, reżyser dawnej Nowej Fali Claude Lelouch, bankowiec i pisarz Jacques Attali, twórca potęgi Canal+ Pierre Lescure czy dawny szef radia Europe 1 Jean-Pierre Elkabbach.

„Dla mojego pokolenia maj ’68 to przede wszystkim wspomnienie szczęścia” – pisał w 1998 r. André Comte-Sponville. „Nie chcieliśmy już tego starego świata, tego starego kraju, tego starego człowieka. De Gaulle, Francja, kapitalizm – to wszystko wydawało nam się pochodzić z innej epoki, było przestarzałe, martwe”. „Maj 68 – wtórował mu Alain Finkielkraut – widział narodziny nowej oligarchii – tych, którzy istnieją tylko dla siebie, dla których ich własne życie staje się jedynym życiowym horyzontem”.

Kto pamięta dzisiaj, że rozruchy z maja 1968 r. miały wyraźnie lewicowy charakter i bynajmniej nie ograniczały się do bulwarów paryskiej Dzielnicy Łacińskiej, paraliżując całą Francję? Hasła równości społecznej i władzy dla ludu poszły w niepamięć, mit pokolenia ’68 pozostał. Studenccy kontestatorzy, włamujący się w ramach protestu do luksusowego magazynu Fauchon i rozdający zrabowane smakołyki w dzielnicach nędzy w Nanterre, sami wywodzili się z tak wyszydzanej przez siebie burżuazji. Pisarz Marcel Jouhandeau radził im nawet: „Wracajcie do siebie, za dziesięć lat i tak wszyscy zostaniecie notariuszami”.

Faktem jest, że rewolucja, której nadali ton, zmieniła na zawsze obraz francuskiego społeczeństwa, a jej protagoniści rzeczywiście, choć dużo później, zostali notablami, i to prosperującymi lepiej aniżeli Jouhandeau mógł sobie wyobrazić. Baby-boomersi nie tylko odsunęli od władzy starsze pokolenie, dźwigające ciężar i frustrację kolonialnej wojny w Algierii oraz ciemnych kart czasów okupacji, ale zablokowali także na całe dziesięciolecia dostęp do kariery i awansu następnym generacjom.

Audi, Mauritius i golf

– Jestem hedonistą – deklaruje z dumą Eric. Mimo swoich 65 lat świetnie się prezentuje; jest niewysokim, szczupłym brunetem, mieszka na eleganckim przedmieściu Paryża, a w życiu zawodowym jest wziętym kardiologiem. Jego przeciętna stawka to 150 euro za konsultację. W maju 1968 r. maszerował bulwarem Saint-Michel skandując: „CRS-SS!” (CRS – oddziały specjalne francuskiej policji), dzisiaj jeździ najnowszym modelem Audi, spędza wakacje na Mauritiusie i regularnie gra w golfa. Swoich mocno już wiekowych rodziców kocha i szanuje; jako student nazywał ich nazistami. – Jedyną rzeczą, która odróżnia mnie od moich kolegów, jest moja żona – śmieje się, pokazując rząd równych białych zębów. To wprawdzie jego drugi związek, ale Sophie jest od niego starsza. – Według obowiązujących standardów powinienem ożenić się z koleżanką mojej córki i mieć z nią dzieci w wieku moich własnych wnuków – mówi.

Statystyki potwierdzają jego słowa: z 75 proc. baby-boomersów pozostających w związkach małżeńskich ponad połowa ma małe dzieci. W oficjalnym celibacie żyje 7 proc. pokoleniowej populacji, 12 proc. jest po rozwodzie. Dla 45 proc. rodzina i przyjaciele to najważniejsza wartość w życiu. – Kiedy poznałam Erica, samotnie wychowywałam mojego syna – zwierza się Sophie. – Byłam menedżerem finansowym w niewielkiej firmie, wracałam przed północą i zajmowałam się praniem i sprzątaniem. Nigdy nie prosiłam o pomoc. Eric pokazał mi inny świat – dzięki niemu odkryłam, jak przyjemne może być prowadzenie domu i poświęcenie się drugiemu człowiekowi. Bez wahania odeszłam z firmy. Żyje nam się bardzo dobrze, regularnie jeździmy na wakacje. Jestem po to, żeby był szczęśliwy.

Na weekendy przyjeżdżają do naszego domu na wsi dzieci i wnuki zachwyca się Eric. Jedyna rysa na tym idealnym wizerunku – jego ponaddziesięcioletni romans z dużo młodszą dziennikarką spełnia w jego życiu funkcje SPA, odmładza go, rewitalizuje, poprawia i tak dobre samopoczucie. Tak, Eric czuje się spełniony pod każdym względem. Głosuje na prawicę, nawet w 1968 r. nie był specjalnym entuzjastą egalitarnych haseł. Co prawda większość baby-boomersów w 1981 r. wyniosła do władzy socjalistę François Mitterranda, wysoki status społeczny tej grupy (nazywano ją pogardliwie gauche caviar, kawiorową lewicą), której finansowe interesy i pozycja zawodowa sprawiły, że jej członkowie coraz częściej zasilali szeregi partii UMP przyszłego prezydenta Sarkozy’ego. Wprawdzie ten ostatni w trakcie kampanii 2007 r. ostro skrytykował pokolenie ’68 za to, że „narzuciło Francji intelektualny i moralny relatywizm”, uważając, że „autorytet i szacunek są czymś przestarzałym”, że „nic nie jest święte i warte podziwu” i „nic nie jest zabronione”, dzisiaj można już jednak z pewnością stwierdzić, że stanowiło to tylko kolejny element walki wyborczej. Baby-boomersów spotyka się również w otoczeniu prezydenta – Alain Madelin należy, podobnie jak jeszcze do niedawna Jean-Louis Borloo, do jego najbliższych współpracowników.

 

 

Bez garba

Philippe, właściciel świetnie prosperującego gabinetu radiologicznego w samym centrum Paryża, pozostał wierny lewicy, mimo że jego roczne dochody przekraczają milion euro. Philippe wiąże ogromne nadzieje ze zbliżającymi się wyborami prezydenckimi. Uważa, że występujące we Francji różnice społeczne są nie do zaakceptowania. – W renomowanych wyższych uczelniach w porównaniu z 1968 r. liczba studentów z biednych środowisk zmniejszyła się o połowę – oburza się.

Ma rację, bo w 2012 r., mimo wciąż szczodrego systemu świadczeń socjalnych, Francja stała się bezdyskusyjnie społeczeństwem klasowym, gdzie o sukcesie w coraz większym stopniu decyduje pochodzenie i stan zamożności rodziców i gdzie coraz częściej spotyka się życiowych

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną