Aleksandra Lipczak z Barcelony
4 stycznia 2012

Wszystkie kobiety premiera Hiszpanii

Lwice prawicy

Trzy kobiety wyniosły do władzy nowego premiera Hiszpanii. Są z prawicy, ale rzadko chodzą do kościoła, popierają zapłodnienia in vitro i ekspresowe rozwody.

Pani polityk 1 jest parę lat po rozwodzie, kiedy jako samotna matka decyduje się na zapłodnienie in vitro. Gdy zostaje sekretarz generalną partii, dziennik „El País” obwieszcza: „numerem dwa została kobieta skonfliktowana z Kościołem”.

Polityk 2 wzięła ślub cywilny w Brazylii. W kampanii wyborczej mówiła: „Aby posiadanie dziecka nie było problemem zawodowym”. 10 dni po porodzie wróciła do pracy nad formowaniem nowego rządu. Z synkiem został ojciec na tacierzyńskim.

Polityk 3 również skorzystała z zapłodnienia in vitro, choć nie ma partnera. „To najlepsza decyzja, jaką podjęłam w życiu” – mówi. W zeszłym roku zaprowadziła partię do historycznego zwycięstwa w Katalonii.

Wszystkie trzy nie są ministrami ustępującego rządu José Luísa Zapatero, ale najbliższymi współpracowniczkami nowego prawicowego premiera Hiszpanii Mariano Rajoya. To sekretarz generalna Partii Ludowej María Dolores de Cospedal, rzeczniczka i prawdopodobna przyszła wicepremier Soraya Sàenz de Santamaría oraz szefowa Partii Ludowej w Katalonii Alicia Sànchez-Camacho.

To właśnie one – kobiety, którym nie może być dalej do wizerunku obyczajowo-pofrankistowskiej konserwy, jaki jeszcze parę lat temu miała nowa partia rządząca – wyniosły go do władzy. Nie żadne aniołki, raczej lwice o bardzo silnej pozycji w partii i z poglądami, które wprawiłyby w zakłopotanie niejednego członka polskiej lewicy. Ich sukces mówi wiele o obyczajach we współczesnej Hiszpanii.

Kiedy w 2008 r. Zapatero formował pierwszy w Europie rząd z przewagą kobiet, w przegranej wówczas Partii Ludowej (PP) zachodziły równie rewolucyjne zmiany. Jej lider Mariano Rajoy zerwał z dziedzictwem poprzednika José Marii Aznara i dokonał historycznego ślizgu ku centrum. Wytrzebił stetryczałych aznarowców i otoczył się młodą i nowoczesną ekipą, której nie było w głowie szafowanie hasłami o kulturze śmierci i sentymentem do generalissimusa.

Zmiana miała twarz dwóch kobiet. 43-letnia María Dolores de Cospedal została pierwszą w historii kobietą sekretarz generalną Partii Ludowej. Parę lat młodsza Soraya Sàenz de Santamaría objęła funkcję rzeczniczki ugrupowania w parlamencie, stając się jedną z jego najbardziej rozpoznawalnych twarzy. Obie były młode, świetnie przygotowane, kompetentne i miały za sobą wybory życiowe, które nie do końca kojarzyły się z wizją świata promowaną dotąd przez prawicę.

„Chce zrobić z partii drugą markę PSOE” – oburzała się stara gwardia. Choć zważywszy na ferwor socjalistów w sferze obyczajowej porównanie było na wyrost, był to początek głębokich zmian na prawej stronie sceny politycznej. „Nie chodzi na mszę, nie pochodzi z klasycznej prawicowej rodziny. Przeciwnie, ma wśród przodków represjonowanych republikanów” – komentował postać nowej rzeczniczki „El País”.

Jeśli nie możesz z nimi wygrać, pokonaj ich własną bronią – zadecydował Rajoy. „Centrum, kobiety, dialog i przyszłość” – mówił w pierwszym wywiadzie po przegranych wyborach w 2008 r. Opłaciło się. Choć w PP jest nadal mnóstwo sprzeczności, a machismo głęboko zakorzeniony w partii, to właśnie kampania wyborcza nastawiona na kobiety pomogła Rojoyowi wygrać listopadowe wybory parlamentarne.

Dama z La Manczy

„Musiałam udowodnić, że zasługuję na swoją pozycję, podczas gdy mężczyznom przypisuje się zasługi automatycznie. Maczyzm jest wszędzie: w partiach, związkach zawodowych, firmach” – mówiła María Dolores de Cospedal w miesięczniku „Marie Claire”. Urodzona w Madrycie prawniczka i miłośniczka flamenco trafiła do polityki po zdanych w niespotykanie młodym wieku trudnych egzaminach państwowch dla prawników. „Dyscyplina, jaką sobie wtedy narzuciłam, była tak brutalna, że z trudem poznawałam samą siebie” – opowiadała.

„Przez półtora roku uczyłam się kilkanaście godzin dziennie bez przerw. To był okres najlepszych imprez w moim życiu – jedyna forma, w jakiej mogłam odreagować stres” – wspomina. Egzamin otworzył przed nią drzwi do błyskawicznej kariery w administracji państwowej za rządów Aznara. Madryckie zamachy z 2004 r. zastały ją w ministerstwie spraw wewnętrznych. Nie spała wówczas przez trzy doby, odpowiadała za organizację kostnicy dla ofiar.

Rajoy doskonale wiedział, co robi, namaszczając ją na sekretarz partii w 2008 r. Z jednej strony umiała pogodzić skłóconą partię, z drugiej stała się jego żelazną ręką i ostrym językiem, wypowiadając słowa, które nie przechodziły przez usta samemu liderowi. To ona rzucała oskarżenia o podsłuchy, jakie rzekomo mieli zamontować liderom prawicy przeciwnicy polityczni, to ona wdała się w ostry spór z dziennikarką prowadzącą niezwykle popularny poranek polityczny w telewizji publicznej, zarzucając jej stronniczość.

 

 

To wreszcie jej, jako drugiej kobiecie w Hiszpanii, udało się zostać prezydentką wspólnoty autonomicznej. Od maja rządzi Kastylią-La Manczą, historycznym bastionem socjalistów, gdzie dała się poznać jako żelazna dama à la espańola. Tak drastycznych cięć socjalnych nie podjął się wcześniej nikt i wielu zastanawia się, czy La Mancza nie była poletkiem doświadczalnym tego, co prawica szykuje całej Hiszpanii.

Telefon z propozycją ubiegania się o prezydencki fotel odebrała, kiedy rejestrowała w urzędzie nowo narodzonego syna. Będąc rozwódką, po kilku latach bezowocnego czekania na adopcję dziecka z Bułgarii, zdecydowała się na zapłodnienie in vitro. „Zrobiłam to świadomie i odpowiedzialnie – mówiła magazynowi „Yo Dona”. – Chciałam być matką i nie miałam partnera. W żadnym momencie nie wydawało mi się, że to coś zakazanego przez Kościół”.

Orędowniczka ekspresowych rozwodów jakiś czas później wyszła za mąż za dużo starszego przedsiębiorcę z dwójką dzieci z poprzedniego małżeństwa, z którym przyjaźniła się od lat. Obrusza się na pytania o reakcje partyjnych kolegów i koleżanek na jej wybory życiowe, zapewniając, że ma z nimi doskonałe relacje. „W mojej partii jest wielu mężczyzn w tej samej sytuacji. Nikomu nie przyjdzie do głowy ich o to pytać” – mówiła „Marie Claire”.

Wicepremier karmiąca

„Zapytajcie Sorayi” – mawia Rajoy, gdy któryś z posłów PP zadaje mu ważne pytanie. Rzeczniczka lidera opozycji, o której w początkach kariery koledzy z poselskiej ławy mówili protekcjonalnie la nińa (dziewczynka), jest najlepszą doradczynią nowego premiera. Do jej opinii, jak mówią ludzie z jego otoczenia, ma pełne zaufanie. Podobnie jak de Cospedal, do polityki trafiła po zdanym celująco państwowym egzaminie prawniczym. Wysłała życiorys ówczesnemu szefowi biura Rajoya, później autobusem przyjechała do Madrytu na rozmowę.

Szybko zwróciła na siebie uwagę w administracji. Choć młoda, niedoświadczona i na dodatek bez wcześniejszych związków z polityką ani PP, była zawsze najlepiej przygotowana do spotkań, morderczo skuteczna, profesjonalna i dyskretna. Do parlamentu weszła w 2004 r., ale jej prawdziwa kariera rozpoczęła się cztery lata później, kiedy Rajoy mianował ją rzeczniczką. Kobietę, która wolała ślub cywilny, a podczas poselskiej przysięgi zamiast nacechowanego religijnie „przysięgam” wybrała

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną